pisz się na to
zgrzyt

OpenID.pl


LinkedIn
RSS
czwartek, 28 lipca 2016
  • fundacja ethereum, a przynajmniej większość jej członków, wspierała rozwiązanie, w myśl którego środki zrabowane z DAO miałby zostać zwrócone pokrzywdzonym. jedynym wyjściem stał się "hard fork": celowe zmanipulowanie blockchainu. rozwiązanie bardzo drastyczne, uderzające w samą esencję tej technologii. 
    • aby hard fork się udał, potrzebna była zgoda większości „wykopujących” ETH, taka zgoda została osiągnięta, ale frekwencja (mierzona mocą obliczeniową), nie była zbyt wysoka.
  • kolejne dni spędziliśmy na oczekiwaniu na blok 1920000, ostatni blok "starego" łańcucha ethereum  i rozpoczęcie nowego etapu jego historii.
  • sam moment hard forka przebiegł bez większych zakłóceń, przygniatająca większość użytkowników przełączyła się na nowy łańcuch
  • cena DAO zrównała się z ceną ETH, a sama cena ETH wzrosła
  • i wydawało się, że bałagan został uprzątnięty
    • tutaj mała dygresja, dla niezorientowanych jak działa blockchain. jak sama nazwa ("chain") wskazuje, ma on strukturę łańcucha. z jednej strony każdy może do tego łańcucha dołączyć kolejne ogniwo, z drugiej jednak, żeby takie ogniwo stanowiło część „głównego” łańcucha, musi być potwierdzone przez dysponujące odpowiednią mocą obliczeniową węzły sieci. czyli właściwie każdy może budować swoje własne „odgałęzienie” łańcucha, ale ma ono niewielką szansę na odegranie jakiejkolwiek roli o ile nie zostanie poparte przez „większość”.
    • hard fork był w pewnym sensie takim odgałęzieniem, od bloku 1920000 obowiązywały w nim zmienione zasady, które zaakceptowała większość
  • tymczasem jak się okazało, nie wszyscy pogodzili się z hard forkiem
  • mała, ale znacząca część „wykopujących” kontynuowała istniejący łańcuch bez zmian. 
  • to trochę jak tworzenie dwóch wersji historii. do bloku 1920000 były one takie same. w wersji "hard fork" następował potem zwrot środków ukradzionych z DAO, w wersji "classic” nic takiego nie miało miejsca.
  • działo się to trochę w ukryciu, większość osób, które obserwowała to, co się dzieje, miała wrażenie, że "hard fork" się udał.
  • nagle, bez zapowiedzi, jedna z większych giełd kryptowalut, poloniex, wprowadziła handel walutą ETC = ethereum classic, czyli tym odgałęzieniem blockchaina ethereum, które nie uznaje "hard forka". jeśli ktoś miał przed hardforkiem 1000 ETH dostawał na swoje konto 1000 ETC (które przed hard forkiem były przecież tożsame z ETH). 
  • zapanowało niezłe zamieszanie. wartość nowej-starej waluty ETC, która startowała od 1 ETC = 1 ETH spadła do ok. 1/15 - 1/20 ETH. ale i ETH straciło na wartości. potem ETC jeszcze spadło... i już wydawało się, że to koniec, aż w końcu po 3 dniach cena wzrosła i ustaliła się na poziomie 1/5 ETH
  • jak w każdym dobrym filmie przydałby się jakiś spektakularny finał. tu niestety muszę was zawieść. ale jeśli liczycie na sequel, to się nie rozczarujecie. 
  • w ostatniej scenie, ETH jest osłabione, ale nie pokonane.
  • natomiast sytuacja z ETC jest „complicated”. wygląda, że nie zniknie on za szybko z horyzontu, chociaż przytłaczająca większość sieci „wykopującej” opowiedziała się za ETH. 
    • ale pojawiły się dość złożone problemy, wynikające z tego, że ETC i ETH to nie do końca oddzielne projekty. w specyficznych sytuacjach możliwy jest atak na ETC, wynikający z faktu, że niektóre adresy są oddzielne, a niektóre współdzielone przez obie te sieci. 
    • jednym z proponowanych rozwiązań dla ETC jest...
    • hard fork
    • czyli dokładnie to samo rozwiązanie, przeciw któremu ETC się buntuje i którego tamtejsza społeczność nie uznaje.
11:33, reuptake
Link Dodaj komentarz »
środa, 27 lipca 2016
  • od początku tego roku zainteresowanie ethereum rośnie lawinowo, rośnie też, nieco spekulacyjnie, wartość waluty ETH. zaczynają się tym projektem interesować banki i inne instytucje finansowe.
  • ethereum ma być „światowym komputerem”, siecią rozproszonych aplikacji, sama waluta jest tu nieco na marginesie: pojawia się społeczne oczekiwanie na stworzenie jakiejś aplikacji opartej na platformie ethereum, które zademonstruje nowy paradygmat rozproszonych aplikacji.
  • powstaje DAO. DAO ma być – znów niezwykle grube uproszczenia – odpowiednikiem wspólnie zarządzanego funduszu inwestycyjnego. osoby, które są jego udziałowcami (udziały kupuje się za ETH, ale są one konwertowane na walutę nazwaną po prostu DAO), mogą głosować nad projektami, które otrzymają finansowanie ze środków funduszu.
  • tak wygląda DAO od strony idei. od strony technicznej jest to po prostu kod obsługujący m.in. głosowania i inne aspekty działania organizacji
    • co ważne, z DAO można było się wycofać. nie wypłacało się jednak środków, ale tworzyło własnego klona DAO, w którym miało się 100% głosów i dopiero z niego można było dokonać wypłaty
  • DAO budzi ogromne zainteresowanie. ponad 10% wszystkich ETH będących w obiegu zostaje zamienionych na udziały. to 150 milionów dolarów.
    • mogło tu zapalić się czerwone światełko: czy pierwsze DAO musi od razu dysponować aż taką sumą? ale oczywiście nikomu się nie zapaliło, raczej wszyscy uznali to za wielki sukces
  • nie minęło kilka dni od startu DAO, gdy [DRASTYCZNE FOTKI]
    • zaczęły z niego w szybkim tempie wyciekać środki
  • tu znowu nie będziemy się w szczegóły techniczne wdawać, ale komuś udało się zapętlić kod DAO, tak, że środki z głównego DAO były przesyłane do jego prywatnego DAO.
    • dramatyzmu dodawał fakt, że środki były przesyłane stopniowo, można było śledzić postępy włamania live
  • zapanowała totalna panika, kurs ETH i DAO poleciał na łeb na szyję. były próby zastopowania tego procesu, ale generalnie niewiele dało się zrobić. około 1/3 DAO została „ukradziona".
    • skąd ten cudzysłów? stąd, że nie wszyscy zgadzają się ze słowem „kradzież” 
    • skoro kod DAO miał być jednocześnie „prawem” DAO, „hacker” zrobił z niego po prostu użytek. nie można powiedzieć, że złamał zasady DAO, przynajmniej nie te, zapisane w samym kodzie. może być to moralnie naganne, ale z punktu widzenia kodu nie ma się do czego przyczepić (poza tym, że został źle napisany).
  • sytuacja wyglądała więc tak, że „hacker” stworzył własne DAO, w oparciu o kod oryginalnego DAO i przesłał tam spore środki. miało to ciekawe konsekwencje
    • po pierwsze DAO "hackera" było podatne na ten sam atak, co oryginalne DAO
      • i oczywiście od razu pojawiły się próby skorzystania z tej dziury
      • pojawiły się nawet plotki, że "hacker" przypuszcza ataki na atakujących i tak w kółko
    • po drugie, nie mógł tych środków z niego wycofać przed upływem około miesiąca. takie ograniczenie było w kodzie wpisane na sztywno
  • społeczność ethereum/DAO miała więc niecały miesiąc na reakcję. od razu pojawił się podział na dwa obozy:
    • pierwszy twierdził, że było to ewidentne włamanie i nie można pozwolić „hackerowi” na cieszenie się łupem, nikt nie będzie chciał wspierać w przyszłości systemu, w którym możliwe są takie nadużycia
    • drugi twierdził, że jakiekolwiek próby „odkręcenia” sytuacji zniszczą podstawowe założenie ethereum: możliwość tworzenia aplikacji, na których działanie nie będzie miał nikt wpływu (o ile ten wpływ nie został zapisany w samej aplikacji). zaczęły pojawiać się porównania do bailoutu banków, które były „too big to fall” i twierdzenia, że oddanie kilkunastu-kilkudziesięciu milionów dolarów „hackerowi” to po prostu cena, jaką młody projekt zapłaci za wierność zasadom.
  • dyskusja na ten temat odwoływała się już nie do kodu, a do konkretnych przekonań światopoglądowych, nic dziwnego, że nie przyniosła rozstrzygnięcia
  • wszyscy zgodzili się jedynie z tym, że dla DAO był to wyrok śmierci
  • chodziło tylko o to, żeby nie był to jednocześnie koniec ethereum
15:18, reuptake
Link Dodaj komentarz »
  • ethereum jest jak bank przyszłości w stosunku do banku tradycyjnego. w tradycyjnym banku miałeś konto i miałeś na nim środki. w nowoczesnych bankach jest coraz więcej procedur, które automatycznie twoimi środkami dysponują. niestety (a może na szczęście) są one bardzo prymitywne, ograniczają się głównie do rozmaitych stałych zleceń i poleceń przelewu. 
  • w przypadku bitcoina adres bitcoinowy jest jak konto bankowe. służy do wpłacania i wypłacania, ważne, żeby się na nim zgadzało saldo bitcoinów.
  • w sieci ethereum pod adresem kryć się mogą procedury. możemy napisać sami dyspozycję, że jeśli wpłyną tam jakieś środki, zostaną one przesłane na inne konto, ale tylko pod warunkiem (i tu cała lista warunków, która może być bardzo złożona).
  • procedury te mogą być naprawdę złożone i niekoniecznie dotyczą transakcji finansowych.
    • można na przykład stworzyć procedurę, która jest odpowiednikiem statutu jakiejś spółki: umożliwia wybór władz, dokonywania głosowań (głosowania mogą dotyczyć na przykład wydatkowania środków, w przypadku przegłosowania środki od razu są przeznaczane na przegłosowany cel).
  • takie procedury raz zapisane są niezmienne i niemodyfikowalne. bardzo często także ich efekt jest niezmienny i niemodyfikowalny. przykład spółki z punktu powyższego jest tu bardzo dobry: wspólnicy mogą poddać pod głosowanie transakcję, dokonywaną za kryptowalutę. gdy tylko procedura głosowania zostanie przeprowadzona, transakcja sama się wykonuje (lub nie) i nie ma od tego odwrotu.
    • nie jest to bynajmniej niuans, niezmienność kodu procedur i efektów jego działania jest jednym z podstawowych założeń ethereum i jego ważnym "selling point". 
  • ponieważ wykonywanie tych procedur jest kosztowne obliczeniowo, „zużywane” jest paliwo (gas). paliwo to kupowane jest za walutę, zwaną ether (ETH).
  • w przeciwieństwie do bitcoina, gdzie stworzenie kryptowaluty stanowiło cel sam w sobie, ether jest w sieci ethereum środkiem płatniczym, używanym do kupowania „mocy obliczeniowej”. a ta moc obliczeniowa może być używana dowolnie. można za jej pomocą tworzyć automaty rozliczające się ze sobą w ETH, ale można też tworzyć zupełnie dowolne własne kryptowaluty.
14:45, reuptake
Link Dodaj komentarz »
  • być może całe moje zainteresowanie najpierw kryptowalutami, a potem technologiami blockchainowymi wynikało ze zwykłej potrzeby adrenaliny. nie dostarczało mi jej patrzenie jak onet ściga się z wp w megapanelu, nie czułem dreszczu podniecenia na myśl, że apple wprowadziło nowy pasek do iwatcha albo nowy zestaw emoji do osxa, a już śledzenie zmian w algorytmie facebooka powodowało wręcz nudności.
    • nawet beka z webstarów podlega inflacji, wraz z inflacją samych webstarów, ile można
  • tymczasem w kryptowalutach przynajmniej się dzieje i pewnie można by nakręcić kilka niezłych filmów na ten temat
  • gdyby nie jeden problem: w wielu przypadkach brak głównych bohaterów
  • trzy historie, które najbardziej na film się nadają to:
    • historia powstania bitcoina
      • tutaj pewnie o scenariusz najłatwiej, przecież nie trzeba wskazywać z całkowitą pewnością, kto stworzył pierwszą popularną kryptowalutę
    • historia wzlotu i upadku mtgox
      • dobry materiał na kryminał finansowy, mamy jedną świetną postać: szefa giełdy marka karpelesa, postać nieco tragikomiczną, a może głównego winnego gigantycznej kradzieży?
    • i na koniec, całkiem współczesny materiał na tasiemcowy serial (nie mogę się powstrzymać od refleksji, że prototypem blockchaina były seriale), czyli historia Ethereum, DAO, i to co nastąpiło dalej.
  • ta ostatnia rozgrywa się na naszych oczach, śledzę ją w trybie binge watching. ma ona wszelkie typowe cechy dla blockchainowych dramatów, z których najbardziej charakterystyczną jest to, że wydaje się, że nikt nie ogarnia jej w całości.
    • ja na przykład nie mogę powiedzieć, że rozumiem wszystkie aspekty techniczne
    • ale też mam wrażenie, że niektórzy oblatani w kwestiach „niskopoziomowych” „widzą drzewa, ale nie widzą lasu”
  • mimo wszystko spróbuję ją, w ogromnym uproszczeniu opowiedzieć. ogromne uproszczenie – jeszcze raz to powtórzę: piszemy scenariusz dla hollywood, a nie dla jakiejś geek tv. 
  • w trzech aktach, które nastąpią
13:16, reuptake
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 26 lipca 2016
  • zanim zacznie pisać się o czymś nowym, pewnie warto by było zamknąć za sobą przeszłość: czytam te swoje stare notki z mieszaniną niedowierzania i zażenowania, oj, nawypisywałem tam głupot całkiem sporo. aż nie chce mi się sam sobie ich wypunktowywać – czego komcionauci nie wyłapali, niech mi ujdzie na sucho.
    • wierzyłem, zdaje się, w "semantic web"
    • i już całkiem na pewno wiązałem spore nadzieje z openid
    • to co brałem za objawy kryzysu wieku średniego u niektórych przybrało formę chroniczną: kanałów youtubowych, snapchatów i tym podobnych, nawet, zdaje się, na tym zarabiają
  • przez te 6 lat działo się dużo i mało zarazem
    • byłem w rio...” (polecam)
    • przestałem pisać o żarciu, zacząłem pisać o piciu
    • ugotowałem z kol. tepperem durszlak.pl 
      • a następnie go sprzedałem, dokonując trzeciego exitu w mojej karierze
      • w międzyczasie wskakując z nim na pierwsze miejsce w megapanelu, prowadzonym, a jakże, przez firmę gemius, znów
    • ale generalnie trzymałem się na uboczu i nie bywałem, co pewnie nie zmieni się zanadto
  • teraz też śledzę trendy z dystansu i z tych nowych modnych tematów
    • nie wgryzłem się w kwestie rzeczywistości wirtualnej, ta niewirtualna mi w zupełności wystarcza
    • nie podłączyłem sobie do internetu spłuczki w toalecie i nie steruję nią z mojego smartwatcha
    • natomiast od kilku lat interesują mnie kwestie związane z blockchainem, co jest jakąś kontynuacją zainteresowań związanych z jednej strony z cyfrową tożsamością, a z drugiej z samą „tkanką” internetu
  • być może za kilka lat spojrzę sobie w tą notkę siedząc na ipanemie czy innej copacabanie (przynajmniej tak mi będzie się wydawać, gdy załaduję odpowiedni soft do okularów), popijając piwo kupione za 1000 bitcoinów (puszka 0,33) będę snuł ponure myśli i kontemplował własną naiwność.
16:55, reuptake
Link Dodaj komentarz »
  • sześć lat, wiele pakietów na łączach upłynęło
    • większość linków w sekcji „zakładki” nie działa
    • facebook nie wchłonął całego internetu
    • liczba portali w polsce właściwie nie spadła
  • popatrzyłem w lustro i refleksja jest taka, że nie nadaję się na snapchata
  • wróciłem więc do netto
  • bo mam wrażenie, że znowu coś się ciekawego zaczęło dziać
    • nadal nie lubię stosować wielkich liter
  • a co u was?
11:36, reuptake
Link Komentarze (6) »
piątek, 10 grudnia 2010

  • najczęściej na brutto
  • od święta na możnagościom

08:37, reuptake
Link Komentarze (22) »
czwartek, 22 kwietnia 2010

tak naprawdę historia internetu składa się zaledwie z trzech wydarzeń. były to wydarzenia mało spektakularne i niedostrzegane (media więcej pisały o pierwszej ambasadzie w second life...), ale jestem pewien, że to one trafią do podręczników historii.

pierwsze z nich to stworzenie protokołu tcp/ip i umożliwienie komunikowania się w sieci rozmaitym urządzeniom i uruchamianym na tych urządzeniach aplikacjom. było to lata temu, historia arpanetu i jego późniejszej ewolucji, w tle której malowniczo wznosi się grzyb po wybuchu bomby atomowej, brzmi dla nas jak bajka o smoku wawelskim. tym niemniej ?amerykańscy naukowcy? wymyślili co wymyślili i to dzięki nim, a nie cisco czy telekomunikacji polskiej możemy sobie ściągać filmiki popijając piwko. wymyślili to za wojskową kasę i, co wcale nie wydawało się oczywiste, rozdali, żebyśmy mogli sobie używać i żeby cisco (czy telekomunikacja) miała z czego żyć. i tak powstała warstwa infrastruktury sieciowej, składająca się z serwerów, routerów i kabli. nic fascynującego, a jednak: nie było by nic w tym dziwne, gdyby wydarzenie to przesunęło się w czasie o 10 czy 20 lat.

drugie wydarzenie to wymyślenie WWW. prace nad rozmaitymi systemami hipertekstowymi były prowadzone już wcześniej, ale tim b-l pierwszy złożył wszystkie elementy do kupy, opracował pra-HTML i pra-HTTP, a następnie znowu, rozdał światu. świat skwapliwie skorzystał z tego rozwiązania, które zepchnęło inne sposoby komunikowania się przez internet na margines. powstał pudelek, twoja strona, strona twojej-starej i google. potem producenci przeglądarek zaczęli się kłócić, my na tym podobno zyskaliśmy (15 lat temu za przeglądarki trzeba było płacić, dziś microsoft swój darmowy produkt reklamuje na bilboardach), stron było więcej i więcej, zaczęły powstawać serwisy społecznościowe, a media obwieszczały rewolucję co kilka lat, dla uproszczenia nadając kolejnym rewolucjom numery: web 2.0, web 3.0... zasadniczo jednak nie zmieniało się nic. nawet gorący gadżet ostatnich tygodni, czyli ipad, jest reklamowany m.in. jako świetne urządzenie do przeglądania stron www. a nawet, gdy uruchamiamy na nim aplikację a nie przeglądarkę, to zapewne posługuje się ona protokołem http wymyślonym na potrzeby stron www. prawie 30 lat temu.

i tak sobie funkcjonowały dwie warstwy sieci. kupowaliśmy kompa, podłączaliśmy go do sieci (etap pierwszy), potem włączaliśmy przeglądarkę internetową (etap drugi) i mogliśmy uznać, że Podłączyliśmy Się Do Internetu.

to się zmieniło.

teraz Podłączenie Się Do Internetu, będzie wymagało trzech etapów. pierwsze dwa znamy, trzecim będzie zalogowanie się do facebooka.

na naszych oczach powstaje kolejna warstwa sieci, warstwa "społecznościowa".

nie będę tu opisywał całej historii, wymieniał prekursorów, bo zrobi się tego historia jak o radzieckich uczonych, którzy wszystko wymyślili wcześniej, tylko jakoś nikt o tym nie wiedział. pokrótce: zaczęło się od prostego "podpisz się" (np. w komentarzach na blogach). żeby nie trzeba było się podpisywać za każdym razem wprowadzono "zarejestruj się". strony masowo zaczęły prosić użytkowników o rejestrowanie się, dzięki czemu mogły przechowywać informacje dotyczące danego użytkownika. potem nastąpiły dwa procesy: po pierwsze powstawały serwisy społecznościowe, czyli strony, gdzie ze "znajomymi" robiło się różne rzeczy (dyskutowało, wymieniało zdjęcia itd), po drugie podjęto prace nad tym, żeby nie rejestrować się w każdej stronie oddzielnie, tylko, co wygodniejsze i wbrew pozorom bezpieczniejsze, mieć jeden login i jedno hasło do wszystkich stron, co rozwiązano za pomocą tzw. openid.

problem w tym, że procesy te rozeszły się w dwóch przeciwnych kierunkach. serwisy społecznościowe miały mnóstwo informacji o nas, ale ich nie udostępniały innym. z kolei openid pozwalało zalogować się na wiele serwisów jednym loginem i hasłem, ale to wszystko, nie szły za tym żadne dodatkowe informacje, np. informacje o naszych znajomych.

i tu bezceremonialnie wszedł facebook. najpierw uruchomił możliwość tworzenia stron i aplikacji działających wewnątrz serwisu (strony działają "wewnątrz", aplikacje na granicy obu światów). klikamy "lubię to" i voila, widzimy wszystkie osoby, które to lubią (w tym, specjalnie wyróżnionych, naszych znajomych). nie do końca jesteśmy zapewne świadomi, że przez kliknięcie "lubię to" przy "stronie facebookowej", udzielamy niepisanej zgody na takie działanie facebookowi ("jeśli w przyszłości, ktoś polubi tą stronę, pokaż mu, że ja też ją lubię). następny etap trzeciej rewolucji, to możliwość logowania się do serwisów (nie będących własnością facebooka) przez login/hasło facebooka. jakie to wygodne! i dla użytkownika (dwa kliknięcia i "jestem", "jest" też mój awatar, moje imię i nazwisko i moi znajomi...) i dla twórców serwisów (choć oni pewnie czasem drapią się po głowie myśląc, czy zatrudnienie w roli straży granicznej zewnętrznej firmy - bo do tego można porównać to działanie - jest długofalowo korzystne. wyobraź sobie: lądujesz na okęciu, a tam chiński pogranicznik sprawdza twój chiński paszport, który wydają ambasady chińskie na całym świecie - nasze władze uznały bowiem, że i tak chińczyków jest najwięcej na naszej planecie a poza tym taniej nie mieć własnych ambasad i wydawać własnych paszportów).

wczoraj nastąpił kolejny krok, pieczętujący już ostatecznie powstanie kolejnej warstwy w sieci: warstwy społecznej. facebook umożliwił podłączenie serwisu do facebooka tak, żeby stanowił on część facebooka, choć nią faktycznie nie jest. napisałem to zdanie i zrozumiałem, że można by je napisać odwrotnie i też by było prawdziwe. kończy się bowiem czas, gdy był internet, a w tym internecie jedna wielka strona: facebook. 500 mln użytkowników, prawdziwy gigant. facebook zaczął  rozpowszechniać się w inny sposób: rozmywają granicę i nasączając sobą internet. tak jak kiedyś, w latach 80-90, coraz więcej ruchu w sieci generowały strony WWW, tak teraz coraz więcej stron w ten czy w inny sposób jest z facebookiem połączona. choć formalnie częścią facebooka nie jest, staje się częścią "szeroko rozumianego facebooka". bez niego nie może funkcjonować albo funkcjonować może, ale w tak ograniczonym stopniu, że nie ma to finansowego sensu. ta tendencja po wczorajszych informacjach od facebooka zacznie lawinowo narastać. facebook rozleje się po całej sieci. będziemy wchodzić tam rzadziej, ale korzystać częściej. pod każdym kawałkiem informacji będzie "lubię to" i "dodaj komentarz", a komentarze będą rozsyłane do naszych znajomych. zrodzi to wiele fascynujących możliwości, ale i wiele zagrożeń.

nie mam dziś wyjątkowo ochoty straszyć, choć to, co się dzieje jest ewidentnie groźne. dwie poprzednie warstwy sieci były poddane międzynarodowej standaryzacji. nie ma realnej możliwości, by jedna firma zaczęła "grzebać" w protokole TCP/IP i wprowadzać tam swoje zmiany. wprawdzie korporacje próbowały "przejąć władzę" nad WWW (okres wojny przeglądarek), ale okazało się, że gra jest nie warta stawki i znowu o tym, w jakim kierunku rozwijać się będą strony internetowe, decyduje organizacja W3C, która jest ciałem kolegialnym. tymczasem budowa społecznej warstwy internetu toczy się pod dyktando facebooka. tak, jest nasza-klasa, jest linkedin i jest jeszcze wiele innych serwisów społecznościowych. tym niemniej inicjatywa jest po stronie facebooka i wszystko idzie w kierunku zmarginalizowania "dużych" konkurentów fb (tak jak np. rozmaite usługi sieciowe zostały zmarginalizowane lub wchłonięte przez WWW, nawet maile wiele osób wysyła "przez strony"). mniejsi, niszowi, oczywiście pozostaną. warto przy tym pamiętać, że o ile poprzednie rewolucje były w dużej mierze "techniczne" to ta jest głównie "społeczna" - dominacja jednej firmy jest dużo groźniejsza. tu nie chodzi o standard dotyczący kabelków, tylko relacji międzyludzkich. do tej pory, podłączając się do internetu nie musieliśmy dokonywać znaczących społecznie wyborów (jaki awatar wybrać, jak się przedstawić, jakich znajomych dodać). teraz musimy i to pod nadzorem facebooka, który mówi, że np. nagie piersi są złe na awatarze. nawet jeśli wychowaliśmy się w afrykańskim plemieniu, gdzie widok kobiecych piersi nie jest niczym dziwnym. nawet jeśli nie chcemy gorszyć pruderyjnych amerykanów, a tylko skorzystać z jakiegoś serwisu, który akurat wybrał, że o tym, kto "istnieje" decyduje facebook.

"istnienie" nie jest tu słowem na wyrost. facebook buduje sieć, gdzie węzłami są nasze tożsamości, nasze ja, nasze "istnienie", a łączami już nie "kable" czy "linki" tylko nasze relacje interpersonalne. tak, o twojej przyjaźni czy miłości świadczy teraz twój facebook. to jest twoja obrączka czy pierścionek zaręczynowy. to jest twoja popularność w szkole, świadectwo że jesteś lubiany w pracy.

facebook fragmenty tej sieci udostępnia innym serwisom. jest więc bankiem naszego sieciowego bycia (albo niebycia). banki - przynajmniej w polsce - poddane są szczególnemu nadzorowi i chyba w ostatnich kilku latach mogliśmy się przekonać, że nie jest to złe rozwiązanie. facebooka na dobrą sprawę nie kontroluje nikt.

kijem wisły nie zawrócimy. tryumfalnego marszu facebooka na świecie też nie powstrzyma pan gąbka. warto tylko zdawać sobie sprawę, w jakim miejscu jesteśmy i co nas czeka. właśnie powstała kolejna warstwa sieci. zdarza się to raz na 20-30 lat. dzieje się to właśnie teraz.

oczywiście można z facebooka (czy przesiąkniętej facebookiem społecznej sieci) nie korzystać. zapomniałem dodać, że www też nie jest w internecie obowiązkowe. btw: internet równiez obowiązkowy nie jest, można pociągnąć własny kabel i puszczać w nim pakiety (albo i nie-pakiety) dowolnym w tym własnym protokołem. nie przypuszczam, by ktoś te pakiety odbierał, ale cóż, świat nie jest idealnym światem, a nawet nie jestem pewien, czy najlepszym z możliwych.

żyjemy w ciekawych czasach. nie wiem, czy to przekleństwo, czy błogosławieństwo.

ps. a teraz idę "na fejsa" wrzucić link do tego wpisu, blox ciągle nie jest podłączony do współczesnego internetu.

18:22, reuptake
Link Komentarze (132) »
niedziela, 24 stycznia 2010

jak „wszyscy” „jestem na” na facebooku i jak „prawie wszyscy” dostaję ostatnio mnóstwo informacji o znajomych masowo potępiających rządowe pomysły blokowania stron internetowych. nie wiem, czy to geny, czy jakaś pokoleniowa skaza, ale wszelkie takie masowe ruchy powodują we mnie odruch szukania dziury w całym. nie chcę tu sypać przykładami, ale dobrze pamiętam jak cała polska przebierała się na pomarańczowo, a dziś nasz pomarańczowy przyjaciel okazuje się politykiem, który łączy nieudolność z sięganiem po nacjonalistyczne hasła... mieliśmy fiestę, popieraliśmy słuszną sprawę, teraz sprawa się okazała mniej słuszna niż nam się nie wydawało, na całe szczęście facebook podsuwa nam kolejną słuszną sprawę do popierania, żebyśmy przypadkiem nie zaczęli się zastanawiać nad słusznością poprzedniej sprawy. a w międzyczasie, gdy brakuje dużych słusznych spraw możemy popierać rozmaite małe słuszne sprawy (np. stanie po właściwej stronie schodów ruchomych).

nie zapisałem się do żadnej z tych stron/grup.

po pierwsze odstraszyła mnie masowość.

po drugie ich naiwne nazwy („niech rząd się odczepi od internetu” – 1) jak rząd się odczepi od internetu, to przestanie być rządem; 2) jak poprzedni był odczepiony i kojarzył go jedynie z filmikami porno, to też były narzekania.

po trzecie: nie jestem zdania, że internet nie powinien podlegać żadnej kontroli państwa. tak, zdaję sobie sprawę, że ta ustawa jest zła, że może być nadużywana, że przerzuca koszty jej wprowadzenia na usługodawców, że wreszcie i tak nie będzie skuteczna, że może prowadzić do nadużyć, no że to ograniczenie wolności. to wszystko są poważne zarzuty. chciałem tylko powiedzieć, że nie uważam, że internet jest jakąś szczególną przestrzenią, w której obowiązują kompletnie inne reguły. zapominamy przy okazji masowej fiesty, że w internecie jest sporo treści ewidentnie bezprawnych, do których dostęp w innych mediach jest ograniczony (nie kupimy w kiosku gazetki z pornografią dziecięcą, a w mojej kablówce nie mam nazi-tv). jakoś nie słyszałem w tej sprawie masowych protestów. to są wszystko sprawy skomplikowane i do dyskusji. więc od razu mówię: dyskutować o nich nie chcę.

tak naprawdę decydujący był powód czwarty, czyli medium tych protestów.

jest dla mnie szokujące niedostrzeganie, że odbywają się one w jednym z najbardziej kontrolowanych serwisów internetowych, jakim jest facebook.

facebook, gdy zrobisz coś złego, nie odcina innych od twojej strony. facebook odcina ciebie. zabiera wszystko, co zrobiłeś i wyrzuca (ok, nie wyrzuca, trzyma, na wypadek, gdyby jeszcze można było to wykorzystać przeciwko tobie). można powiedzieć „co z tego”. otóż to z tego, że aktywności na facebooku stają się tak ważną częścią naszego doświadczenia z internetem, że trudno się od nich uwolnić. może jeszcze nie dziś, ale wkrótce.

poprzez facebook connect firma facebook decyduje, czy wpuszczać cię na strony firm trzecich. tak, nie pomyliłem się. to facebook decyduje, nie to, czy podasz prawidłowy login/hasło. jeśli z jakiejś przyczyny facebook zadecyduje, że przestanie cię wpuszczać, możesz podawać swoje hasło do woli.

nie będę się rozpisywał o tym, że facebook całkiem swobodnie dysponuje też naszymi danymi osobowymi oraz jak „dostosowuje naszą prywatność do nowych czasów”. jest np. taka ustawa o ochronie danych osobowych, która mówi, że pewne dane (np. o wyznaniu, poglądach politycznych) podlegają szczególnej ochronie. jak stosuje się do niej facebook? ale ustawy są niedobre, przecież. dobry jest mark zuckerberg, cała polska słyszała.

a jakie to mogą być przyczyny ukarania nas przez fb? a kto to wie...

rządowy projekt wymienia przynajmniej jakieś kategorie serwisów. facebook mówi, że może cię odciąć za wszystko, co jest niezgodne z regulaminem, z „duchem regulaminu” oraz za wszystko, co może sprawić mu (bo nie tobie przecież) kłopoty prawne. czytaj: możesz zostać odcięty za wszystko oraz za wszystko i za całą resztę.

ok, może trochę przesadziłem. podobnie jak w przypadku projektu ustawy, wiemy, za co na pewno spotkają nas konsekwencje. pornografia dziecięca? wyłudzenia? hazard? na facebooku zakazane są zdjęcia pośladków (usuwane są zdjęcia zrobione w kostiumach kąpielowych). fotki zabawek erotycznych. są zakazane niektóre słowa i to nie tylko użycie ich na „wallach” czy fanstronach. facebook filtruje na ich okoliczność waszą prywatną korespondecję! pod wieloma względami przypomina to kraje w rodzaju arabii saudyjskiej. choć jak dowiedzieliśmy się na konferencji facebook now, wszystko to dla naszego dobra i z altruistycznych pobudek.

a kto o tym decyduje? a kto to wie...

rząd proponuje by o wpisaniu na czarną listę decydował sąd (wiadomo, że na początku były inne, gorsze pomysły). a w facebooku? nie ma sądu. nie ma procedury odwołania się (do kogoś poza samym fb). są pracownicy, ale są też automaty. automat cię odcina i koniec.

co więcej robi to naprawdę skutecznie. i nie jesteś w stanie nawet przenieść swoich danych gdzie indziej. gdyby to przenieść w realia „państwowe” odpowiednikiem byłoby wydalenie obywatela danego państwa połączone z całkowitą konfiskatą majątku i pozbawieniem obywatelstwa.

nie jestem przeciwnikiem facebooka. to wspaniały system, zaspokajający potrzebę, która w sieci narastała od dawna: potrzebę „infrastruktury społecznej”. ale to nie znaczy, że mamy przymykać oczy na jej totalitarny wymiar.

można oczywiście powiedzieć, że facebook jest prywatny, zuckerberg może robić co chce (choć jak google filtrował w chinach wyniki wyszukiwania w mniejszości były głosy, że google jako prywatna firma jest wyłączony spod osądu moralnego). można też powiedzieć, że internet to nie facebook i że to sprawa „jednej strony”. i że jest (póki zły tusk nie jej nie zabierze) wolność w internecie i każdy ma prawo działać jak chce. problemy zaczynają się, gdy ta „jedna strona” staje się częścią infrastruktury sieci. tak jak póki co jest nią google. owszem, google ma konkurencję. ale możemy się chyba zgodzić, że znakomita większość biznesów internetowych bez przyzwoitej pozycji w google ginie. podobne ambicje ma facebook. niedługo nieobecność na facebooku może oznaczać dla danej osoby po prostu wykluczenie (sam sprawdzałem na fb czy osoby, z którymi robię jakiś biznes, rzeczywiście istnieją). do tego dochodzi to, o czym pisałem wyżej: facebook connect, czyli facebook w roli depozytariusza naszych relacji interpersonalnych. facebook nie jest po prostu państwem, w którym się osiedliliśmy: wydaje on nam też paszporty, pozwalające podróżować do innych państw. wydaje lub nie wydaje.

i znów wracamy do metafory państwa. rozmawiałem na podobne tematy w trakcie konferencji facebook now, gdzie tłumy witały facebooka w polsce jak zbawcę. spotykałem się z argumentem „jak ci się nie podoba, to przecież nie musisz być na facebooku”. odpowiadałem na to, że nie mogę nie być na facebooku (o przyczynach już pisałem) a poza tym drugiego facebooka nie ma. choć jest wiele państw poza polską, powstrzymam się przed analogicznym argumentem w odniesieniu do rządowej cenzury, choć akurat są inne kraje poza polską. sami widzicie, że to dość demagogiczne.

wracamy do przeciwstawienia sobie państwa i prywatnej instytucji. czy facebook powinien podlegać jakimś regulacjom? moim zdaniem powinien, jeśli ma takie ambicje, by wydawać nam sieciowe paszporty, by wpuszczać nas na inne strony lub nie. nie mam jednak złudzeń, że jestem raczej osamotniony w tym co piszę, bo przeważa hurraoptymizm („jak ten facebook nam rośnie, jacy światowi jesteśmy, jaki to teraz zajebistszy marketing będzie na facebooku, jak to facebook społeczeństwo obywatelskie nam umożliwia”) poza tym państwo ma złą opinię.

nie jestem zwolennikiem sieciowej cenzury, nie jestem zwolennikiem ingerencji państwa w rozmaite przejawy naszego życia. i właśnie dlatego nie podoba mi się wizja sieci, w której dominującą rolę odgrywają serwisy nasze prawa ograniczające. i dlatego nie podpisuję apeli na facebooku. nawet gdybym się z nimi zgadzał. kontekst mi nie pasuje. jedną z motywacji, jaką mają użytkownicy tego systemu do korzystania z niego, jest to, że są tam totalnie odcięci nie tylko od pornografii, hazardu czy hate-speech ale i od wielu innych treści. ich wola, ich wybór. mój wybór. wybrałem ograniczenia i jestem konsekwentny, choć mi z tym wyborem ciężko.

ps. dawno nie pisałem na tym blogu, w związku z czym dawno nie czytałem komentarzy, z czego wynika z kolei fakt, że moja skóra pozbawiła się naturalnego zrogowaciałego naskórka, który chroni przed jadem i żółcią. w duchu wolności będę więc moderował ewentualne komentarze. od razu mówię, że (1) bezcelowe jest pisanie, że państwo sux/prywatna własność rulez ergo wolność zuckerbergu w zakładaniu nam kagańca, bo jest to dyskusja wykraczająca zarówno poza tematykę tego wpisu jak i poza moją cierpliwość do tego typu filozofowania, (2) mój pogląd na to, czy facebook jest stroną szczególnego znaczenia wyraziłem dość jasno, nawet jeśli jeszcze w polsce nie jest, to wyraźnie ma taką ambicję + wyraźnie widzę, że całe masy ludzi zafascynowanych fb robią wszystko, by tak się stało (ja również, choć z mniejszym może entuzjazmem), (3) pisanie o mnie, że jestem głupi też jest bezcelowe, bo to wiem, ale się tym nie przejmuję.

10:41, reuptake
Link Komentarze (64) »
czwartek, 10 września 2009

uwaga: interesująca propozycja na końcu tego wpisu, to nie jest przekręt ;-)

okazje się zdarzają. gdy kilka miesięcy temu dowiedziałem się, że można kupić bilet do nowego jorku za 500 zł (w obie strony), długo się nie wahałem. okazja, to trzeba brać. wprawdzie jak wynika z wpisu, dość sceptycznie podchodziłem do tego, czy polecę za tak małe pieniądze za ocean, ale tygodnie mijały, linie lotnicze nie odwoływały lotu... trzeba było rozejrzeć się za noclegiem. zrobiłem to zresztą trochę za późno.

hotele w nowym jorku są bardzo drogie, zacząłem więc szukać mieszkania do wynajęcia na tydzień. to dość popularna tam praktyka. poszukiwania rozpocząłem od craigslista, który ma specjalną kategorię dla tego typu ogłoszeń. swoją drogą fenomen craigslista jest czymś niesamowitym. strona jest fatalna w obsłudze (największy problem stanowiło dla mnie powiązania maila z konkretnym ogłoszeniem, nawet, jeśli w mailu jest numer ogłoszenia, to wcale nie jest łatwo daną ofertę znaleźć na craigsliscie), nie oferuje żadnych zabezpieczeń, a jednak działa. przejrzałem ogłoszenia, wysłałem kilkanaście zapytań i zacząłem otrzymywać odpowiedzi.

dwie z nich wydały mi się atrakcyjne na pierwszy rzut oka, w jednej z nich właściciel mieszkania oferował nawet transport z lotniska. ale coś mi nie pasowało. porównałem zdjęcia lokalu i okazało się, że choć mieszkania znajdują się w zupełnie innych częsciach nyc, część zdjęć jest identyczna. zapaliło mi się w głowie jakieś światełko, ale widocznie za słabo. napisałem do właściciela maila, żeby to wyjaśnił i zapomniałem o tych mailach.

dostałem też dużo odpowiedzi odmownych, więc sprawdzałem wszystkie, w których mi nie odmówiono, ciesząc się z każdej, wpadłem bowiem w lekką panikę, że nie uda się niczego znaleźć. interesujące wydały mi się kolejne dwie oferty: cena była świetna ($100 za noc to jak na NYC okazja), lokalizacja doskonała (wielki, nowoczesny apartamentowiec na manhattanie), ale było w nich też coś, co mi się nie spodobało. powszechną praktyką tam jest pobieranie kaucji od wynajmującego (a także przedpłata części sumy). tylko, że właściciele tych mieszkań chcieli kaucję z góry + przedpłatę. prowadziło to do takiej sytuacji, że płaciło się z góry więcej niż wynosiła suma za wynajem (w jednym przypadku proponowano wpłacenie $1050 przy koszcie wynajmu $750). oczywiście na coś takiego iść nie chciałem. wysłałem maile, że mogę owszem zapłacić połowę kosztu wynajmu, ale kaucję wpłacę na miejscu.

w tych dwóch ofertach, na które odpowiadałem, zastanowiła mnie jeszcze jedna rzecz. choć różniły się one od siebie, obie zawierały referencje od osób, które z nich wcześniej skorzystały. i referencje te były bardzo podobne: 1 kontakt do kogoś z wielkiej brytanii (mailowy/telefoniczny) i 1 kontakt do kogoś z francji/włoch (tylko mailowy). wszystkie e-maile były na yahoo.

trochę nie spodobał mi się też język jednego z maili, ale zwaliłem to na karb swojej nieznajomości rozmaitych lokalnych nowojorskich dialektów. błędy, od których się roiło, wyglądały na błędy kogoś, kto po prostu słabo pisze po angielsku.

po kilkunastu godzinach dostałem odpowiedź. i mocno się zdziwiłem. napisano mi, że mam rację i że nie ma problemu, kaucja będzie pobrana dopiero po przyjeździe. wystarczy, że podeśle szczegóły dot. wizy i biletu, a potem wpłacę $350 i rezerwacja zostanie dokonana. płatności miałem dokonać przez western union (i tu powinna się mi w głowie zapalić latarnia morska: na stronach craigslist jest napisane, że jeśli ktoś żąda płatności w ten sposób to jest na 100% scamerem, no doubt). ale jakoś mi się nie zapaliła, choć wątpliwości pozostały. przesłałem żądane informacje.

na szczeście pokazałem maila znajomej, której od początku cena mieszkania wydawała się podejrzana. zwróciła mi uwagę, że imię jednej osoby, od której można uzyskać rekomendację, a która rzekomo mieszka we włoszech, to imię hiszpańskie. a na dodatek męskie, co nie bardzo pasuje do "mrs" przed nazwiskiem. popatrzyłem dokładniej i odetchnąłem z ulgą: to nie było imię, tylko nazwisko. wszystko ok... tylko... to, co brałem do tej pory za nazwisko, było imieniem. włoskim. ale męskim.

dostałem z powrotem informację, która kompletnie pozbawiła mnie złudzeń. w mailu załączona była umowa najmu, wyglądająca jak najbardziej profesjonalnie. problem w tym, że odbiorcą pieniedzy miał być jakiś osobnik o zupełnie innym nazwisku (niegooglowalnym), mieszkający w londynie. szybko sprawdziłem ten londyński adres: hotel. i wtedy zrobiłem to, co powinienem był zrobić od początku: zajrzałem do nagłówków maili i zobaczyłem nigeryjskie ip.

potem podrążyłem jeszcze trochę. zdjęcia, które wyglądały jak zdjęcia od developera albo wręcz renderingi, pochodziły, podobnie jak opis lokalu, z jakiegoś ogłoszenia o sprzedaży mieszkania w tym budynku. druga oferta za podobną cenę też okazała się scamem. i też było to mieszkanie w dużym apartamentowcu. trudno jest sprawdzić, czy ono istnieje, natomiast łatwo uzyskać zdjęcia jednego z tysięcy mieszkań. na koniec wpisałem „nazwisko” wynajmującego i okazało się, że tym samym nazwiskiem posługiwano się przy innych scamach.

otrzymałem też, po dłuższym czasie, odpowiedź na pytanie, dlaczego w dwóch ogłoszeniach były te same fotki. fałszywą (z jakimś tłumaczeniem, że ktoś się pomylił) i prawdziwą (ip było tym razem z kenii).

co tu dużo mówić: prawie dałem się nabrać. na szczeście „prawie” zrobiło dużą różnicę. jestem wprawdzie pewien, że nie wpłaciłbym tych pieniedzy (nawet, gdybym nie miał żadnych wcześniejszych wątpliwości, pomysł z wpłacaniem kasy via western union do anglii by mnie otrzeźwił), ale przez większość czasu myślałem, że trafiłem na prawdziwą okazję. wydawało mi się, że robienie przekrętu dla 350 dolarów jest nieopłacalne, bardzo zmylił mnie fakt, że wynajmujący wycofał się z pomysłu pobrania kaucji z góry. wstyd mi trochę, bo ja, stary wyga, dałem się zrobić jak dzieciak. już nawet nie chodzi o te pieniądze, ale nie chciałbym wylądować wieczorem w centrum nowego jorku bez dachu nad głową.

skutek całej afery był taki, że zacząłem paranoicznie podchodzić do innych ogłoszeń. straciłem masę czasu na googlowanie, sprawdzanie ip i tym podobne rzeczy. w końcu znalazłem fajny lokal, ale nie przez craigslist, tylko via airbnb, stronę wyspecjalizowaną w takich transakcjach, zabezpieczającą wynajmujących przed podobnymi oszustwami (fajny pomysł, zobaczcie). na craigslist próby oszustwa stanowią ok. 20-30% wszystkich ogłoszeń, w tym pewnie większość tych „atrakcyjnych”.

nie ma chyba metody na 100% weryfikację ogłoszeniodawcy. ale ja już do końca życia będę zaglądał w nagłówki maili (problem w tym, że np. gmail nie dostarcza informacji o oryginalnym ip) i nie wyślę żadnych pieniedzy via western union, nawet mi to przez myśl nie przejdzie.

na pocieszenie: to nie jest moje pierwsze doświadczenie z nigeryjczykami. kiedy sprzedawałem ciuchy na butik.pl próbowali robić jakieś ściemniane zamówienia. zapłacili za kilka bluz z napisem "hwdp" i nie udało im się wycofać pieniedzy. można powiedzieć, że jestem do przodu (choć tak naprawdę, to mogłem tych bluz w ogóle nie wysłać).

i zapowiadana propozycja: jeśli chcecie polecieć do nowego jorku, to jest okazja. zupełnie serio. zbigniew sobiecki (of blip.pl fame) dysponuje 2 biletami. niestety, wypadek samochodowy, w którym brał udział z rodziną, spowodował, że nie może polecieć. jeśli więc ktoś z was ma czas na małą eskpadę w październiku, niech do zbyszka napisze. szczegóły są tutaj

13:11, reuptake
Link Komentarze (23) »
sobota, 25 lipca 2009
kariera, jaką zrobiło pojęcia usability w ostatnich latach, jest niezwykła. niezwykła zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę nikłą korelację dobrego usability serwisu z odniesionym przezeń sukcesem. nie będę tu sypał przykładami, wystarczą dwa słowa z myślnikiem: nasza-klasa. wygląda na to, że owszem, wyjątkowo fatalnie pod względem użyteczności zrobiona strona będzie miała pewne problemy z podbiciem serc internautów, strona wyjątkowo dobrze wykonana pod tym względem dostanie z tego tytułu niewielki bonus, ale wystarczy, by serwis mieścił się w przedziale "marnie-dobrze". być może gdy walka konkurencyjna się zaostrzy, klienci będą wybierali np. lepiej wykonany sklep internetowy. napisałem to, przeczytałem i szczerze mówiąc sam w to nie wierzę. zapewne najbardziej impulsywni czytelnicy tego bloga już piszą komentarze, w których w dosadnych słowach wyrażają swoją opinię na temat herezji które głoszę. jeśli jednak doczytali do tego miejsca, chciałbym ich zapewnić, że powyższe piszę z żalem, prace związane z usability sobie cenię, a wstęp ten nie jest krytyką użyteczności ale raczej stwierdzeniem pewnego dość oczywistego faktu.

wydaje mi się, że istnieje jakiś inny czynnik, który dużo bardziej niż usability jest skorelowany z tym, czy dany serwis będzie popularny. trudno mi znaleźć nań termin, ale może w końcu wymyślę jakąś chwytliwą frazę. jest słowo "learnability", ale też nie oddaje ono tego, o czym chciałem napisać.

zastanawiałem się ostatnio nad moim przywiązaniem do linii komend. myślałem także o tym, jak bardzo wygodnie korzysta mi się z blipa przez komunikator. nawet, jeśli muszę przed każdą wiadomością skierowaną do kogoś napisać ">nick". okazuje się, że przynajmniej w moim przypadku, wole wpisywać te kilka znaczków niż przełączać się w komunikatorze na nowe okienko (zawsze przełączam się na niewłaściwe). mogę wygodnie rozmawiać z 2-3 osobami na raz.

czy linia komend jest OK pod względem usability? moim zdaniem jak najbardziej. zaawansowane shelle to wynik wielu lat pracy, w tym wielu lat szlifowania użyteczności. te dziesiątki, setki tricków, to całe bashowe kung-fu. ten cholerny vi, w którym moje skille ograniczają się do tego, że umiem z niego wyjść... od razu disclaimer: jest też cała masa systemów, które są skomplikowane i bardzo nieużyteczne. pierwsza przyszła mi do głowy wikipedia, czy raczej mediawiki, ze złożonym systemem znaczników, co nie jest niczym złym, ale i z fatalnym edytorem.

inny przykład to kokpity samolotów. owszem, uprościły się bardzo z upływem czasu, ale i tak jest wiele osób, które na ich widok wykrzyknął "co za głupek tak to pokomplikował" (na ogół w wersji "na chuja jakiś debil zrobił to tak pojebane"). a przecież wystarczy sekundę ochłonąć, żeby uświadomić sobie fakt, że zapewne zostały one zaprojektowane z najwyższą starannością jeśli chodzi o usability.

teza, którą chciałem postawić jest mniej więcej taka: usability... ok, jest ważne, ludzie nie lubią rzeczy nie wygodnych. ale jest coś, czego nie lubią jeszcze bardziej: nie lubią się uczyć. zwłaszcza, jeśli nie widzą nagrody, za swój wysiłek. a nawet jeśli nagrodę widzą, bardzo często z niej zrezygnują. i nie ma znaczenia, jakie wygodne narzędzia dostaną. nie ma znaczenia, jak będą wymiatać po nauczeniu się kilku tricków. szkoła skończona (w przypadku większości użytkowników polskiej sieci należy rozumieć to jako "jestem już po lekcjach/na wakacjach"), nie uczymy się. można zaklinać, że 5 min poświęcone na naukę oszczędzi potem 5 miesięcy klikania. nic to nie da.

wydaje mi się, że wszyscy na tym tracimy. czasem tracimy właśnie to 5 miesięcy klikania, tylko dlatego, że nie chce nam się poświęcić 5 minut. tracimy na tym (choć może to zabrzmieć zbyt górnolotnie) jako cywilizacja. wybieramy zabawki zamiast narzędzi. zabawki, które są często bardzo niewygodne. przez "niewygodne" rozumiem "nieproduktywne". mają "proste" interfejsy (w sensie "mało skomplikowane" lub "podobne do czegoś, co już znamy") zupełnie niedopasowane do celów, do których służą. z ilu funkcjonalności rezygnuje się nie dlatego, że są niepotrzebne, tylko dlatego, że użytkownicy nie będą chcieli się ich nauczyć.

wróćmy jeszcze do terminologii. "learnability" oznacza to, czy użytkownicy mogą nauczyć się danego systemu łatwo, czy też przychodzi im to z trudnością. dobrą learnability można osiągnąć na dwa sposoby. pierwszy z nich to cały arsenał rozmaitych metod (np. skojarzenie interfejsu z czymś pochodzącym z "real life", oddzielne wersje ui dla początkujących i zaawansowanych, etc.) zmierzających do tego, by użytkownik możliwie bezboleśnie został wyedukowany. drugi sposób, który wydaje się coraz częściej stosowany, to zwyczajnie takie konstruowanie systemu, by nie zawierał on funkcji, których trzeba się uczyć. czyli dobra "learnability" jest ważna, ale nie ma lepszego sposobu niż redukcja tego, czego się trzeba nauczyć.

można na wiele sposób uczyć dziecka mnożenia, ale większość osób jest zgodna: tabliczkę mnożenia w którymś etapie trzeba wykuć.. ale można też nigdy nie wprowadzać terminu mnożenie. można poprzestać na dodawaniu. wielokrotne dodawanie w celu przemnożenia liczb to też jest sposób! gdybyście zapytali dzieci, czy wolą nauczyć się na pamięć tabliczki mnożenia, czy może wolą kilka razy powtórzyć znaną im czynność dodawania, pewnie wybrałyby to drugie. oczywiście wyniki podawałyby o rząd wielkości wolniej.

cały czas słyszę opinie, że np. blip jest za skomplikowany a jako argument "bo trzeba wiedzieć, że >nick to wiadomość do kogoś, >>nick to prywatna wiadomość do kogoś a ^nick to pisanie o kimś". w podstawówce liczy się funkcje trygonometryczne a liceum całki. tymczasem w przypadku serwisu internetowego dla dorosłych te 3 znaczki, których znaczenie można opisać w jednym zdaniu są za skomplikowane. przyznam, że takie opinie są lekkim szokiem (zwłaszcza, że nie ma jeszcze 30 innych symboli do nauczenia się), ale też świadczą o tym, że od dawna to nie systemy informatyczne stanowią barierę w rozwoju nowych narzędzi, a raczej możliwości percepcji. i też nie chodzi tu o te możliwości w ścisłym sensie, bo powyższe zdanie powinny zrozumieć nawet osoby lekko opóźnione intelektualnie, ale o samą chęć percepcji. jeśli serwis jest w stanie wytworzyć choć minimalną chęć nauczenia się czegokolwiek, to zdobywa ogromną przewagę.

książki w rodzaju "don't make me think" noszą bardzo chwytliwe tytuły. ale jest też przysłowie "kto nie ma w głowie, ten ma w nogach" (a raczej "w palcach"). nie chcesz się uczyć? ok, będziesz dużo i w żmudny sposób klikał. dodając na palcach można "mnożyć". ale potęg już się nie policzy. owszem, zmuszanie użytkowników, by szukali wzrokiem ważnej funkcji przez kilka minut jest głupie. ale totalne upraszczanie serwisu tylko po to, żeby nikt nie musiał przez chwilę pomyśleć też nie jest pozytywnym zjawiskiem.

myślę, że system edukacyjny nie jest tu bez winy. w serialu "the wire" pada zdanie "w więzieniu siedzi się dwa dni: pierwszy, kiedy się tam trafia i drugi, gdy się z niego wychodzi". czy inaczej jest ze szkołami? coraz mocniej nakierowanymi na ten ostatni dzień, na jakiś kończący wszystko test, w którym główną nagrodą jest to, że nie trzeba będzie się więcej uczyć. wszystko zaczyna się egzaminem i kończy egzaminem, po środku jest jakaś miazga, podzielona na mniejsze egzaminy. uczenie się jest systemowo wręcz obrzydzane. wszystko, co ma choć pozór uczenia się, jest w naturalny sposób odrzucane. wolimy mieć w nogach, niż w głowach.

17:42, reuptake
Link Komentarze (40) »
piątek, 10 lipca 2009

dziś, trochę przez przypadek, dowiedziałem się na blipie o tym, że bank millennium, w którym mam dwa konta z kilkoma subkontami, drastycznie podwyższył rozmaite opłaty związane z ich prowadzeniem. podwyżka jest naprawdę spora i sprytnie ukryta.

na stronie banku nie ma o niej na razie wzmianki (warto przy okazji zauważyć, że rubryka "aktualności" nie ma łatwo dostępnego archiwum, do starszych informacji prasowych można dotrzeć, ale jak sama nazwa wskazuje - są to informacje dla prasy). można więc założyć, że klienci banku nic nie wiedzą o tym, że do 1 sierpnia zapłacą znacznie więcej.

tymczasem informacja prasowa została już wysłana. na pierwszym miejscu opisano "specjalne oferty" (które na ogół były już wcześniej oferowane). potem "atrakcyjne" nowości. gdzieś dalej dopiero wspomniano o tym, że opłata za konto wzrośnie "jedynie" o 1 zł oraz, że jej pobieranie jest uzależnione od średniego salda na koncie. jak należy czytać tę informację? bank zmienił zasady tak, że setki tysięcy osób, które nie płaciły co miesiąc za posiadanie konta, teraz zaczną płacić. a na dodatek podwyższył opłatę. "zmieniono" też (to zawsze oznacza "podwyższono") opłatę za przelew w placówce, natomiast inne opłaty łaskawie "utrzymano" (a przecież mogłby być "zmienione"!) bo są "elementem strategii promocyjnej" (czytaj: "nie znasz dnia i godziny").

bank wprowadził też kilka nowych opłat, między innymi za prowadzenie rachunków w euro. niestety, ich nie dało się zakłamać, więc kompletnie je przemilczano.

ale nie o banku, granicach między pr a kurewstwem chciałem pisać. mam wrażenie, że stoimy u progu zasadniczej zmiany, która spowoduje, że takie działania nie będą dawały dobrych efektów. że aż tak manipulować się po prostu nie da.

wchodzimy powoli, zanurzając się na razie po kostki, w kolejny etap rozwoju sieci, etap "flow". etap, w którym informacje przepływają w sieciach społecznych w niesamowitym tempie.

jak wspomniałem na wstępie, o podwyżkach dowiedziałem się z blipa, gdzie ktoś umieścił linka do demaskującego prawdziwe znaczenie informacji prasowej tekstu (okazuje się, że przegięcia, owszem, często uchodzą na sucho, ale tak drastyczne są jakoś wyłapywane). wkurzyłem się nie na żarty i od razu postanowiłem zlikwidować większość niepotrzebnych kont w tym banku, zwłaszcza, że przy okazji miałem oddać nieużywaną kartę kredytową, którą tenże bank wcisnął mi za pomocą bombardowania telefonicznego kilka tygodni temu. ale zanim to zrobiłem, napisałem o tym na blipie i tumblerze. kilkaset osób otrzymało informację. większości ona nie zainteresowała, ale kilka kolejnych puściło ją dalej. i tak informacja ta zaczęła płynąć z nurtem. docierać tam, gdzie nie dotarłaby jeszcze dwa-trzy lata temu, dopóki jakieś "poważne" medium by o niej nie napisało. a nie napisałoby raczej, bo przecież są ważniejsze rzeczy.

nie stało się oczywiście nic wielkiego. blip jest nadal serwisem o ograniczonym zasięgu, nawet twitterowi sporo brakuje do prawdziwego mainstreamu, choć już facebook, też mocno oparty na flow, jest serwisem powszechnym. ale jest to dopiero zwiastun zmian, które nas czekają.

dwa lata temu do informacji z bankiera zalinkowałoby kilka blogów zajmujących się bankowością, być może na niektórych z nich pojawiłyby się wpisy. blogi zajmujące się bankowością czytają głównie ludzie zajmujący się bankowością. to echo-chamber. siła blogosfery jest spora, ale nie przeceniajmy jej.

oczywiście dowiadując się o tym, co planuje millenium (o ile bym się dowiedział), pewnie bym przestrzegł kilka osób. ile? dwie, trzy? na pewno nie więcej. kolejne osoby dowiedziałyby się o tym, że zapłaciły 7 zł za konto prywatne plus drugie tyle za subkonto walutowe itd dopiero po przeczytaniu wyciągu. czytaj: często po wielu miesiącach. fala nigdy by nie powstała, wszystko rozłożyłoby się w czasie, trochę byśmy ponarzekali i tyle. bank znowu by coś pozmieniał, dał jakieś promocje, zrobił wielkie halo wokół jakiejś obniżki, zblilansowanej "zmianami" i cały mechanizm funkcjonowałby bez zakłóceń.

co więc wynika z tych okruchów informacji, nic pozornie nie znaczących strzępków zdań? z "masz konto w #bank'u #millenium? przeczytaj [link] i się zastanów (ja zaraz ide likwidować jakieś stare konta walutowe)."? za kilka lat, gdy (jeśli) mikroblogging, czy ogólniej - narzędzia oparte na flow - upowszechnią się, wynikać może bardzo wiele. więcej, niż sniło się dzisiejszym prowcom millenium, którzy nie powinni spać spokojnie. wprawdzie ja nie rozumiem, jak można w nocy spać spokojnie już dziś, za dnia próbując wyrolować tysiące osób, ale to "just me". mam gdzie i mam komu o tym powiedzieć, a osoby, którym to przekaże, mogą to łatwo przekazać dalej i dalej. każdego miesiąca jest nas wiecej i więcej, a komunikujemy się coraz szybciej.

20:56, reuptake
Link Komentarze (9) »
wtorek, 30 czerwca 2009

kilka osób pytało mnie o wrażenia z rebootu. są mieszane. poprzednia edycja podobała mi się bardziej (nawet bardziej niż bardziej). tym razem było słabiej i nie jest to chyba tylko moje zdanie.

internetowy profil konferencji jest coraz mniej widoczny. dużą część zajęły ciekawe prezentacje natury, powiedzmy, socjologiczno-ekologiczno-filozoficznej. świetnie wypadł matt webb, doskonale opowiadał david weinbeger (prawdziwa maszyna do prowadzenia wykładów, działająca równie precyzyjnie, gdy rzutnik odmówi posłuszeństwa), tor nørretranders interesująco rozwinął swoją koncepcję „flow” sprzed roku, choć nadal mnie nie do niej przekonał. z prezentacji o tematyce bardziej „internetowej” dobrze wypadł stowe boyd, dużo słabiej dave winer, z którego obecnością wiązałem spore nadzieje, zwłaszcza, że ostatnio pisze na swoim blogu o kwestiach, które mocna mnie zajmują, a już zupełnie przeciętne były np. prezentacje o mobilnej przeglądarce mozilii czy tworzeniu warstwy wizualnej projektów open-source (leisa reichelt, widziałem już tą prezentację w berlinie). brakowało tak dobrych speechy, jak ten, który wygłosił andy budd. dobrze zaprezentował się przedstawiciel szwedzkiej partii piratów, dopóki nie wpadał w wiecową retorykę, a raczej w wiecowe pokrzykiwania - ten ton głosu był na konferencji absolutnie nieznośny.

tym razem sporo działo się wokół prezentacji. tworzono różne projekty, zbierano informacje o rozmaitych działaniach, które mają "rebootować" rzeczywistość. powstaje też książka dokumentująca reboot, skonstruowano rower z dodatkowym zasilaniem energią słoneczną (energia słoneczna dopisywała, nieźle się spiekłem). tym niemniej ze wszystkich tych działań przebijał jakiś rys nierzeczywistości. miało się wrażenie obserwowania praktyk studenckich, czegoś, co jest tylko częściowo poważnym angażowaniem się, a po części stanowi ćwiczenie, które wykonuje się bez większych konsekwencji w przypadku porażki (a i konsekwencje sukcesu nie są poważne).

jak zwykle część towarzyska udana: od rejsu po kanałach kopenhagi z piwem/szampanem (co kto wolał) po nocne streetparty (tym razem obyło się bez interwencji policji, nawiasem mówiąc, gdyby coś podobnego próbowano zorganizować w polsce, to pisałbym teraz do was z aresztu - czyli pewnie nie pisał w ogóle). jedyny problem to ceny, no ale tu nic nie można poradzić. piwo kosztujące 15 zł za 0,25l pije się po prostu wolniej i nawet wydaje się ono lepiej smakować.

ponarzekałem trochę, ale i tak reboot to konferencja wyjątkowa. te prezentacje, które określam jako słabe, byłyby prawdziwą ozdobą rozmaitych konferencji tmt whatever czy whatever standard.

za rok znowu się wybieram, może z mniejszymi oczekiwaniami, więc może będzie lepiej? i może tym razem pojedzie ktoś ze mną? znowu niestety nie spotkałem żadnych polaków, poza marcinem, studiującym w kopenhadze projektowanie interakcji.

strona rebootu, wideo z imprezy (prezentacji jeszcze nie ma).

17:49, reuptake
Link
poniedziałek, 25 maja 2009

motto: "odnoszę wrażenie, że blog jest czymś – proszę darować to określenie – idiotycznym. Pozwala każdemu wygłaszać opinie na tematy różne. Tymczasem wcale nie uważam, że tak być powinno." m. król, historyk idei w dzienniku.

dziś dziennik oddaje kolejne salwy w wojnie o cześć kataryny. salwy jak zwykle trafiają w sam dziennik, zresztą tytuł "utracona cześć kataryny" jest mylący. to dziennik utracił resztki czci.

nie, żebym jakąś szczególną wagę przykładał do rzeczonej blogerki, której pisaninę uważam za dośc grubymi nićmi szytą propagandę (a raczej antypropagandę) albo do tekstów w dzienniku. od kiedy dziennik na swojej stronie pół dnia drobiazgowo rozpływał się nad szczegółami technicznymi boeninga, którym rzekomo benedykt xvi leciał do polski, czyniąc z tego najważniejszego newsa, zwątpiłem do reszty w jakiekolwiek kompetencje dziennikarzy tego pisma (papież jako żywo wysiadł z airbusa).

dyskusję z tekstem, który zaczyna się od "pocałujcie mnie w dupę" można w sumie zakończyć wyświechtanym "na pieszczoty trzeba sobie zasłużyć" czy bardziej "kontekstowym": "poproś lepiej red. karnowskiego, mimo młodego wieku ma lata doświadczenia i duże osiągnięcia, a fakt, ze trenował tą czynność na kaczyńskim wskazuje na świetne przygotowanie gimnastyczne". mimo wszystko podyskutuję sobie, bo warto utrwalić ten pomnik głupoty. redakcja dziennika lubi usuwać teksty z archiwum internetowego, oj lubi!

miałem w swoim życiu pewien śmierdzący epizod, kiedy moderowałem fora internetowe popularnego portalu. wymagało to - nie przeczę - wyrobienia pewnej odporności psychicznej. po pewnym czasie eksterminowało się wpisy już bez udziału psyche, na poziomie instynktu. działało to mniej wiecej tak, że spośród zgłoszonych do moderacji wpisów głupich, agresywnych i wulgarnych usuwało się te megagłupie, superagresywne i hiperwulgarne. ok, przesadziłem: megagłupie się zostawiało. mimo wyłączenia psychiki po paru godzinach oddzielania gówna (do wyrzucenia) od błota (może zostać), miałem wrażenie, że czymś śmierdze. i że nigdy więcej, i skąd się tacy ludzie biorą, i to nie ludzie a wilki. i w ogóle.

stąd też w jakimś tam stopniu jestem w stanie zrozumieć red. krasowskiego. dostał (nie powiem, że nie całkiem zasłużoną) zjebkę zbiorową za podły szantaż, którego dopuściła się jego pracownica + oszczerstwa, których dopuścił się jego pracownik, a zjebki internetowe wyglądają tak jak wyglądają. każdy ma taką reakcję obroną, jakie geny odziedziczył i jakie wychowanie odebrał. red. krasowski w sytuacji stresu wypina cztery litery. można i tak.

niestety, w pozycji zgiętej, red. krasowski kiepsko myśli. i to jest problem, a nie nagie redaktorskie posladki. bo o kim to redaktor pisze: "jednemu z Was zdarto przyłbicę, pozbawiając maski anonimowości"? no o kim? o jakimś forumowym trollu, jakich tysiące kręci się po portalach? 

nie. on pisze tak o katarynie, którą jego kolega uważa za twórczynie najlepszego bloga politycznego w sieci, klasę samą dla siebie. kataryna jest jednym z tych "małych ludzi". to (oraz pisanie pod nazwiskiem) czyni krasowskiego moralnie wyższym, co prowadzi w logiczny sposób do wypięcia pośladków, gdyż tak krasowski okazuje moralną wyższość: wypinając nieanonimowe pośladki. zapominając o tym, że jest to dość anonimowa część ciała.

krasowski monstrualnie przegina w wielu miejscach. fragment o tym, jakie są metody działania dziennikarzy (szantaż) jest obrzydliwy, nawet (zwłaszcza) jeśli szczery. takie historie, w których agent werbuje informatora, strasząc go "bo jak nie pójdziesz na współpracę z nami, to przyjdzie kgb, a znasz ich metody" czytałem do tej pory głównie w powieściach le carre.

jednak moment, w którym "pocałujcie mnie w dupę" rzuca także w kierunku do kataryny, przejdzie chyba do historii bezczelności. razem z całym dziennikiem. już wkrótce.

ps. mimo przykrej sytuacji w jakiej znalazła się kataryna, która to zresztą sytuacja zapewne wyjdzie jej na dobre, nie mogę nie podzielić się złośliwą satysfakcją. toż przecież kataryna krytykowała, zwalczała gazetę... a to tu właśnie, na bloxie, mogła czuć się anonimowo i swobodnie. zapewne śladów w logach serwerów agory zostawiła tysiace, a jej tożsamość była na czerskiej znana niejednej osobie. ale to nie te moralne karły, co bratają się z kiszczakiem, a ich teksty adiustuje maleszka, a właśnie jej fani z dziennika, ideowi sojusznicy, obrońcy 4 rp, moralnej odnowy i lustracji ujawnili de facto jej dane, po nieudanej próbie szantażu. podobno poglądy polityczne kataryny zrewolucjonizowało przyjście rywina do michnika. ciekawe, jaką rewolucję wywoła coś, co chyba bardziej bezpośrednio jej dotyczy: telefon od czubkowskiej, felieton michalskiego i wypięta dupa redaktora krasowskiego.

00:19, reuptake
Link Komentarze (15) »
środa, 25 marca 2009

zupełnie nieoczekiwanie, mój wpis sprzed prawie pół roku, doczekał się dziś polemiki na blogu blomedia. pewnie też zajęłoby mi z pół roku zauważenie go, gdyby nie to, że akurat wczoraj opublikowałem na netto notkę i znalazłem link w statystykach.

„jeden z drugim” jak uroczo określa mnie autor notki (ten drugi to nicholas carr zapewne, niezłe towarzystwo!) odpowiada. to znaczy „jeden” odpowiada, „drugi” zapewne nie jest nawet świadom tej dyskusji.

niczym nie uzasadniona jest teza, że „blogi są jak piłka nożna”. za to rozwija się ona do łagodnej sugestii „nie dyskutujmy o tym” okraszonej pseuodargumentami, że skoro blogować nikt nie musi, a świat się bez tego nie rozpadnie, to lepiej nie myśleć niż myśleć, lepiej się nie zastanawiać niż zastanawiać itd. co nie jest zresztą prawdą, bo bez piłki faktycznie świat mógłby się obejść (proszę mi tego nie wyciągać w przyszłości!), a bez blogów niedługo nie będzie mógł, ich siła i znaczenie w demokratycznych państwach jest już ogromna. a nawet jeśli jest, to wbrew temu, co próbuje wmówić autor, także na temat komercjalizacji piłki dyskutuje się nadal sporo.

ale blogi to nie piłka nożna.

komercyjny zbiorowy blogoid różni się od prywatnego blogaska dużo bardziej, niż od komercyjnego serwisu internetowego (dowodzi tego fakt, ze i wpisy z serwisów blomedii „zasysane są” np. przez dział technologie na portalu gazeta.pl jako newsy i traktowane na równi z artykułami redakcyjnymi). różni się bardziej niż ac milan od milanu milanówek! gra według innych reguł i ma zupełnie inny cel. to trochę tak, jakby ktoś biorący udział w amerykańskim profesjonalnym wrestlingu powoływał się na antyczną tradycję zapasów i na to, że dzieci siłują się na podwórku. trochę opamiętania.

zastanawia mnie to tylko, czy ta wpadka z „wszczepianymi komórkami” sprzed dwóch dni, to nie jest ciekawszy temat na notkę, niż mój wpis sprzed prawie pół roku? ciekaw jestem, jaką tu piłkarską analogię można by zastosować?

„odpuszczenie sobie” meczu? aż strach myśleć dalej i snuć gorsze podejrzenia, dlaczego ten mecz został odpuszczony. może faktycznie zamiast ogólnych rozważań, chybotliwych paraleli, jak ta „futbolowo-blogowa”, redaktor naczelny powinien wytłumaczyć się z tej, co tu dużo mówić, kompromitacji? przeprosić czytelników? a nie udawać, że nic się nie stało, gramy w piłeczkę dalej jakby nigdy nic. jedzie to ostrym listkiewiczem.

bo niedługo okaże się, że blogi są nie jak piłka nożna, tylko jak piłkarski poker. a piłkarski poker to nie piłka nożna, tylko śmierć piłki nożnej.

19:12, reuptake
Link
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 44