|
Archiwum
Ostatnie notki
Zakładki:
0. moje, mojsze, najmojsze
![]() |
czwartek, 10 września 2009
uwaga: interesująca propozycja na końcu tego wpisu, to nie jest przekręt ;-) okazje się zdarzają. gdy kilka miesięcy temu dowiedziałem się, że można kupić bilet do nowego jorku za 500 zł (w obie strony), długo się nie wahałem. okazja, to trzeba brać. wprawdzie jak wynika z wpisu, dość sceptycznie podchodziłem do tego, czy polecę za tak małe pieniądze za ocean, ale tygodnie mijały, linie lotnicze nie odwoływały lotu... trzeba było rozejrzeć się za noclegiem. zrobiłem to zresztą trochę za późno. hotele w nowym jorku są bardzo drogie, zacząłem więc szukać mieszkania do wynajęcia na tydzień. to dość popularna tam praktyka. poszukiwania rozpocząłem od craigslista, który ma specjalną kategorię dla tego typu ogłoszeń. swoją drogą fenomen craigslista jest czymś niesamowitym. strona jest fatalna w obsłudze (największy problem stanowiło dla mnie powiązania maila z konkretnym ogłoszeniem, nawet, jeśli w mailu jest numer ogłoszenia, to wcale nie jest łatwo daną ofertę znaleźć na craigsliscie), nie oferuje żadnych zabezpieczeń, a jednak działa. przejrzałem ogłoszenia, wysłałem kilkanaście zapytań i zacząłem otrzymywać odpowiedzi. dwie z nich wydały mi się atrakcyjne na pierwszy rzut oka, w jednej z nich właściciel mieszkania oferował nawet transport z lotniska. ale coś mi nie pasowało. porównałem zdjęcia lokalu i okazało się, że choć mieszkania znajdują się w zupełnie innych częsciach nyc, część zdjęć jest identyczna. zapaliło mi się w głowie jakieś światełko, ale widocznie za słabo. napisałem do właściciela maila, żeby to wyjaśnił i zapomniałem o tych mailach. dostałem też dużo odpowiedzi odmownych, więc sprawdzałem wszystkie, w których mi nie odmówiono, ciesząc się z każdej, wpadłem bowiem w lekką panikę, że nie uda się niczego znaleźć. interesujące wydały mi się kolejne dwie oferty: cena była świetna ($100 za noc to jak na NYC okazja), lokalizacja doskonała (wielki, nowoczesny apartamentowiec na manhattanie), ale było w nich też coś, co mi się nie spodobało. powszechną praktyką tam jest pobieranie kaucji od wynajmującego (a także przedpłata części sumy). tylko, że właściciele tych mieszkań chcieli kaucję z góry + przedpłatę. prowadziło to do takiej sytuacji, że płaciło się z góry więcej niż wynosiła suma za wynajem (w jednym przypadku proponowano wpłacenie $1050 przy koszcie wynajmu $750). oczywiście na coś takiego iść nie chciałem. wysłałem maile, że mogę owszem zapłacić połowę kosztu wynajmu, ale kaucję wpłacę na miejscu. w tych dwóch ofertach, na które odpowiadałem, zastanowiła mnie jeszcze jedna rzecz. choć różniły się one od siebie, obie zawierały referencje od osób, które z nich wcześniej skorzystały. i referencje te były bardzo podobne: 1 kontakt do kogoś z wielkiej brytanii (mailowy/telefoniczny) i 1 kontakt do kogoś z francji/włoch (tylko mailowy). wszystkie e-maile były na yahoo. trochę nie spodobał mi się też język jednego z maili, ale zwaliłem to na karb swojej nieznajomości rozmaitych lokalnych nowojorskich dialektów. błędy, od których się roiło, wyglądały na błędy kogoś, kto po prostu słabo pisze po angielsku. po kilkunastu godzinach dostałem odpowiedź. i mocno się zdziwiłem. napisano mi, że mam rację i że nie ma problemu, kaucja będzie pobrana dopiero po przyjeździe. wystarczy, że podeśle szczegóły dot. wizy i biletu, a potem wpłacę $350 i rezerwacja zostanie dokonana. płatności miałem dokonać przez western union (i tu powinna się mi w głowie zapalić latarnia morska: na stronach craigslist jest napisane, że jeśli ktoś żąda płatności w ten sposób to jest na 100% scamerem, no doubt). ale jakoś mi się nie zapaliła, choć wątpliwości pozostały. przesłałem żądane informacje. na szczeście pokazałem maila znajomej, której od początku cena mieszkania wydawała się podejrzana. zwróciła mi uwagę, że imię jednej osoby, od której można uzyskać rekomendację, a która rzekomo mieszka we włoszech, to imię hiszpańskie. a na dodatek męskie, co nie bardzo pasuje do "mrs" przed nazwiskiem. popatrzyłem dokładniej i odetchnąłem z ulgą: to nie było imię, tylko nazwisko. wszystko ok... tylko... to, co brałem do tej pory za nazwisko, było imieniem. włoskim. ale męskim. dostałem z powrotem informację, która kompletnie pozbawiła mnie złudzeń. w mailu załączona była umowa najmu, wyglądająca jak najbardziej profesjonalnie. problem w tym, że odbiorcą pieniedzy miał być jakiś osobnik o zupełnie innym nazwisku (niegooglowalnym), mieszkający w londynie. szybko sprawdziłem ten londyński adres: hotel. i wtedy zrobiłem to, co powinienem był zrobić od początku: zajrzałem do nagłówków maili i zobaczyłem nigeryjskie ip. potem podrążyłem jeszcze trochę. zdjęcia, które wyglądały jak zdjęcia od developera albo wręcz renderingi, pochodziły, podobnie jak opis lokalu, z jakiegoś ogłoszenia o sprzedaży mieszkania w tym budynku. druga oferta za podobną cenę też okazała się scamem. i też było to mieszkanie w dużym apartamentowcu. trudno jest sprawdzić, czy ono istnieje, natomiast łatwo uzyskać zdjęcia jednego z tysięcy mieszkań. na koniec wpisałem „nazwisko” wynajmującego i okazało się, że tym samym nazwiskiem posługiwano się przy innych scamach. otrzymałem też, po dłuższym czasie, odpowiedź na pytanie, dlaczego w dwóch ogłoszeniach były te same fotki. fałszywą (z jakimś tłumaczeniem, że ktoś się pomylił) i prawdziwą (ip było tym razem z kenii). co tu dużo mówić: prawie dałem się nabrać. na szczeście „prawie” zrobiło dużą różnicę. jestem wprawdzie pewien, że nie wpłaciłbym tych pieniedzy (nawet, gdybym nie miał żadnych wcześniejszych wątpliwości, pomysł z wpłacaniem kasy via western union do anglii by mnie otrzeźwił), ale przez większość czasu myślałem, że trafiłem na prawdziwą okazję. wydawało mi się, że robienie przekrętu dla 350 dolarów jest nieopłacalne, bardzo zmylił mnie fakt, że wynajmujący wycofał się z pomysłu pobrania kaucji z góry. wstyd mi trochę, bo ja, stary wyga, dałem się zrobić jak dzieciak. już nawet nie chodzi o te pieniądze, ale nie chciałbym wylądować wieczorem w centrum nowego jorku bez dachu nad głową. skutek całej afery był taki, że zacząłem paranoicznie podchodzić do innych ogłoszeń. straciłem masę czasu na googlowanie, sprawdzanie ip i tym podobne rzeczy. w końcu znalazłem fajny lokal, ale nie przez craigslist, tylko via airbnb, stronę wyspecjalizowaną w takich transakcjach, zabezpieczającą wynajmujących przed podobnymi oszustwami (fajny pomysł, zobaczcie). na craigslist próby oszustwa stanowią ok. 20-30% wszystkich ogłoszeń, w tym pewnie większość tych „atrakcyjnych”. nie ma chyba metody na 100% weryfikację ogłoszeniodawcy. ale ja już do końca życia będę zaglądał w nagłówki maili (problem w tym, że np. gmail nie dostarcza informacji o oryginalnym ip) i nie wyślę żadnych pieniedzy via western union, nawet mi to przez myśl nie przejdzie. na pocieszenie: to nie jest moje pierwsze doświadczenie z nigeryjczykami. kiedy sprzedawałem ciuchy na butik.pl próbowali robić jakieś ściemniane zamówienia. zapłacili za kilka bluz z napisem "hwdp" i nie udało im się wycofać pieniedzy. można powiedzieć, że jestem do przodu (choć tak naprawdę, to mogłem tych bluz w ogóle nie wysłać). i zapowiadana propozycja: jeśli chcecie polecieć do nowego jorku, to jest okazja. zupełnie serio. zbigniew sobiecki (of blip.pl fame) dysponuje 2 biletami. niestety, wypadek samochodowy, w którym brał udział z rodziną, spowodował, że nie może polecieć. jeśli więc ktoś z was ma czas na małą eskpadę w październiku, niech do zbyszka napisze. szczegóły są tutaj.
sobota, 25 lipca 2009
kariera, jaką zrobiło pojęcia usability w ostatnich latach, jest niezwykła. niezwykła zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę nikłą korelację dobrego usability serwisu z odniesionym przezeń sukcesem. nie będę tu sypał przykładami, wystarczą dwa słowa z myślnikiem: nasza-klasa. wygląda na to, że owszem, wyjątkowo fatalnie pod względem użyteczności zrobiona strona będzie miała pewne problemy z podbiciem serc internautów, strona wyjątkowo dobrze wykonana pod tym względem dostanie z tego tytułu niewielki bonus, ale wystarczy, by serwis mieścił się w przedziale "marnie-dobrze". być może gdy walka konkurencyjna się zaostrzy, klienci będą wybierali np. lepiej wykonany sklep internetowy. napisałem to, przeczytałem i szczerze mówiąc sam w to nie wierzę. zapewne najbardziej impulsywni czytelnicy tego bloga już piszą komentarze, w których w dosadnych słowach wyrażają swoją opinię na temat herezji które głoszę. jeśli jednak doczytali do tego miejsca, chciałbym ich zapewnić, że powyższe piszę z żalem, prace związane z usability sobie cenię, a wstęp ten nie jest krytyką użyteczności ale raczej stwierdzeniem pewnego dość oczywistego faktu. wydaje mi się, że istnieje jakiś inny czynnik, który dużo bardziej niż usability jest skorelowany z tym, czy dany serwis będzie popularny. trudno mi znaleźć nań termin, ale może w końcu wymyślę jakąś chwytliwą frazę. jest słowo "learnability", ale też nie oddaje ono tego, o czym chciałem napisać. zastanawiałem się ostatnio nad moim przywiązaniem do linii komend. myślałem także o tym, jak bardzo wygodnie korzysta mi się z blipa przez komunikator. nawet, jeśli muszę przed każdą wiadomością skierowaną do kogoś napisać ">nick". okazuje się, że przynajmniej w moim przypadku, wole wpisywać te kilka znaczków niż przełączać się w komunikatorze na nowe okienko (zawsze przełączam się na niewłaściwe). mogę wygodnie rozmawiać z 2-3 osobami na raz. czy linia komend jest OK pod względem usability? moim zdaniem jak najbardziej. zaawansowane shelle to wynik wielu lat pracy, w tym wielu lat szlifowania użyteczności. te dziesiątki, setki tricków, to całe bashowe kung-fu. ten cholerny vi, w którym moje skille ograniczają się do tego, że umiem z niego wyjść... od razu disclaimer: jest też cała masa systemów, które są skomplikowane i bardzo nieużyteczne. pierwsza przyszła mi do głowy wikipedia, czy raczej mediawiki, ze złożonym systemem znaczników, co nie jest niczym złym, ale i z fatalnym edytorem. inny przykład to kokpity samolotów. owszem, uprościły się bardzo z upływem czasu, ale i tak jest wiele osób, które na ich widok wykrzyknął "co za głupek tak to pokomplikował" (na ogół w wersji "na chuja jakiś debil zrobił to tak pojebane"). a przecież wystarczy sekundę ochłonąć, żeby uświadomić sobie fakt, że zapewne zostały one zaprojektowane z najwyższą starannością jeśli chodzi o usability. teza, którą chciałem postawić jest mniej więcej taka: usability... ok, jest ważne, ludzie nie lubią rzeczy nie wygodnych. ale jest coś, czego nie lubią jeszcze bardziej: nie lubią się uczyć. zwłaszcza, jeśli nie widzą nagrody, za swój wysiłek. a nawet jeśli nagrodę widzą, bardzo często z niej zrezygnują. i nie ma znaczenia, jakie wygodne narzędzia dostaną. nie ma znaczenia, jak będą wymiatać po nauczeniu się kilku tricków. szkoła skończona (w przypadku większości użytkowników polskiej sieci należy rozumieć to jako "jestem już po lekcjach/na wakacjach"), nie uczymy się. można zaklinać, że 5 min poświęcone na naukę oszczędzi potem 5 miesięcy klikania. nic to nie da. wydaje mi się, że wszyscy na tym tracimy. czasem tracimy właśnie to 5 miesięcy klikania, tylko dlatego, że nie chce nam się poświęcić 5 minut. tracimy na tym (choć może to zabrzmieć zbyt górnolotnie) jako cywilizacja. wybieramy zabawki zamiast narzędzi. zabawki, które są często bardzo niewygodne. przez "niewygodne" rozumiem "nieproduktywne". mają "proste" interfejsy (w sensie "mało skomplikowane" lub "podobne do czegoś, co już znamy") zupełnie niedopasowane do celów, do których służą. z ilu funkcjonalności rezygnuje się nie dlatego, że są niepotrzebne, tylko dlatego, że użytkownicy nie będą chcieli się ich nauczyć. wróćmy jeszcze do terminologii. "learnability" oznacza to, czy użytkownicy mogą nauczyć się danego systemu łatwo, czy też przychodzi im to z trudnością. dobrą learnability można osiągnąć na dwa sposoby. pierwszy z nich to cały arsenał rozmaitych metod (np. skojarzenie interfejsu z czymś pochodzącym z "real life", oddzielne wersje ui dla początkujących i zaawansowanych, etc.) zmierzających do tego, by użytkownik możliwie bezboleśnie został wyedukowany. drugi sposób, który wydaje się coraz częściej stosowany, to zwyczajnie takie konstruowanie systemu, by nie zawierał on funkcji, których trzeba się uczyć. czyli dobra "learnability" jest ważna, ale nie ma lepszego sposobu niż redukcja tego, czego się trzeba nauczyć. można na wiele sposób uczyć dziecka mnożenia, ale większość osób jest zgodna: tabliczkę mnożenia w którymś etapie trzeba wykuć.. ale można też nigdy nie wprowadzać terminu mnożenie. można poprzestać na dodawaniu. wielokrotne dodawanie w celu przemnożenia liczb to też jest sposób! gdybyście zapytali dzieci, czy wolą nauczyć się na pamięć tabliczki mnożenia, czy może wolą kilka razy powtórzyć znaną im czynność dodawania, pewnie wybrałyby to drugie. oczywiście wyniki podawałyby o rząd wielkości wolniej. cały czas słyszę opinie, że np. blip jest za skomplikowany a jako argument "bo trzeba wiedzieć, że >nick to wiadomość do kogoś, >>nick to prywatna wiadomość do kogoś a ^nick to pisanie o kimś". w podstawówce liczy się funkcje trygonometryczne a liceum całki. tymczasem w przypadku serwisu internetowego dla dorosłych te 3 znaczki, których znaczenie można opisać w jednym zdaniu są za skomplikowane. przyznam, że takie opinie są lekkim szokiem (zwłaszcza, że nie ma jeszcze 30 innych symboli do nauczenia się), ale też świadczą o tym, że od dawna to nie systemy informatyczne stanowią barierę w rozwoju nowych narzędzi, a raczej możliwości percepcji. i też nie chodzi tu o te możliwości w ścisłym sensie, bo powyższe zdanie powinny zrozumieć nawet osoby lekko opóźnione intelektualnie, ale o samą chęć percepcji. jeśli serwis jest w stanie wytworzyć choć minimalną chęć nauczenia się czegokolwiek, to zdobywa ogromną przewagę. książki w rodzaju "don't make me think" noszą bardzo chwytliwe tytuły. ale jest też przysłowie "kto nie ma w głowie, ten ma w nogach" (a raczej "w palcach"). nie chcesz się uczyć? ok, będziesz dużo i w żmudny sposób klikał. dodając na palcach można "mnożyć". ale potęg już się nie policzy. owszem, zmuszanie użytkowników, by szukali wzrokiem ważnej funkcji przez kilka minut jest głupie. ale totalne upraszczanie serwisu tylko po to, żeby nikt nie musiał przez chwilę pomyśleć też nie jest pozytywnym zjawiskiem. myślę, że system edukacyjny nie jest tu bez winy. w serialu "the wire" pada zdanie "w więzieniu siedzi się dwa dni: pierwszy, kiedy się tam trafia i drugi, gdy się z niego wychodzi". czy inaczej jest ze szkołami? coraz mocniej nakierowanymi na ten ostatni dzień, na jakiś kończący wszystko test, w którym główną nagrodą jest to, że nie trzeba będzie się więcej uczyć. wszystko zaczyna się egzaminem i kończy egzaminem, po środku jest jakaś miazga, podzielona na mniejsze egzaminy. uczenie się jest systemowo wręcz obrzydzane. wszystko, co ma choć pozór uczenia się, jest w naturalny sposób odrzucane. wolimy mieć w nogach, niż w głowach. ![]()
piątek, 10 lipca 2009
dziś, trochę przez przypadek, dowiedziałem się na blipie o tym, że bank millennium, w którym mam dwa konta z kilkoma subkontami, drastycznie podwyższył rozmaite opłaty związane z ich prowadzeniem. podwyżka jest naprawdę spora i sprytnie ukryta. na stronie banku nie ma o niej na razie wzmianki (warto przy okazji zauważyć, że rubryka "aktualności" nie ma łatwo dostępnego archiwum, do starszych informacji prasowych można dotrzeć, ale jak sama nazwa wskazuje - są to informacje dla prasy). można więc założyć, że klienci banku nic nie wiedzą o tym, że do 1 sierpnia zapłacą znacznie więcej. tymczasem informacja prasowa została już wysłana. na pierwszym miejscu opisano "specjalne oferty" (które na ogół były już wcześniej oferowane). potem "atrakcyjne" nowości. gdzieś dalej dopiero wspomniano o tym, że opłata za konto wzrośnie "jedynie" o 1 zł oraz, że jej pobieranie jest uzależnione od średniego salda na koncie. jak należy czytać tę informację? bank zmienił zasady tak, że setki tysięcy osób, które nie płaciły co miesiąc za posiadanie konta, teraz zaczną płacić. a na dodatek podwyższył opłatę. "zmieniono" też (to zawsze oznacza "podwyższono") opłatę za przelew w placówce, natomiast inne opłaty łaskawie "utrzymano" (a przecież mogłby być "zmienione"!) bo są "elementem strategii promocyjnej" (czytaj: "nie znasz dnia i godziny"). bank wprowadził też kilka nowych opłat, między innymi za prowadzenie rachunków w euro. niestety, ich nie dało się zakłamać, więc kompletnie je przemilczano. ale nie o banku, granicach między pr a kurewstwem chciałem pisać. mam wrażenie, że stoimy u progu zasadniczej zmiany, która spowoduje, że takie działania nie będą dawały dobrych efektów. że aż tak manipulować się po prostu nie da. wchodzimy powoli, zanurzając się na razie po kostki, w kolejny etap rozwoju sieci, etap "flow". etap, w którym informacje przepływają w sieciach społecznych w niesamowitym tempie. jak wspomniałem na wstępie, o podwyżkach dowiedziałem się z blipa, gdzie ktoś umieścił linka do demaskującego prawdziwe znaczenie informacji prasowej tekstu (okazuje się, że przegięcia, owszem, często uchodzą na sucho, ale tak drastyczne są jakoś wyłapywane). wkurzyłem się nie na żarty i od razu postanowiłem zlikwidować większość niepotrzebnych kont w tym banku, zwłaszcza, że przy okazji miałem oddać nieużywaną kartę kredytową, którą tenże bank wcisnął mi za pomocą bombardowania telefonicznego kilka tygodni temu. ale zanim to zrobiłem, napisałem o tym na blipie i tumblerze. kilkaset osób otrzymało informację. większości ona nie zainteresowała, ale kilka kolejnych puściło ją dalej. i tak informacja ta zaczęła płynąć z nurtem. docierać tam, gdzie nie dotarłaby jeszcze dwa-trzy lata temu, dopóki jakieś "poważne" medium by o niej nie napisało. a nie napisałoby raczej, bo przecież są ważniejsze rzeczy. nie stało się oczywiście nic wielkiego. blip jest nadal serwisem o ograniczonym zasięgu, nawet twitterowi sporo brakuje do prawdziwego mainstreamu, choć już facebook, też mocno oparty na flow, jest serwisem powszechnym. ale jest to dopiero zwiastun zmian, które nas czekają. dwa lata temu do informacji z bankiera zalinkowałoby kilka blogów zajmujących się bankowością, być może na niektórych z nich pojawiłyby się wpisy. blogi zajmujące się bankowością czytają głównie ludzie zajmujący się bankowością. to echo-chamber. siła blogosfery jest spora, ale nie przeceniajmy jej. oczywiście dowiadując się o tym, co planuje millenium (o ile bym się dowiedział), pewnie bym przestrzegł kilka osób. ile? dwie, trzy? na pewno nie więcej. kolejne osoby dowiedziałyby się o tym, że zapłaciły 7 zł za konto prywatne plus drugie tyle za subkonto walutowe itd dopiero po przeczytaniu wyciągu. czytaj: często po wielu miesiącach. fala nigdy by nie powstała, wszystko rozłożyłoby się w czasie, trochę byśmy ponarzekali i tyle. bank znowu by coś pozmieniał, dał jakieś promocje, zrobił wielkie halo wokół jakiejś obniżki, zblilansowanej "zmianami" i cały mechanizm funkcjonowałby bez zakłóceń. co więc wynika z tych okruchów informacji, nic pozornie nie znaczących strzępków zdań? z "masz konto w #bank'u #millenium? przeczytaj [link] i się zastanów (ja zaraz ide likwidować jakieś stare konta walutowe)."? za kilka lat, gdy (jeśli) mikroblogging, czy ogólniej - narzędzia oparte na flow - upowszechnią się, wynikać może bardzo wiele. więcej, niż sniło się dzisiejszym prowcom millenium, którzy nie powinni spać spokojnie. wprawdzie ja nie rozumiem, jak można w nocy spać spokojnie już dziś, za dnia próbując wyrolować tysiące osób, ale to "just me". mam gdzie i mam komu o tym powiedzieć, a osoby, którym to przekaże, mogą to łatwo przekazać dalej i dalej. każdego miesiąca jest nas wiecej i więcej, a komunikujemy się coraz szybciej.
wtorek, 30 czerwca 2009
kilka osób pytało mnie o wrażenia z rebootu. są mieszane. poprzednia edycja podobała mi się bardziej (nawet bardziej niż bardziej). tym razem było słabiej i nie jest to chyba tylko moje zdanie. za rok znowu się wybieram, może z mniejszymi oczekiwaniami, więc może będzie lepiej? i może tym razem pojedzie ktoś ze mną? znowu niestety nie spotkałem żadnych polaków, poza marcinem, studiującym w kopenhadze projektowanie interakcji. strona rebootu, wideo z imprezy (prezentacji jeszcze nie ma).
poniedziałek, 25 maja 2009
motto: "odnoszę wrażenie, że blog jest czymś – proszę darować to określenie – idiotycznym. Pozwala każdemu wygłaszać opinie na tematy różne. Tymczasem wcale nie uważam, że tak być powinno." m. król, historyk idei w dzienniku. dziś dziennik oddaje kolejne salwy w wojnie o cześć kataryny. salwy jak zwykle trafiają w sam dziennik, zresztą tytuł "utracona cześć kataryny" jest mylący. to dziennik utracił resztki czci. nie, żebym jakąś szczególną wagę przykładał do rzeczonej blogerki, której pisaninę uważam za dośc grubymi nićmi szytą propagandę (a raczej antypropagandę) albo do tekstów w dzienniku. od kiedy dziennik na swojej stronie pół dnia drobiazgowo rozpływał się nad szczegółami technicznymi boeninga, którym rzekomo benedykt xvi leciał do polski, czyniąc z tego najważniejszego newsa, zwątpiłem do reszty w jakiekolwiek kompetencje dziennikarzy tego pisma (papież jako żywo wysiadł z airbusa). dyskusję z tekstem, który zaczyna się od "pocałujcie mnie w dupę" można w sumie zakończyć wyświechtanym "na pieszczoty trzeba sobie zasłużyć" czy bardziej "kontekstowym": "poproś lepiej red. karnowskiego, mimo młodego wieku ma lata doświadczenia i duże osiągnięcia, a fakt, ze trenował tą czynność na kaczyńskim wskazuje na świetne przygotowanie gimnastyczne". mimo wszystko podyskutuję sobie, bo warto utrwalić ten pomnik głupoty. redakcja dziennika lubi usuwać teksty z archiwum internetowego, oj lubi! miałem w swoim życiu pewien śmierdzący epizod, kiedy moderowałem fora internetowe popularnego portalu. wymagało to - nie przeczę - wyrobienia pewnej odporności psychicznej. po pewnym czasie eksterminowało się wpisy już bez udziału psyche, na poziomie instynktu. działało to mniej wiecej tak, że spośród zgłoszonych do moderacji wpisów głupich, agresywnych i wulgarnych usuwało się te megagłupie, superagresywne i hiperwulgarne. ok, przesadziłem: megagłupie się zostawiało. mimo wyłączenia psychiki po paru godzinach oddzielania gówna (do wyrzucenia) od błota (może zostać), miałem wrażenie, że czymś śmierdze. i że nigdy więcej, i skąd się tacy ludzie biorą, i to nie ludzie a wilki. i w ogóle. stąd też w jakimś tam stopniu jestem w stanie zrozumieć red. krasowskiego. dostał (nie powiem, że nie całkiem zasłużoną) zjebkę zbiorową za podły szantaż, którego dopuściła się jego pracownica + oszczerstwa, których dopuścił się jego pracownik, a zjebki internetowe wyglądają tak jak wyglądają. każdy ma taką reakcję obroną, jakie geny odziedziczył i jakie wychowanie odebrał. red. krasowski w sytuacji stresu wypina cztery litery. można i tak. niestety, w pozycji zgiętej, red. krasowski kiepsko myśli. i to jest problem, a nie nagie redaktorskie posladki. bo o kim to redaktor pisze: "jednemu z Was zdarto przyłbicę, pozbawiając maski anonimowości"? no o kim? o jakimś forumowym trollu, jakich tysiące kręci się po portalach? nie. on pisze tak o katarynie, którą jego kolega uważa za twórczynie najlepszego bloga politycznego w sieci, klasę samą dla siebie. kataryna jest jednym z tych "małych ludzi". to (oraz pisanie pod nazwiskiem) czyni krasowskiego moralnie wyższym, co prowadzi w logiczny sposób do wypięcia pośladków, gdyż tak krasowski okazuje moralną wyższość: wypinając nieanonimowe pośladki. zapominając o tym, że jest to dość anonimowa część ciała. krasowski monstrualnie przegina w wielu miejscach. fragment o tym, jakie są metody działania dziennikarzy (szantaż) jest obrzydliwy, nawet (zwłaszcza) jeśli szczery. takie historie, w których agent werbuje informatora, strasząc go "bo jak nie pójdziesz na współpracę z nami, to przyjdzie kgb, a znasz ich metody" czytałem do tej pory głównie w powieściach le carre. jednak moment, w którym "pocałujcie mnie w dupę" rzuca także w kierunku do kataryny, przejdzie chyba do historii bezczelności. razem z całym dziennikiem. już wkrótce. ps. mimo przykrej sytuacji w jakiej znalazła się kataryna, która to zresztą sytuacja zapewne wyjdzie jej na dobre, nie mogę nie podzielić się złośliwą satysfakcją. toż przecież kataryna krytykowała, zwalczała gazetę... a to tu właśnie, na bloxie, mogła czuć się anonimowo i swobodnie. zapewne śladów w logach serwerów agory zostawiła tysiace, a jej tożsamość była na czerskiej znana niejednej osobie. ale to nie te moralne karły, co bratają się z kiszczakiem, a ich teksty adiustuje maleszka, a właśnie jej fani z dziennika, ideowi sojusznicy, obrońcy 4 rp, moralnej odnowy i lustracji ujawnili de facto jej dane, po nieudanej próbie szantażu. podobno poglądy polityczne kataryny zrewolucjonizowało przyjście rywina do michnika. ciekawe, jaką rewolucję wywoła coś, co chyba bardziej bezpośrednio jej dotyczy: telefon od czubkowskiej, felieton michalskiego i wypięta dupa redaktora krasowskiego.
środa, 25 marca 2009
zupełnie nieoczekiwanie, mój wpis sprzed prawie pół roku, doczekał się dziś polemiki na blogu blomedia. pewnie też zajęłoby mi z pół roku zauważenie go, gdyby nie to, że akurat wczoraj opublikowałem na netto notkę i znalazłem link w statystykach. „jeden z drugim” jak uroczo określa mnie autor notki (ten drugi to nicholas carr zapewne, niezłe towarzystwo!) odpowiada. to znaczy „jeden” odpowiada, „drugi” zapewne nie jest nawet świadom tej dyskusji. niczym nie uzasadniona jest teza, że „blogi są jak piłka nożna”. za to rozwija się ona do łagodnej sugestii „nie dyskutujmy o tym” okraszonej pseuodargumentami, że skoro blogować nikt nie musi, a świat się bez tego nie rozpadnie, to lepiej nie myśleć niż myśleć, lepiej się nie zastanawiać niż zastanawiać itd. co nie jest zresztą prawdą, bo bez piłki faktycznie świat mógłby się obejść (proszę mi tego nie wyciągać w przyszłości!), a bez blogów niedługo nie będzie mógł, ich siła i znaczenie w demokratycznych państwach jest już ogromna. a nawet jeśli jest, to wbrew temu, co próbuje wmówić autor, także na temat komercjalizacji piłki dyskutuje się nadal sporo. ale blogi to nie piłka nożna. komercyjny zbiorowy blogoid różni się od prywatnego blogaska dużo bardziej, niż od komercyjnego serwisu internetowego (dowodzi tego fakt, ze i wpisy z serwisów blomedii „zasysane są” np. przez dział technologie na portalu gazeta.pl jako newsy i traktowane na równi z artykułami redakcyjnymi). różni się bardziej niż ac milan od milanu milanówek! gra według innych reguł i ma zupełnie inny cel. to trochę tak, jakby ktoś biorący udział w amerykańskim profesjonalnym wrestlingu powoływał się na antyczną tradycję zapasów i na to, że dzieci siłują się na podwórku. trochę opamiętania. zastanawia mnie to tylko, czy ta wpadka z „wszczepianymi komórkami” sprzed dwóch dni, to nie jest ciekawszy temat na notkę, niż mój wpis sprzed prawie pół roku? ciekaw jestem, jaką tu piłkarską analogię można by zastosować? „odpuszczenie sobie” meczu? aż strach myśleć dalej i snuć gorsze podejrzenia, dlaczego ten mecz został odpuszczony. może faktycznie zamiast ogólnych rozważań, chybotliwych paraleli, jak ta „futbolowo-blogowa”, redaktor naczelny powinien wytłumaczyć się z tej, co tu dużo mówić, kompromitacji? przeprosić czytelników? a nie udawać, że nic się nie stało, gramy w piłeczkę dalej jakby nigdy nic. jedzie to ostrym listkiewiczem. bo niedługo okaże się, że blogi są nie jak piłka nożna, tylko jak piłkarski poker. a piłkarski poker to nie piłka nożna, tylko śmierć piłki nożnej.
wtorek, 24 marca 2009
moim skromnym zdaniem oba serwisy są coraz bardziej na kolizyjnym kursie. który wygra? na razie nie jest łatwo to przewidzieć. zwłaszcza, ze rozmaite cechy i funkcjonalności, mogą być rozpatrywane zarówno jako wady jak i jako zalety. sieć społeczna: z jednej strony facebook ma tu przewagę: użytkownicy są nieanonimowi (ale czy to zawsze przewaga?), „znajomości” są potwierdzone, a nawet zbierane są informacje, skąd i jak dobrze się użytkownicy znają. poza tym jest facebook connect, czyli sieć społeczna facebooka wyeksportowana do innych serwisów (tych, których nie dało się zainportować do środka facebooka). ale rozwiązanie, które jest w twitterze, czyli asymetryczna sieć obserwujących/obserwowanych też ma swoje zalety. jak choćby możliwość obserwowania „gwiazd”, które wcale nie muszą obserwować danego użytkownika (o ile dobrze ogarniam facebooka, to tam taką rolę stanowią „strony”, to rozwiązanie nieco sztuczne). dodatkowo twitterowa półanonimowość miewa swoje zalety. zakres aktywności: można powiedzieć, że facebook konkuruje tu bardziej z friendfeedem. jest on agregatorem różnych aktywności: deklarowanych przez użytkownika (wpisywanych w okienko z pytaniem „co myślisz?”), wykonywanych w samym facebooku, wykonywanych w aplikacjach facebooka i aplikacjach na zewnątrz facebooka. to daje teoretyczną przewagę, ale też ogromny natłok informacji, które trudno jest przetwarzać. w dodatku facebook narzuca różne grubociosane ograniczenia (np. nie możemy wrzucać komunikatów z blipa w główny stream, za to rozmaite aplikacje quizowe nie mają z tym problemów). z kolei twitter to głównie statusy wysyłane przez użytkownika, choć przy pomocy api można przecież publikować tam dowolne treści... pod warunkiem... że da się je skrócić do 140 znaków czystego tekstu. stopień skomplikowania: dowcip o kotach idących przez pustynie i nie ogarniających kuwety nasuwał mi się za każdym razem, gdy wchodziłem na facebooka. dalej potwornie się tam gubię i mam wrażenie, że nawet power userzy nie poruszają się zbyt swobodnie. ale fb wywoluował od typowego serwisu social-networkingowego, z jego rytuałami (dodawanie do znajomych) i funkcjonalnościami, które znamy od dawna (galerie, komentarze, „wall”). facebook jest jak windows. gubisz się w tym, ale w końcu jakoś się doklikasz. z kolei twitter jest jak unixowy shell. niby prosty, ale nie wiesz od czego do końca zacząć, z dziwną na początku składnią rozmaitych skrótów, działających lub nie (np. tagi w samym twitterze nie działają, ale userzy używają ich, bo działają w różnych nakładkach). dodatkowo twitter to coś zupełnie nowego, można przenosić przyzwyczajenia z blogowania, ale szybko okazuje się, że to całkiem nowy gatunek zwierzęcia, który trzeba oswoić na nowo. jak się oswoi, to okaże się, że poza kilkoma bardzo nielogicznymi rozwiązaniam, twitter może być opanowany do perfekcji. a facebook ciągle ma jakieś „niuanse”. sposoby używania: nie wiem jak działa mobilny facebook, ale nie sądzę, żeby doświadczenie używania facebooka przez www w najbliższym czasie zostało przeniesione na komórki i inne urządzanie mobilne. to jest serwis www i łatwo tego nie da się zmienić. w przeciwieństwie do twittera, który od początku był projektowany tak, aby można było go używać przy pomocy dowolnego urządzenia (nie wiem, czy to jeszcze zostało, ale kiedyś na twitterze był specjalny komunikat, informujący (!) użytkownika, że twittera można też używać przez www). trzeba jednak pamiętać, że urządzanie mobilne w szybkim tempie nabierają nowych możliwości. otoczenie konkurencyjne: facebook wydaje się mieć większą konkurencję. nie można skreślać myspace, nie można też negować istnienia lokalnych social-networków, takich jak choćby nasza-klasa. mimo, iż facebook jest „czymś innym” niż typowy sn, to jednak ścieżka, którą szedł, jest dobrze znana i można iść po jego śladach. twitter praktycznie konkurencji nie ma. u nas okopaliśmy się w blipie, kraje skandynawskie pewnie zostaną przy jaiku. zapomniałem o chinach, tam pewnie też twitter odda pola lokalnym klonom, ale to nie konkurencja, walka o tego samego użytkownika będzie śladowa. nie można wykluczać, że pojawi się trzeci gracz i pogodzi obie strony. jeśli dzieją się teraz w internecie ciekawe rzeczy, to właśnie pojedynek fb vs twitter jest jedną z nich. facebook wykazuje niezwykłą zupełnie plastyczność jak na takiego giganta, zaś twitter nie jest tylko dawidem z procą, strzelającym do goliata: dysponuje nieco cięższą amunicją i nie jest też już takim maluchem. ps. ten wpis jest na tym blogu, bo tak.
piątek, 20 lutego 2009
poniedziałek, 12 stycznia 2009
wtorek, 23 grudnia 2008
czwartek, 18 grudnia 2008
wtorek, 02 grudnia 2008
sobota, 29 listopada 2008
wtorek, 25 listopada 2008
|