![]() |
Blog > Komentarze do wpisu
jednostka zero. a łeb dwa zero!
poniedziałek, 18 grudnia 2006, reuptake
TrackBack
Komentarze
2006/12/18 23:38:49
BTW prawo autorskie w Polsce jest podobne jak w USA. Np. na koszulce nie możesz umieścić sobie obrazka, który kupiłeś od artysty i powiesiłeś w domu. Bo on ci go sprzedał w domniemaniu tylko do powieszenia w domu.
Artysta mógłby nawet cię pozwać za wystawienie obrazu w oknie, bo to jest już rozpowszechnianie publiczne. Podobnie jest ze zdjęciami. Jak robisz sobie zdjęcia u fotografa, to on nie pyta "czy do legitymacji" żeby zrobić lepiej, tylko tego wymagają prawa autorskie. Nie możesz potem wykorzystać tych zdjęć np. do prawa jazdy, bo autor zdjęcia zgodził się tyko na wykorzystanie do legitymacji. Podobnie złamaniem praw autorskich jest przerywanie filmu reklamami, choć dziennikarze sobie dworują z ostatniego protestu filmowców. Jest to dokładnie ingerencja w treść dzieła, której zabrania niezbywalne prawo autorskie. Osoba, która kupiła film (tzn. prawa majątkowe do dzieła) może go wyemitować, sprzedać lub zniszczyć całkowicie, ale nie może go zmieniać i nie może zmieniać podpisu twórców. A Kononowicz mógłby sobie w sądzie wygrać kupe pieniędzy od tych wszystkich, co go do internetu wsadzili. Bo Web2.0 jest w dużej mierze sprzeczny z prawem. I działa do momentu, aż stanie się naprawdę powszechnym zjawiskiem, a wtedy się skończy w sądach. Jak Napster 2006/12/18 23:49:52
koza, na gazeta.pl artykuł pojawił się wczoraj - nie wiem, czy w drukowanej też
2006/12/19 04:00:00
Ufff, cięzki temat ;)
Pomysł z wybraniem nas człowiekiem roku nowy nie jest: money.cnn.com/magazines/business2/peoplewhomatter/ Time, podobnie jak inne mass-media, kieruje się podwójną motywacją wybierając nas człowiekiem roku: 1) wiele amerykańskich korporacji zdechło w XX wieku, bo w trakcie rozmaitych przemian nie dostrzegło, że innowacja produktowa nie wystarcza - od czasu do czasu trzeba wprowadzać innowacje modelu biznesowego, tak jak ostatnio z wielkim sukcesem zrobił to np. Apple -- Time i inne media mają nadzieję nie pozostać w XX wieku ze swoim modelem, ale jak zwykle są powolne i oporne we wprowadzaniu innowacyjnych rozwiązań (angażujących czytelnika) -- przykładem firmy, która słono płaci za taką opieszałość jest Kodak, gdzie dopiero po kilku kolejnych kwartałach zakończonych stratami nastąpiła wymiana 80% kadry zarządzającej sceptycznej w stosunku do cyfrowej rewolucji dzięki czemu firma mogła się zreorganizować i próbować powalczyć 2) Time wyciągnął z obserwowanych przemian jedynie słuszny dla siebie wniosek, który zresztą znał już wcześniej - czytelnicy kochają czytać o sobie, a zmieniają się tylko formy i sposoby zadowalania publiki - można np. wybierać wszystkim człowiekem roku, zgodnie z obowiązującą modą na you-centryczność i pisać to co czytelnicy chcą przeczytać - patrząc na branżę medialną trudno nie zgodzić się z Vaglą, że nic się nie zmieniło w nastawieniu mediów do czytelnika, czy jeśli chodzi o pozycję czytelnika na dnie piramidy i na końcu łańcucha pokarmowego - zmieniły się tylko środki jakimi bada się jego preferencje i zainteresowania, udostępniono metody dzięki którym czytelnik może przynajmniej trochę sterować zawartością medium. Wired pisze, że potencjał, kapitalizacja i cała przyszłość YouTube opiera się na masowości i chęci przynależenia (udziału?) do nowego mass-medium. Nie żadnego one-to-one, tylko kolejnego, tylko bardziej interaktywnego i angażującego mass-medium, w którym tak jak pisze Vagla ktoś nam coś zawsze sugeruje, wybiera za nas itd. Masom potrzebny jest tylko wspólny temat do rozmowy, do tworzenia poczucia jednolitej, szczęśliwej wspólnoty - pisze Wired. Konotowicz, Puszczak, Muppet Show, czy sam YouTube jako fenomen - potrzebujemy tematów do rozmowy, a serwuje je nam ulubione mass-medium. Co z tego, że dostawca/producent się zmienia. Tak widzą to media i spece od reklamy. Za to im płacą. Z drugiej strony owa you-centryczność nie ogranicza się do mediów, show-businessu i pop-kultury. Jeśli spojrzeć szerzej to co nazywamy Web 2.0, a właściwie po prostu Internet, pozwola na aktywności bardziej urozmaicone i indywidualne, niż oglądanie najpopularniejszych klipów na YouTube. Pozwala na grupowanie się i interakcję (dyskusję, wspieranie się, handel) bardzo niszowych społeczności, na powstanie serwisów emergentnych (noo, tych co powstają z niczego - np. Flickr, del.icio.us), na kolaborację (projekty open-source, ale też biznesowe rozproszone organizacje formalne i niebardzo), a kto wie co powstanie za chwilę. Marcin (przedmówca) jest na przykład zwolennikiem oddolnego ruchu promującego transgraniczną, cyfrową tożsamość oderwaną od wielkich dostawców usług, pozwalającą trzymać w jednym, kontrolowanym przez nas miejscu wszystkie dotyczące nas dane składające się na wirtualną tożsamość. Oczywiście że media konsumują temat you-centryczności i nadal będą spieniężać naszą periodyczną bezrefleksyjność i stadne instynkty. Oczywiście że będą nam mówić co mamy myśleć. Z drugiej strony mamy coraz więcej alternatyw do promowanego przez globalne korporacje main-streamu i to jest optymistyczne, to jest cenne. Oczywiście że kto kontroluje infrastrukturę kontroluje co myśli większość społeczeństwa, ale są rozwiązania P2P które wraz z umobilnianiem się naszych urządzeń terminalowych i "nie-tak-cienkich klientów" będą stanowiły alternatywę dla centralnego rozsiewania. Pytanie kiedy i jak wykształcą się regulacje pozwalające na re-use i re-dystrybucję contentu. Ale to już nie mój konik :) 2006/12/19 10:13:37
@mip: mam nadzieję, że jednak się mylisz. przynajmniej nikt mnie nigdy nie pytał do czego jest zdjęcie (czy do dowodu, czy do legitymacji). podobnie w przypadku filmów: jakby tak było jak mówisz, to wytwórnie filmowe mają myślę równie dobrych prawników jak telewizje.
Gość: katarek78, os-gornik.bochnia.pl
2006/12/19 10:32:40
Moim zdaniem trudno uznać fotografię do legitymacji za "przejaw działalności twórczej o indywidualnym charakterze" (czyli przedmiot prawa autorskiego), skoro wykonywane jest ściśle według zasad regulowanych przepisami prawnymi (a więc trudno tu mówić o jakiejkolwiek twórczości).
2006/12/19 10:51:25
Obawiam się, że jest tak, jak mówię.
Wytwórnie filmowe nie są autorami z punktu widzenia praw, które są łamane przez reklamy. Istnieją prawa majątkowe należące do wytwórni i prawa autorskie (niezbywalne tzn. niesprzedawalne) twórców. Dlatego wytwórnie nie mają problemu z reklamami. Twórcy mają. Co do fotografii ludzkiej facjaty, to sprawę rozstrzyga się w konkretnym przypadku. Jeżeli fotograf udwodni, że zdjęcie było wykonane z "indywidualnie ustawionym oświetleniem" to może wygrać. Oczywiście zakłady foto nie poto działają, żeby ludzi ścigać, ale np. dlatego wielu fotografów weselnych nie daje negatywów czy plików cyfrowych, a jedynie odbitki. Zdjęcia ze ślubu należą wyłącznie do fotografa, a nie do młodych. (Fotograf musiałby mieć tylko zgodę osób na zdjęciu do ich rozpowszechniania. To jest drobnym drukiem w umowach z fotografami najczęściej.) |
kiedy dowiaduje sie, ze bloggera w Australii uznano za dziennikarza, cieszy mnie to. ze NYT dodaje linki do digga, podobnie (choc z digga nie korzystam).
Time wyczul moment i faktycznie moment to dobry na taka okladke.
poironizuj, podszczypuj, ale to po prostu... fajnie :)