Ja widzę to tak: social-network (SN dla skrótu) to… no właśnie:
network. Czyli zaczynamy od infrastruktury. Łączymy ludzi. I teraz
dopiero powstaje pytanie: po co? Sama sieć nie daje praktycznie żadnej
przydatnej funkcjonalności. No ok, mam 10 czy 100 czy 1000 znajomych.
Idąc analogią do rozwoju netu, mam hosta i mogę wysłac “ping” do 10 czy
100 innych maszyn. Nic ciekawego. Co się następnie pojawiło w
internecie: e-mail i usenet (jako odrębny system ale zostawmy to).
Dokładnie tak samo jest ze stronami SN: pierwsze, podstawowe usługi, to
możliwość wysłania wiadomości (e-mail) lub podyskutowania na forum
(usenet). Przy okazji też coś w rodzaju FTP (możliwość opublikowania
zdjęć). Dalej: powstaje odpowiednik WWW (tworzenie własnej strony —
grono tego praktycznie nie ma, ale myspace owszem).
Inaczej
mówiąc, jesteśmy na etapie, na jakim był internet 10 lat temu. Mamy już
działającą sieć, możemy sobie wysyłać wiadomości, podyskutować, wrzucić
plik, zrobić prostą wizytówkę. Teraz czekamy na bardziej zaawansowane
aplikacje.
I to na aplikacje powinny konkurować SN. Inna
analogia: Linux. Sama sieć stanowi kernel. Ja już dawno zainstalowałem
sobie linuxa, zanim potrafiłem go użyć. Był praktycznie bezużyteczny,
ale był jakąś nowością. Podobnie jest z gronem. Cała masa ludzi weszła
tam, dodała sobie znajomych i było wszystko fajnie. Do czasu. Aż
przyszła refleksja, że sam “kernel” to za mało.
Dlatego wydaje
mi się, że budowanie kolejnych “kerneli”, kolejnych “internetów”
(pamiętamy wszyscy, ze 10 lat temu był jeszcze Compuserve, był AOL jako
oddzielna sieć + kilka innych), to strategia, która odchodzi do
przeszłości. Teraz trzeba się skupić na aplikacjach. Niedługo
przestanie nas rajcować budowanie sobie dłuuugiej listy znajomych (tak
jak mnie już dawno przestała rajcować kompilacja najnowszej wersji
kernela czy konfigurowanie routingu).
To aplikacje zdobywają rynek, nie kernel. Usługi, nie sieci.