pisz się na to
zgrzyt

OpenID.pl


LinkedIn
Blog > Komentarze do wpisu

jednostka zero. a łeb dwa zero!

  • no dobra. poddaje się. dziś dwóch dziennikarzy podzieliło się jednym dziennikarzem roku, wczoraj, wszyscyśmy (my, biali, cywilizowani, jedzący myszką i widelcem) ludzie zostali człowiekiem roku time'a, widać tak być musi. nie zdziwię się, gdy sportowcem roku zostanie cała ekipa koszykarzy z trenerem na czele i masażystą w odwodzie. aż wstyd być jednostką. jak poeta pisał "nikt nie jest samotną wyspą" odkąd ma broadband, jest częścią społeczności i wydaje mu się, że
    • rulez!
    • no i że jest częścią "rewolucji".
  • jeszcze się przejrzy w okładce time'a. jeszcze niedawno (inny poeta) "nic o mnie nie ma w konstytucji", a dziś na okładce time'a, każdy z nas, streaminguje elektrony i świeci odbitym światłem.
    • łał!
  • zapowiadałem, że nicholas carr na pewno napisze coś zgryźliwego i oczywiście napisał
    • wszyscy napisali, nawet najlepszy polski bloger dołożył swoją cegiełkę i napisał dziś, o tym, o czym wszyscy napisali wczoraj, żeby nie było, że nie był na okładce time'a.
  • ale pierwszym, który coś ciekawego na ten temat nastukał, był piotr waglowski. po pierwsze zwrócił uwagę na szczelinę pomiędzy kodeksami a tym, co dzieje się w sieci. szczelina ta robi się coraz szersza i tylko czekać, aż ktoś w nią wpadnie. chodzi głównie o nieposzanowanie praw autorskich, we wpisie vagla wymienia liczne przykłady ich łamania, które mnie nie-do-końca przekonują
    • złamanie praw autorskich montażysty klipu kononowicza? ja rozumiem, że np. w usa nie można sprzedawać koszulki z fotką własnego samochodu (bo jego projektant nie po to go projektował, żebyśmy sprzedawali koszulki, tylko nim jeździli)
      • serio!
    • ale to jest właśnie trochę chore. kiedy kamera video była dobrem rzadkim, można było uznawać wszystko, co zostało nią nakręcone za dzieło autorskie. teraz, gdy jest w każdym telefonie komórkowym prawo autorskie będzie się musiało dostosować.
    • będzie też prostu cholernie, cholernie trudno podpisywać umowy bazujące na tym, że np. użytkownicy są daleko od siebie (tak jak zabawy ze strefami dvd), bo teraz już nie są tak daleko, skoro są połączeni siecią
    • kolejna kwestia, jest taka, że to nie tylko użytkownicy you tube'a otrzymali tą nagrodę, nie sprowadzajmy web 2.0 do you tube i p2p. zwłaszcza do p2p.
  • dużo ciekawszy jest jednak inny wątek: jak pisze vagla (dozwolony cytat inside, mam nadzieję):
    • Użytkownicy nie kontrolują obiegu informacji. Kontrolują go nadal pośrednicy, z tym, że pośrednicy inni, niż do tej pory. Co mi po Web 2.0, jeśli potwierdza się stara prawda: jeśli chcesz dotrzeć do szerszej rzeszy czytelników - musisz skorzystać z pośrednika.
    • dalej opisywane są różne przykłady bloggerów, którzy przenieśli się w bardziej eksponowane miejsca, żeby docierać do szerszych "rzesz". zastanawia mnie ta uwaga na blogu człowieka, który przecież nie przeszedł ze swoim treściami do portalu, który z ogromną determinacją prowadzi swój serwis i nieźle chyba się wylansował. się wylansował, nie został wylansowany. może różnica jest taka (takiego rodzaju są zresztą podawane przykłady), że u nas internautów jest jeszcze zbyt mało (zwłaszcza tych o dobrym do sieci dostępie), żeby zaspokoić apetyt na sławę dziennikarzy i polityków. takie przykłady podał vagla. tymczasem na amerykańskim podwórku nie występuje zjawisko dryfu ku portalom.
      • zwłaszcza, że portal jest tam tylko jeden ;-)
    • To nie jest wiek użytkowników. To jest wiek nowych pośredników. Użytkownicy przeglądający się w lusterku okładki Time'a mają do odegrania konkretną rolę: mają decydować o tym, co się najlepiej ogląda (w ten sposób zastępują redaktorów i działy badania opinii publicznej), mają wprowadzać treści (eliminując, lub w znaczny sposób ograniczając rolę "klepaczy" instytucjonalnych), mają wreszcie sami dokonać redystrybucji informacji o treści (przez linkowanie w ramach web 2.0), jednak sami nie mogą dysponować tymi treściami. Zawsze kieruje się ruch do ośrodka, który dysponuje infrastrukturą własną. Tam właśnie skupia się kontrola nad społeczeństwem.
    • to jest też ciekawe spostrzeżenie. nie wiem, czy do końca trafne, ale z pewnością warte zastanowienia się. myślę, że mimo wszystko, to że użytkownicy mają do odegrania te role (a są to role, których do tej pory nie odgrywali) to jest jakaś istotna zmiana. owszem, potrzebni są pośrednicy. ale warto zauważyć, że są oni jednak coraz mniej potrzebni. to model "zredukowanego pośrednika". niezbędnego, owszem.
    • jeszcze niezbędnego.
    • ten wątek "kontroli" można jeszcze rozpatrywać jako walkę dwóch modeli: mobilnego i sieciowego. można je rozpatrywać jako antagonistyczne. "mobajl" to wybajerzony odbiornik. "serwer" to wybajerzony nadajnik. "mobajl" potrafi dobrze odbierać, ale trudno oczekiwać, że będzie świetnie nadawał. "serwer" ma odwrotnie. dobrze, jak w ogóle ma kartę graficzną. ten podział sprawia, że nasze końcówki klienckie (coraz bardziej mobilne) dalej potrzebują serwerów, które poradzą sobie z ew. popularnością tego co nadajemy, a przede wszystkim będą bardziej stabilne.
    • niby "mamy" konto na jutubie czy innym bloxie ;-) a tymczasem to konto ma nas.
    • "mobajl" od "serwera" różni się też pod innym względem. "mobajl" im mniej osób obsługuje (optymalnie jedną), tym jest lepszy. mniejszy, prostszy = tańszy. "serwer": wręcz przeciwnie.
    • ta ciągła potrzeba "serwerów" powoduje, że choćbyśmy kupili najdroższego notebooka i podłączyli do niego najdroższą kamerę, dalej to jutub będzie decydował o tym, co ma być rozpowszechniane, a co nie.
  • rozpędziłem się, hamuję i oddaję wam głos. jak to pisali w time? "jesteście taaaacy na to przygotowani" ;-)
    • jeszcze tylko dodam link do notki dana gillmora, który wprawdzie chwali time'a, ale pyta: dlaczego "ty" a nie "my"? i odpowiada: bo nadal redaktorzy time'a nie uważają czytelników za równych sobie. gdyby poseł kur...ski pracował w time, zapytany, kto dostał nagrodę, odpowiedziałby, że "ciemny lud". i chyba miałby odrobinę racji. póki jest tak, że time napisze a setki blogów odpowiedzą echem, miałby odrobinę racji.
poniedziałek, 18 grudnia 2006, reuptake

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2006/12/18 23:29:08
no a jak ma "setki blogow" nie odpowiedziec echem skoro to ciekawa informacja, a z jezorem wywalonym czekamy na info w "prawdziwych" mediach?

kiedy dowiaduje sie, ze bloggera w Australii uznano za dziennikarza, cieszy mnie to. ze NYT dodaje linki do digga, podobnie (choc z digga nie korzystam).

Time wyczul moment i faktycznie moment to dobry na taka okladke.

poironizuj, podszczypuj, ale to po prostu... fajnie :)
-
mip
2006/12/18 23:38:49
BTW prawo autorskie w Polsce jest podobne jak w USA. Np. na koszulce nie możesz umieścić sobie obrazka, który kupiłeś od artysty i powiesiłeś w domu. Bo on ci go sprzedał w domniemaniu tylko do powieszenia w domu.

Artysta mógłby nawet cię pozwać za wystawienie obrazu w oknie, bo to jest już rozpowszechnianie publiczne.

Podobnie jest ze zdjęciami. Jak robisz sobie zdjęcia u fotografa, to on nie pyta "czy do legitymacji" żeby zrobić lepiej, tylko tego wymagają prawa autorskie. Nie możesz potem wykorzystać tych zdjęć np. do prawa jazdy, bo autor zdjęcia zgodził się tyko na wykorzystanie do legitymacji.

Podobnie złamaniem praw autorskich jest przerywanie filmu reklamami, choć dziennikarze sobie dworują z ostatniego protestu filmowców.

Jest to dokładnie ingerencja w treść dzieła, której zabrania niezbywalne prawo autorskie. Osoba, która kupiła film (tzn. prawa majątkowe do dzieła) może go wyemitować, sprzedać lub zniszczyć całkowicie, ale nie może go zmieniać i nie może zmieniać podpisu twórców.

A Kononowicz mógłby sobie w sądzie wygrać kupe pieniędzy od tych wszystkich, co go do internetu wsadzili.

Bo Web2.0 jest w dużej mierze sprzeczny z prawem. I działa do momentu, aż stanie się naprawdę powszechnym zjawiskiem, a wtedy się skończy w sądach.

Jak Napster
-
2006/12/18 23:49:52
koza, na gazeta.pl artykuł pojawił się wczoraj - nie wiem, czy w drukowanej też
-
2006/12/19 04:00:00
Ufff, cięzki temat ;)

Pomysł z wybraniem nas człowiekiem roku nowy nie jest:
money.cnn.com/magazines/business2/peoplewhomatter/

Time, podobnie jak inne mass-media, kieruje się podwójną motywacją wybierając nas człowiekiem roku:

1) wiele amerykańskich korporacji zdechło w XX wieku, bo w trakcie rozmaitych przemian nie dostrzegło, że innowacja produktowa nie wystarcza - od czasu do czasu trzeba wprowadzać innowacje modelu biznesowego, tak jak ostatnio z wielkim sukcesem zrobił to np. Apple -- Time i inne media mają nadzieję nie pozostać w XX wieku ze swoim modelem, ale jak zwykle są powolne i oporne we wprowadzaniu innowacyjnych rozwiązań (angażujących czytelnika) -- przykładem firmy, która słono płaci za taką opieszałość jest Kodak, gdzie dopiero po kilku kolejnych kwartałach zakończonych stratami nastąpiła wymiana 80% kadry zarządzającej sceptycznej w stosunku do cyfrowej rewolucji dzięki czemu firma mogła się zreorganizować i próbować powalczyć

2) Time wyciągnął z obserwowanych przemian jedynie słuszny dla siebie wniosek, który zresztą znał już wcześniej - czytelnicy kochają czytać o sobie, a zmieniają się tylko formy i sposoby zadowalania publiki - można np. wybierać wszystkim człowiekem roku, zgodnie z obowiązującą modą na you-centryczność i pisać to co czytelnicy chcą przeczytać - patrząc na branżę medialną trudno nie zgodzić się z Vaglą, że nic się nie zmieniło w nastawieniu mediów do czytelnika, czy jeśli chodzi o pozycję czytelnika na dnie piramidy i na końcu łańcucha pokarmowego - zmieniły się tylko środki jakimi bada się jego preferencje i zainteresowania, udostępniono metody dzięki którym czytelnik może przynajmniej trochę sterować zawartością medium. Wired pisze, że potencjał, kapitalizacja i cała przyszłość YouTube opiera się na masowości i chęci przynależenia (udziału?) do nowego mass-medium. Nie żadnego one-to-one, tylko kolejnego, tylko bardziej interaktywnego i angażującego mass-medium, w którym tak jak pisze Vagla ktoś nam coś zawsze sugeruje, wybiera za nas itd. Masom potrzebny jest tylko wspólny temat do rozmowy, do tworzenia poczucia jednolitej, szczęśliwej wspólnoty - pisze Wired. Konotowicz, Puszczak, Muppet Show, czy sam YouTube jako fenomen - potrzebujemy tematów do rozmowy, a serwuje je nam ulubione mass-medium. Co z tego, że dostawca/producent się zmienia.

Tak widzą to media i spece od reklamy. Za to im płacą.

Z drugiej strony owa you-centryczność nie ogranicza się do mediów, show-businessu i pop-kultury. Jeśli spojrzeć szerzej to co nazywamy Web 2.0, a właściwie po prostu Internet, pozwola na aktywności bardziej urozmaicone i indywidualne, niż oglądanie najpopularniejszych klipów na YouTube. Pozwala na grupowanie się i interakcję (dyskusję, wspieranie się, handel) bardzo niszowych społeczności, na powstanie serwisów emergentnych (noo, tych co powstają z niczego - np. Flickr, del.icio.us), na kolaborację (projekty open-source, ale też biznesowe rozproszone organizacje formalne i niebardzo), a kto wie co powstanie za chwilę.

Marcin (przedmówca) jest na przykład zwolennikiem oddolnego ruchu promującego transgraniczną, cyfrową tożsamość oderwaną od wielkich dostawców usług, pozwalającą trzymać w jednym, kontrolowanym przez nas miejscu wszystkie dotyczące nas dane składające się na wirtualną tożsamość.

Oczywiście że media konsumują temat you-centryczności i nadal będą spieniężać naszą periodyczną bezrefleksyjność i stadne instynkty. Oczywiście że będą nam mówić co mamy myśleć. Z drugiej strony mamy coraz więcej alternatyw do promowanego przez globalne korporacje main-streamu i to jest optymistyczne, to jest cenne.

Oczywiście że kto kontroluje infrastrukturę kontroluje co myśli większość społeczeństwa, ale są rozwiązania P2P które wraz z umobilnianiem się naszych urządzeń terminalowych i "nie-tak-cienkich klientów" będą stanowiły alternatywę dla centralnego rozsiewania. Pytanie kiedy i jak wykształcą się regulacje pozwalające na re-use i re-dystrybucję contentu. Ale to już nie mój konik :)
-
2006/12/19 10:13:37
@mip: mam nadzieję, że jednak się mylisz. przynajmniej nikt mnie nigdy nie pytał do czego jest zdjęcie (czy do dowodu, czy do legitymacji). podobnie w przypadku filmów: jakby tak było jak mówisz, to wytwórnie filmowe mają myślę równie dobrych prawników jak telewizje.
-
Gość: katarek78, os-gornik.bochnia.pl
2006/12/19 10:32:40
Moim zdaniem trudno uznać fotografię do legitymacji za "przejaw działalności twórczej o indywidualnym charakterze" (czyli przedmiot prawa autorskiego), skoro wykonywane jest ściśle według zasad regulowanych przepisami prawnymi (a więc trudno tu mówić o jakiejkolwiek twórczości).
-
mip
2006/12/19 10:51:25
Obawiam się, że jest tak, jak mówię.

Wytwórnie filmowe nie są autorami z punktu widzenia praw, które są łamane przez reklamy.

Istnieją prawa majątkowe należące do wytwórni i prawa autorskie (niezbywalne tzn. niesprzedawalne) twórców.

Dlatego wytwórnie nie mają problemu z reklamami. Twórcy mają.

Co do fotografii ludzkiej facjaty, to sprawę rozstrzyga się w konkretnym przypadku. Jeżeli fotograf udwodni, że zdjęcie było wykonane z "indywidualnie ustawionym oświetleniem" to może wygrać.

Oczywiście zakłady foto nie poto działają, żeby ludzi ścigać, ale np. dlatego wielu fotografów weselnych nie daje negatywów czy plików cyfrowych, a jedynie odbitki. Zdjęcia ze ślubu należą wyłącznie do fotografa, a nie do młodych.
(Fotograf musiałby mieć tylko zgodę osób na zdjęciu do ich rozpowszechniania. To jest drobnym drukiem w umowach z fotografami najczęściej.)
-
2006/12/19 13:06:52
Ciekawa dyskusja na ten temat jest tu .
-
2006/12/19 13:25:43
chyba coś tam feed rss padł :(