pisz się na to
zgrzyt

OpenID.pl


LinkedIn
RSS
piątek, 29 lutego 2008
  • z determinacją godną lepszej sprawy techcrunch śledzi poczynania blogowych sieci działających w europie "wschodniej"
    • w skład europy wschodniej wchodzi też zapewne polska, ale te sieci (mykinda, blognation) jakoś nas omijały.
  • zainteresowanie arringtona jest dość kuriozalne, pomiędzy informacjami o milionowych środkach pozyskanych przez rozmaite korporacje, wciskane są "newsy" o tym, że mykinda ma na ukrainie 500 euro długu, w bułgarii 5000 euro. znaj proporcjum mr arrington, w naszych dzikich wschodnioeuropejskich puszczach sumy te nie robią "porażającego" wrażenia.
    • zainteresowanie arringtona można wytłumaczyć tym mykinda powstało w skutek konfliktu w blognation, a z kolei blognation zostało założone przez byłego redaktora brytyjskiego oddziału techcruncha, który odszedł w niezbyt pokojowych okolicznościach.
    • mam jednak brzydkie podejrzenia, że gdyby to nie fakt, że jeden z nas, jak lord jim (z punktu widzenia arringtona) wyruszył na podbój wschodniej europy, nikt by się słowem nie zająknął na temat sieci blogowej zaciągającej długi w tak oszałamiającej wysokości
      • firmy vc nie są równie sentymentalne
      • i dziś obie te sieci blogowe są martwe.
  • ciekawe, dlaczego zarówno mykinda jak i blognation omijały nasz kraj. nie znam danych na temat internetu w bułgarii czy rumunii, ale wydaje mi się, że polska jest mimo wszystko bardziej interesującym rynkiem. może już jest za późno? chyba tak.
  • chyba najbardziej wiernym odpowiednikiem amerykańskich sieci blogów takich jak gawker media czy weblogs inc w polsce jest grupa blomedia. serwuje ona blogi o podobnej tematyce: gadżety, samochody, komórki itd. brakuje w nim nieco zawartości lifestylowej, ale tu konkurencja jest trudna: trzeba walczyć z blogoidami agory czy serwisami o2 (+ całą masą innych)
  • prowadzenie sieci blogów nie jest łatwym kawałkiem chleba. ciągły zdalny kontakt z redaktorami, pilnowanie ich i dbanie o jakość, pozyskiwanie nowych osób i otwieranie kolejnych serwisów... a także ich zamykanie, niestety. wprawdzie zarabiający milion dolarów na samych adwordsach weblogs inc wydaje się być kuszącym wzorcem, ale dojść do tego poziomu przychodów jest na pewno niełatwo.
    • zwłaszcza, że wcale nie jestem przekonany, czy serwisy blogowe są idealnym miejscem dla reklamodawców w obecnych warunkach rynkowych, zwłaszcza w polsce. widzę to choćby po tym, jaka jest skuteczność reklam google'a u mnie. dominuje ciągle reklama zasięgowa, liczą się kliknięcia, a nie obecność marki. stali czytelnicy łatwo przyzwyczajają się do reklam, a im bardziej dopracowany i zajmujący tekst, tym rzadziej czytelnicy klikają w reklamę.
      • bo w reklamę się klika nie wtedy, kiedy jest ciekawa
      • tylko kiedy strona na której jest umieszczona wydaje się na maxa nudna.
    • sam mam z tym kłopot: wydaje mi się, że głównym atutem netto jest nie to, do ilu osób on dociera, ale to, przez kogo jest czytany. spotykając się czasami na różnych branżowych imprezach z osobami z zarządów firm internetowych jestem nieodmiennie zszokowany, ze znają oni tego bloga. może nie odwiedzają go codziennie, ale kiedy napiszę o ich firmie
      • lub o ich konkurencji
    • to raczej to przeczytają.
      • ale raczej nie są zainteresowani "fajnymi obrazkami na bloga", jak to sugeruje google adsense.
  • pomimo pewnego sceptycyzmu, co do możliwości biznesowego "dopięcia" sieci blogów w polsce, mam nadzieję, że blomediom uda się powalczyć z "wielkimi". zresztą, jak donosi techcrunch
    • niestrudzony w śledzeniu blogów zakładanych przez byłych kolegów i kolegów byłych kolegów
  • właśnie powstała luka w bułgarii, rumunii i na ukrainie.
11:34, reuptake
Link Komentarze (2) »
czwartek, 28 lutego 2008
  • może jestem staroświecki, ale trudno mi wewnętrznie pogodzić się z tym, że sieć stała się "normalnym" miejscem, gdzie robi się biznes, w niekoniecznie normalny i uczciwy sposób. z zewnątrz wygląda wszystko cacy: kilku młodych ludzi wpada na świetny pomysł, w mieszkaniu jednego z nich zakładają firmę, po kilku miesiącach wypuszczają serwis do internetu, potem pozyskują inwestora, wchodzą na giełdę, oni zostają milionerami, inwestor też robi duże pieniądze, a użytkownicy korzystają ze wspaniałych innowacyjnych funkcjonalności.
  • praktyka niestety wygląda nieco inaczej. jak? artur kurasiński przeprowadził wywiad z twórcą serwisu grono.net, tomaszem lisem
    • nie, nie "tym" tomaszem lisem :-)
  • przeczytajcie i weźcie sobie do serca to, co rapowali raperzy z molesty: pku - patrz komu ufasz. i mniej będziecie zdziwieni, gdy przypomnicie sobie o aferze z "blimpem".
  • sam z własnego doświadczenie mógłbym podać kilka podobnych historii, mniej może bolesnych.
    • z przynajmniej jednego serwisu wyrolował niedoszły wspólnik, robiąc go po cichu na boku. nic z tego nie wyszło, pozostał niesmak.
    • butik.pl przeszedł jeszcze gorszą historię: tam z kolei były wspólnik, który po odejściu ze spółki współpracował z nami produkując dla nas nadruki na koszulki, w ciągu jednego weekendu zrezygnował ze współpracy
      • nagle poczuł się baaardzo zmęczony i koniecznie musiał wyjechać na urlop
        • o nieokreślonych parametrach czasowych
    • zostawiając nas z zamówieniami na kilkaset sztuk, pustą powierzchnią produkcyjną i kilkoma kartonów białych koszulek. nie minął miesiąc i otworzył konkurencyjny biznes. też bez większego sukcesu. a my? znaleźliśmy cudem inną osobę, która w ciągu 2 tygodni zorganizowała produkcję w innym mieście od zera, kupując specjalistyczny sprzęt, zatrudniając pracowników i poznając know-how. efekt? o wiele tańsza produkcja i o wiele lepsza współpraca. ja sprzedaliśmy biznes drugiej tego typu firmie na świecie, mój "konkurent" lokalnej, warszawskiej firemce.
  • oczywiście to wszystko nie umywa się do największych przekrętów, takich jak "spór" wokół allegro. kto ma chwilę czasu, może odszukać wszystkie informacje, sieć jest pamiętliwa, a pliki html nie płoną. kiedyś ktoś nakręci o tym film. tam, gdzie teraz jest san francisco, kiedyś był dziki zachód.
  • nawet bardzo dziki.
19:58, reuptake
Link Komentarze (6) »
wtorek, 26 lutego 2008
  • bricabox, nowojorski startup
    • nowojorskość z dumą twórcy bricaboxa podkreślają na każdej stronie
  • postawił sobie zadanie tak ambitne, że wydawałoby się, niewykonalne. jest to serwis za pomocą którego możemy "wyklikać sobie" serwis typu "social content". co kryje się pod pojęciem social content? bardzo wiele, bardzo różnych serwisów. od youtube przez yelp (mniej może w polsce znany serwis z recenzjami restauracji, sklepów i innych lokalnych biznesów, bardzo popularny w stanach) do imdb, klasycznej bazy filmów. oraz wszystkie inne podobne serwisy.
  • w bricabox buduje się z "entries", czyli rekordów, zdefiniowanych w "szablonach rekordów", będących odpowiednikami tabel w bazach danych. oczywiście są to bazy bardzo uproszczone, wręcz wyjątkowo proste: rekord składa się z nazwy oraz opcjonalnie dołączonego pliku, podtytułu, adresu i urla. możemy takich tabel stworzyć wiele, ale nie można ich powiązać ze sobą. ciekawszą rzeczą jest wizualizacja rekordów, możemy tu skorzystać na przykład z map google'a.
  • każdy rekord może być oceniany, dodawany do ulubionych lub komentowany przez użytkowników, jeśli tylko włączymy jedną z tych opcji. można go również otagować lub przydzielić mu kategorię.
  • do tego dochodzi typowe zarządzanie użytkownikami (niektórzy z nich mogą pełnić rolę moderatorów)
    • warto wspomnieć, że bricabox wspiera openid.
  • bardzo sprytnie rozwiązano budowę layoutu. chociaż sam bricabox nie daje nam zbyt wiele wyboru, jeśli chodzi o układ (podział na 2 kolumny jest wprowadzony na sztywno), to wygodne drag and drop nie daje możliwości zrobienia błędu w html. stronę naprawdę można sobie wyklikać.
    • poza mapą google'a można dodać na przykład pole działające jak wiki. albo tagi technorati. zapewne w miarę, jak serwis będzie się rozwijał, możliwości dodawania nowych bloków będą rosły.
  • po skończeniu serwis możemy umieścić pod własną domeną.
  • pora odpowiedzieć na zasadnicze pytanie: czy bricabox daje to, co obiecuje. to zależy jak rozumieć. z jednej strony, jest to na pewno ciekawa propozycja. autorzy umieszczają go pomiędzy ningiem a wordpressem, mówiąc: jeśli możesz mieć własnego "facebooka" (ning) i własnego "new york timesa" (wordpress) to właściwie dlaczego nie miał byś mieć własnego... i tu zaczyna się wyliczanka serwisów, z których trzy już wymieniłem, a jest ich znacznie więcej. pamiętać należy, że bricabox pozwala również na stworzenie wszelkiego rodzaju "hybryd" (czyli możemy sobie wyobrazić youtuboflickra). i faktycznie, nawet w wersji beta, da się wyklikać rozmaite serwisy w czasie o wiele krótszym, niż gdybyśmy mieli to programować.
  • ale nie zapominajmy o jednym:
    • ning to nie facebook, a wordpress to nie new york times
  • tym bardziej bricabox, który jest dopiero w wersji beta nie pozwoli na stworzenie nowej wikipedii czy nowego youtube'a. to, co sobie wyklikamy w ramach bricaboxa, będzie przypominało raczej dość tanią podróbkę, a nie skończoną aplikację.
  • co mi się w bricabox podoba? to, że skłania do eksperymentów. możemy zmieniać cały serwis bardzo szybko, dodawać nowe składniki i sprawdzać jak wyglądaja w działaniu. wydaje mi się ciekawszy od ninga, który mimo wszystkich opcji prowadził do tego, że powstawały serwisy bliźniaczo podobne. tymczasem za pomocą brickboxa można zrobić wyspecjalizowaną książkę adresową z dodatkowymi bajerami
    • tu widzimy wykorzystanie google maps, pól wiki, tagów i kategorii
      • przy okazji, dziś wybieram się na aulę, bo przyjeżdża vc z "zachodu", a zobaczmy, ile jest podobnych firm w nowym jorku
  • możemy pobawić się podcastami
    • w roli głównej oczywiście player audio, ale także tag cloud i wybór najpopularniejszych treści na podstawie "ulubionych"
  • lub stworzyć domorosłą konkurencję dla zagat (serwis rekomendujący restauracje)
    • tutaj widać boks reklamowy
      • bo bricabox nie zabrania umieszczania reklam w serwisach
    • oraz player video i komentarze oraz wyszukiwarkę
  • zapomnijmy więc o tym, że wygryziemy z rynku wrzutę, gastronautów czy filmweb. i to nie tylko dlatego, że serwisy te zgromadziły już spore społeczności i bogatą treść. same możliwości bricaboxa są na razie zbyt skromne i co chwila natrafiamy na ścianę. tym niemniej twórczo wykorzystując to, co już jest dostępne, możemy wykreować naprawdę ciekawe rzeczy. doskonale wyobrażam sobie np. stronę konferencji, gdzie z jednej strony mamy spis hoteli, w których można się zatrzymać (z mapkami, ocenami), z drugiej wiki z programem konferencji, listę uczestników, możliwość oceny poszczególnych wystąpień... wszystko to, proszę państwa, do samodzielnego montażu, dla amatorów.
  • dla największych na rynku "IT still matters", choćby nick carr chciał inaczej. ale dla większości z nas? dla nas jest bricabox.
    • ps. to wersja beta, zdarzają się problemy. gdy zgłosiłem się z jednym z nich, CTO bricabox odpisał mi mailem po 5 minutach (i poprawił to, co nie działało). tak trzymać.
15:51, reuptake
Link Komentarze (3) »
  • google wprowadziło fajny gadżet: możliwość "zagadania" do osoby, która jest zalogowana w google talku. nazwano to "chatback" (wstawiłem sobie go na bloga tuż nad wklejką blipową).
  • co jest w tym fajnego? chyba jeden drobiazg: aby pogadać z kimś przez gtalka za pomocą chatbacku, nie musisz mieć gtalka zainstalowanego, ba, nie musisz mieć w ogóle konta na googlu. wyskakuje popup i tyle.
    • google ostrzega przy okazji: "You are chatting with an unidentified user. Be careful what you discuss."
    • dobrze, że nie wstawia plakatu:
  • myślę, że ten drobiazg od google'a może przydać się wielu osobom. sam prowadząc butik.pl używałem gadu-gadu do komunikacji z klientami. chatback jest o tyle lepszy, że nie wymaga komunikatora po drugiej stronie (a o tyle gorszy, że trudniej potem odezwać się do tej osoby, jeśli pozostała anonimowa).
    • warto zwrócić uwagę, że dość dobrze zabezpieczono go przed natrętami: zagadać można tylko wtedy, gdy jesteśmy dostępni.
      • niestety, to nie działa, mam status nie przeszkadzać od kilku godzin, a jednak wielu osobom udaje się jakoś wbić na czacika.
    • z drugiej strony nie można na chatbacku "zostawić wiadomości po sygnale".
    • brakuje też możliwości podania choćby tymczasowego nicka, przez osobę, która inicjuje chatback.
    • podejrzewam, że chatback dostępny jest także dla posiadaczy kont na poczta.gazeta.pl. ciekawe, czy oni o tym wiedzą?
12:39, reuptake
Link Komentarze (15) »
  • pod poprzednim wpisem hazan z antyweb.pl wyraził nadzieję, że "może dopracują one [polskie agregatory] mechanizmy i metody określania co jest ciekawym wpisem a co nim nie jest?". a to od razu skierowało mnie z powrotem do tematu, który dręczy mnie od kilku dni: czyli tego, jak czytam feedy rss i co robię z informacjami tam zawartymi, a także tego, jak wykorzystać czas poświęcony na surfowanie po sieci i czytanie feedów lepiej.
  • gdy tak o tym myślę, przyszło mi do głowy kilka spostrzeżeń:
    • rssy (przy moim sposobie korzystania z nich) dobrze sprawdzają się jako źródło informacji o charakterze newsowym. przez ponad rok korzystania z google readera, zebrałem taki zestaw feedów, że nic się nie mi ważnego raczej nie wyślizgnie. innymi słowy, rssy, które czytam, w miarę nieźle zastępują mi tzw. prasówkę: informują mnie o wydarzeniach.
      • dziś dołożyłem sobie jeszcze rss z techmeme, zobaczymy, czy to nie będzie overkill (szkoda, że nie ma, bo być nie może, funkcji usuwania części wspólnej pomiędzy tymi feedami, które czytam, a tymi, które powtarza mi techmeme)
    • gorzej jest z wpisami, które:
      • albo podsumowują jakiś trend, zbierają pewne informacje (wiele takich jest na przykład na readwriteweb)
      • albo są esejami, osobistymi przemyśleniami autora na dany temat
    • o ile na newsy mam czas zawsze, o tyle bardziej złożone wpisy, wymagające większego skupienia, przeciekają mi przez palce. myślę sobie: "o, to bardzo ciekawego coś facet kombinuje" albo "niezłe podsumowanie, na pewno kiedyś mi się przyda" albo "kolejna firma, którą warto zapamiętać"... i nic. czasem coś tam zaznaczę gwiazdką, co na ogół nic nie daje.
  • kluczowe jest tu pojęcie "ciekawych wpisów", którym posłużył się hazan. lubię rozbierać takie oczywiste oczywistości na części pierwsze. co to znaczy, że wpis jest ciekawy? wpis jest ciekawy wtedy, gdy wzbogaca ten obszar naszej wiedzy, który chcemy wzbogacić. brzmi jak masło maślane, ale gdy zastanowić się głębiej, ma sens. można powiedzieć, że wpisy dzielą się na nieciekawe, potencjalnie nieciekawe, potencjalnie ciekawe i ciekawe, a ich status może się zmieniać.
  • podchodząc do problemu od innej strony, gdy szczęście nam sprzyja, trafiamy na wpis ciekawy. przykładowo: piszę, tak jak wczoraj notkę o agregatorach blogowych, a tu techcrunch donosi: "blogowy system rekomendacyjny outbrain pozyskuje 5 milionów finansowania".
    • bingo!
  • nie można jednak liczyć na fart. w czasie gdy pisałem tą notkę, z pewnością odrzuciłem jako nieciekawe dziesiątki wpisów. tylko dlatego, że akurat pisałem o agregatorach, a nie na przykład o sieciach społecznych. inne z kolei, które wydały mi się interesujące, ale poświęcone czemuś innemu, usiłowałem zapamiętać, ale tylko połową mózgu. druga połowa wołała: "znajdź mi coś jeszcze o agregatorach!"
  • wiele serwisów usiłuje rekomendować blogi czy też poszczególne wpisy. czynią one dwa podstawowe, nie zawsze prawdziwe założenia. po pierwsze takie, że kluczem do dobrego korzystania z wiedzy jest ograniczenie jej dopływu. po drugie, że informacje dzielą się na "ciekawe" i "nieciekawe". tymczasem informacja ciekawa dziś, może być nieciekawa jutro i na odwrót.
    • można też się spytać, kiedy właściwie podejmujemy decyzję, co jest "ciekawe", gdy korzystamy z takiego mechanizmu. odpowiedź brzmi: nie wtedy, kiedy trzeba. jeśli dziś dodasz nowy blog o e-commerce do feedów, to być może "mądry" automat podpowie ci inny blog na podobny temat jutro, za tydzień, za miesiąc, gdy już nie będziesz potrzebował akurat tych informacji. innymi słowy engine rekomendujący każe ci dziś określać, co będzie interesujące jutro.
  • myślę, że można poradzić sobie w inny sposób z problemem zalewających nas informacji, co do których nigdy nie jesteśmy pewni, czy kiedykolwiek okażą się przydatne. mam kilka pomysłów, jak powinien wyglądać taki system, którego założenia streściłbym następująco:
    • nie skupiamy się zmniejszenie liczby informacji, jakie do nas docierają, skupiamy się za to na:
      • zmniejszeniu straty czasu, który spędzamy na pozornym nabijaniu sobie głów wiedzą ("tak, to ciekawe, chociaż na inny temat, muszę to zapamiętać..." -- bzdura, nie oszukuj się, wyleci ci z głowy)
      • zmniejszeniu straty czasu poświęconego na wyszukiwanie informacji ("gdzieś kiedyś ktoś coś o czymś takim pisał, nie pamiętam, na blogu jakimś czy w jakimś raporcie" -- tyle zostaje nam na ogół w głowach z tego, co jak sami twierdzimy "musimy" zapamiętać)
      • zwiększeniu zasobu informacji, jaki udaje nam się wykorzystać ("o kurcze, na śmierć o tym zapomniałem" -- no pewnie, że zapomniałeś, bo pamięć ma ograniczoną pojemność i przeszukuje się... dziwnie)
    • decydujemy tylko, co zachować, a co na pewno jest nieprzydatne. nieprzydatne wyrzucamy i nie zawracamy sobie tym głowy, pozostałe treści zachowujemy używając pewnych procedur
    • korzystamy w kontrolowany sposób z tego, co zgromadzili inni: taki system może bardzo zyskać, gdy uwzględnimy fakt, że nie tylko my pracujemy nad różnymi problemami i możemy uwzględnić informacje, do których dotarli inni
      • można również zbierać pewne dane typu attention data
    • nie byłby to rozwiązanie dla każdego, a raczej dla osób, które zajmują się przetwarzaniem informacji zawodowo: konsultantów, researcherów, dziennikarzy, naukowców.
  • ostatecznym celem jest system (rozumiany jako software -- być może już istniejący w dużej części + metodologia), który będzie dla wiedzy mniej więcej tym, czym jest GTD dla "zadań". któremu będzie można zaufać jak samemu sobie i któremu będzie można powierzyć przechowywanie informacji, tak jak w GTD powierzamy sprawy notatnikowi czy PDA.
  • sugestie, podobne pomysły? piszcie na maila lub zostawiajcie komentarze. jak radzicie sobie z nawałem informacji, zwłaszcza tych pochodzących z sieci?
poniedziałek, 25 lutego 2008
  • wystartował nowy agregator informacji o nazwie newspond. nie chcę tu rozwodzić się na temat jego wyglądu: tak dopieszczonego pod względem wizualnym serwisu nie widziałem od dawna, ktoś tu zrobił kawał dobrej roboty. inspiracje designem apple'a są dość oczywiste, ale nie można mówić o kopiowaniu: jest to raczej twórcze rozwinięcie interfejsu aqua.
    • warto zauważyć, że nie tylko wygląd, ale i działanie interfejsu jest pierwszorzędne. trudno o tym opowiadać, należałoby to raczej zobaczyć poczuć. panel "ustawień" zawiera między innymi możliwość zrezygnowania z niektórych animacji: to o czymś świadczy
    • ciekawy to trend, strony wyglądają jakby pochodziły nie z photoshopa, a raczej z jakiegoś programu do raytracingu, czy niedługo korzystanie z tego typu aplikacji będzie wchodziło w zakres podstawowych kompetencji webdesignera?
  • żeby usytuować jakoś newspond między diggiem a techmeme: jest on znacznie bliżej tego drugiego. strona automatycznie "zasysa" treści z rozmaitych źródeł informacji i agreguje je (grupuje artykuły na ten sam temat). z kolei możliwość komentowania newsów przypomina digga. użytkownicy mogą więc komentować, ale nie mogą bezpośrednio wpływać na "popularność" informacji. podobnie jak na diggu, tematyka nie jest ograniczona jedynie do technologii, chociaż informacje na ten temat dominują.
    • warto zauważyć nowatorskie podejście do wyświetlania komentarzy. jeśli kogoś interesują systemy forów, komentarzy itp, powinien zobaczyć, co wymyślili twórcy newsponda.
  • strona jest bardzo młoda i zapewne nie pracuje na pełnych obrotach. świadczą o tym choćby dość wyrywkowy katalog tematów, jakimi zajmuje się newspond. w tej chwili mamy zaledwie trzy główne kategorie (technologia, gry i nauka), zaś w tej pierwszej jest podkategoria poświęcona newsom na temat apple'a, a nie ma odrębnej kategorii dla informacji na tematy wokółinternetowe. takie rozłożenie akcentów może dziwić.
  • blogosfera zareagowała na newspond z podziwem (redaktora mashable dosłownie zatkało na widok interfejsu newspond: "to inna liga, panowie") i rezerwy (michael arrington zastanawia się, czy problem, który niby rozwiązuje newspond, jest problemem rzeczywistym i czy użytkownicy znajdą powód, by wchodzić na stronę dzień po dniu.
    • dokładnie to samo pomyślałem, gdy zobaczyłem blogfroga: wszystko fajnie, ale tak naprawdę po co miałbym odwiedzać tą stronę częściej niż raz kwartał, żeby sprawdzić, co tam ciekawego jest w pierwszej dziesiątce i czy staniki trzymają się mocno.
  • istnieje duże prawdopodobieństwo, że to arrington ma rację i największą korzyść z newsponda będzie miał niejaki chan karunamuni, który pod szyldem injectiondesign stworzył fantastyczny interfejs tej strony.
  • tymczasem konkurencja nie zasypuje gruszek w popiele. techmeme rozszerza się na kolejne obszary. stworzył nawet agregator blogów i serwisów plotkarskich. coś takiego może i udało by się i u nas, gdyby nie to, że nasze serwisy nie mają w zwyczaju linkować do siebie, niektóre polikwidowały rss, a poza tym nie są raczej źródłem plotek, a tylko przeplotkowywują to, co wymyślą amerykanie
    • pomijając plotki o dodzie i wiśniewskim
  • pamiętać warto także o blogrunnerze. też niebrzydka stronka (choć nie gra i nie bucy tak jak newspond), a w dodatku obejmuje bardzo szeroki zakres tematyczny, no i stoi za nią new york times.
  • my też doczekaliśmy się swojego agregatora w stylu techmeme, jest nim blognews. dyskutowałem o blognews z kubą filipowskim na blogu yashke. kwestie wizualne pomińmy, newspond wygląda przy nim jak porshe przy maluchu (techmeme byłoby tu mniej więcej oplem astra)
    • ten, kto wymyślił, żeby ścisnąć ze sobą litery w tytułach, tak, by zachodziły na siebie i zlewały się ze sobą, powinien chodzić w koszulce z nowym słowem "keming"
  •  i skupmy się na treści. dostajemy znany z blogfroga miszmasz. dlaczego?
    • kuba twierdzi, że to dlatego, że polska blogosfera mało linkuje i że przez to serwisy tego typu nie mogą działać dobrze. to prawda, sam kiedyś badałem skryptami blogi i wyglądało to dość słabo.
      • to dlatego, żeby się wyłamać z tego niedobrego trendu, postanowiłem więcej linkować na netto.
    • ale też tym większe wyzwanie przed twórcami takich serwisów. zresztą amerykańska blogosfera to też nie enklawa dobrze zlinkowanej semantycznej sieci. jak się poczyta wypowiedzi twórcy techmeme, to i on stosuje mnóstwo wyrafinowanych sztuczek, żeby wszystko trzymało się kupy i dało się czytać.
  • a blognews? nie da się czytać. na pierwszej stronie mamy odpryski z bootstrapu, jakiś wpis o kominku, zlinkowany z innymi wpisami tego samego autora na tym samym blogu, inny fragment dyskusji o ostatnim bootstrapie (tak, bootstrap rozpadł się na dwa tematy) przemieszany z wpisem o reklamie wbk, następnie mój poprzedni wpis z netto, coś o badaniu gier, o zarabianiu na blogach (z błędnym kodowaniem plznaków). i już by się mogło wydawać, że przynajmniej jakaś baaardzo ogólna tematyka się rysuje, gdy nagle dostajemy newsa o pisie. niżej znajdziemy też informację o faulu na eduardo, ponownie o reklamie wbk itd itd.
  • można powiedzieć, że się znęcam, że autorzy sami przyznają, że to dopiero początki i że pewnie niedługo się poprawią. ale oglądam blognewsa po wymuskanym newsgatorze i nie mogę się powstrzymać przed pytaniem "z czym do ludzi"? owszem, polska blogosfera jest trudniejsza, a autor techmeme (bo prowadzi ten serwis jedna osoba) jest wybitnym fachowcem, ale to tylko oznacza, że żeby zrobić taki serwis w polsce, trzeba być jeszcze lepszym od gościa z techememe.
  • ale przede wszystkim stawiam sobie pytanie "dlaczego mam wchodzić na taki serwis?", to samo, które postawił sobie arrington. autorzy blognewsa piszą o tym na blogu:
    • Być może właśnie w tej chwili, na blogu którego nie znam, trwa dyskusja o filmach Wesa Andersona, którego jestem fanem? Niestety nie wezmę w niej udziału bo nie znam tego bloga.
  • mam spore wątpliwości. sukces techmeme polega na tym, że jest względnie monotematyczne. zawsze znajdziemy tam coś interesującego. owszem, mogę mieć fart i za pomocą blognewsa znaleźć akurat ciekawą dyskusję na temat czegoś, co mnie zajmuje. ale czy autorzy serwisu zdają sobie sprawę, że jeżeli nie znajdę za pierwszym razem, to jest jakieś 10% szans na to, że odwiedzę blognewsa ponownie? i potem znowu jest 10% szans.
  • co nie oznacza, że źle życzę blognewsowi. wydaje mi się jednak, że nasza "tematyczna" blogosfera jeszcze takiego narzędzia nie udźwignie. tak jak kiedyś pisałem, wydaje mi się ona zbyt "cienka".
  • tymczasem na świecie dalej kombinują, jak rekomendować ciekawe blogi. techcrunch przed chwilą poinformował, że startup outbrain, zajmujący się agregowaniem blogów (w ciekawy sposób, twórcy blogfroga mogliby tu znaleźć wiele inspirujących pomysłów, jak również skorzystać z sugestii, że zaprojektowanie widżeta nie polega na tym, że 30% powierzchni widżeta zajmuje logo serwisu, z którego go pobrano) uzyskał finansowanie (5 milionów dolarów). tego też życzę twórcom polskich agregatorów i rekomendatorów.
    • a teraz kończę już ten przydługi wpis, bo mam wrażenie, że mógłbym pisać go w nieskończoność: co chwila jakiś nowy pomysł na uporządkowanie blogosfery pojawia się na horyzoncie. stop. smacznego. pożywcie się, agregatory.
20:12, reuptake
Link Komentarze (6) »
sobota, 23 lutego 2008
  • ten moment musiał nastąpić, no i nastąpił. przy tak dużych serwisach raczej alexa nie kłamie. wszystko wskazuje na to, że nasza-klasa znajduje się teraz u szczytu popularności. trudno powiedzieć, ilu ma aktywnych użytkowników, bo samo pojęcie aktywnego użytkownika wydaje mi się niejasne, nie wiem też, ile osób się w niej zarejestrowało (podejrzewam okolice 8-9 milionów), ale nie ma co się oszukiwać, teraz czeka ten serwis zjazd w dół. wyżej jest już tylko sufit, wyznaczany przez zasięg google'a. i tak nieźle. szczegóły poda nam megapanel, gdy tylko dotrą wyniki ze wszystkich komisji (i zostaną odpowiednio doważone).
    • jeśli już jesteśmy przy alexie, to warto przyjrzeć się i temu wykresowi.
      • odnoklassniki to dokładny odpowiednik naszej-klasy, zaś vkontakte to dość bezczelna, ale i dobrze wykonana kopia facebooka z czasów przed facebook platform. pisałem niedawno o tych serwisach.
        • na wschodzie jest jednak spokojniej, prawda? dzięki temu firmy zarządzające tymi serwisami mogą na czas dokładać kolejne serwery, a nie tonąć zalewane falami popularności o sile tsunami.
  • nasza-klasa przestała rosnąć (spójrzcie też na odsłony), ale i największe serwisy socialnetworkowe nie mają czym się pochwalić.
    • techcrunch donosi o zmęczeniu facebookiem
      • spada liczba unikatowych użytkowników w usa, trend ten dotyczy także, w mniejszym stopniu, myspace
    • zaś readwriteweb informuje, że i w wielkiej brytanii przełom 2007/2008 nie był dla social-networków zbyt udany
      • również spadała liczba użytkowników i to aż o 5% (dotyczy to i myspace i facebooka, bebo zanotowało mniejszy spadek)
    • facebook wprawdzie dementuje te doniesienia, a wyniki pozostałych krajów są nadal dobre, nie zapominajmy też, że wykresy mogą o niczym nie świadczyć (w przypadku n-k nie mamy porównania, ale tam jestem prawie pewien, że "wypłaszczenie trendu" nie jest tylko zjawiskiem sezonowym).
  • kilka refleksji przy okazji czarnych chmur, które zaczynają zbierać się nad socialnetworkami
    • być może jest tak, że serwisy dla ludzi, nazwijmy to, otwartych (lepiej wykształconych, bardziej ciekawych świata itd itd), są bardziej narażone na taki exodus. i należy go właściwie od razu wpisywać w biznesplan. gazety brukowe mogą codziennie opowiadać historyjki o "najstraszniejszych" zbrodniach i "najbardziej wstrząsających" wydarzeniach: nie chodzi w nich o informacje, tylko o emocje. bardziej wyrafinowani czytelnicy od informacji mają gazety, a od emocji choćby książki. i nie czytają jednej książki przez wiele lat. prowadzi to do wniosku
    • że może nie powinno traktować się, przynajmniej niektórych serwisów jako typowych biznesów
      • w takim sensie, że typowy biznes ma jedno zadanie: rosnąć (powiększać zysk)
    • a raczej powinno się przyjąć model, jaki obowiązuje np. w branży filmowej
      • gdzie kręcąc film doskonale wie się, że wielkie zyski będą w pierwszym roku, mniejsze w drugim, a te z kolejnych lat to już na przysłowiowe waciki raczej.
    • nikt nie kręci filmu czy nie wydaje płyty licząc na to, że co roku będzie z niej większy dochód.
  • niestety, wymaga to sporej zmiany sposobu myślenia. kręcąc film, większość kosztów ponosi się przed jego premierą. tymczasem tworząc serwis internetowy, mówi się, nie bez racji: uda się, to się dołoży serwerów. okaże się, że ludziom się podoba, to zrobi się większą akcję reklamową. tymczasem -- choć maciej popowicz może mieć inne zdanie -- może okazać się, że nie jest to racjonalne podejście.
  • po reklamie, jaką zrobił naszej-klasie marketing szeptany, a potem media
    • które za chwilę bezlitośnie się od n-k odwrócą i będą milczeć na jej temat
  • nie starczyło bowiem czasu, by zamawiać nowe serwery, podpisywać umowy z reklamodawcami. wszystko potoczyło się za szybko. to tak, jakby nakręcić genialny film, ale nie mieć zarezerwowanych sal kinowych. "bo nie można zakładać aż takiego sukcesu". może trzeba?
    • zdaję sobie sprawę, że w mojej kinowo-internetowej paraleli dochodzę już do granic absurdu, bo wykupywanie przez kilku studentów zakładających startup szaf z setkami serwerów na okoliczność (nie)oczekiwanego sukcesu to absurd.
    • ale myślę, że coś w tym jest. może zamiast filmów podstawcie tu gry komputerowe. może podstawcie tu kluby czy dyskoteki. może warto popatrzeć od tej strony.
  • być może jest więc pewne okno czasowe. i dla serwisów społecznościowych jest ono krótsze niż dla pozostałych. serwis społecznościowy to "modny klub", w którym "wszyscy są". "modny klub" jest dlatego modny, że nie będzie modny wiecznie. serwisy informacyjne to inna bajka, inna dynamika (ale też inne rozłożenie kosztów w czasie). ważne jest, żeby to okno czasowe wykorzystać. a kiedy się czas kończy odejść (ustabilizować serwis na znacznie niższym od szczytowego poziomie) z dużo większa klasą niż ci panowie, którzy jeszcze niedawno podbijali europę, a teraz podbijają sondy na blogach.
00:31, reuptake
Link Komentarze (21) »
piątek, 22 lutego 2008
  • otrzymałem wyróżnienie (specjalne, pozakonkursowe) od organizatorów konkursu blogroku. zaskoczenie zupełne, uzasadnienie werdyktu (wyroku?)
    • Za opiniotwórczość i niekwestionowany autorytet.
    • Za wiedzę i siłę własnych poglądów.
    • Za wkład w rozwój polskiej blogosfery.
    • Za wyznaczanie trendów i wizjonerstwo.
  • takie, że bąbelki wody sodowej wielkości młodych hipopotamów powinienem uszami puszczać. wczoraj podczas gali konkursowej, wspomniałem również o drugim zaskoczeniu: o onecie na tym blogu pisałem naprawdę w ostrych słowach, a jednak organizatorzy pokazali klasę.
  • pozostaje mi tylko podziękować wszystkim, którzy wspierali mnie w mojej długiej drodze blogowej:
    • czytelnikom strony portfolio.art.pl, na której prowadziłem m.in. bloga, nie wiedząc, że jest blogiem
    • adomasowi, za blog.pl
    • mojej ekipie z blogartu
    • czytelnikom tego blogaska, na których komentarze zawsze mogłem liczyć
      • oraz mieszkańcom zagródki w gazeta.pl, którzy także mają swój udział w tym wyróżnieniu
    • a także wszystkim blipującym
    • i całej blogosferze
  • dziękuję!
  • do rejestru korzyści majątkowych dopisuję ipoda touch od onetu oraz statuetkę przedstawiającą liść paproci trafiony piłeczką bilardową.
    • nie byłbym sobą, gdybym nie wypunktował. tego właśnie dnia, gdy dostałem ipoda i specjalne wyróżnienie od onetu za opiniotwórczego bloga, firma apple (a właściwie chyba "sławny" sad) rozpatrzył
      • po kilku tygodniach
    • moje złożone, tytułem testu, zgłoszenie do tradedoublera.
    • negatywnie. mój blogasek nie jest więc godzien, żeby zachęcać innych, do kupna produktów apple'a. i tak będę to robił, zabronicie?
  • to tyle na dziś, obiecuję, że jeżeli palma zacznie mi odbijać od zaszczytów, obiecuję uciąć ją przy samych kokosach. jeszcze raz dzięki.
12:35, reuptake
Link Komentarze (28) »
czwartek, 21 lutego 2008
  • wraz z pojawianiem się kolejnych fantastycznych technologii internetowych, można coraz mniej, zamiast coraz więcej. brzmi to enigmatycznie, już tłumacze o co chodzi.
  • pretekstem do tej notki są kolejne zmiany na bloxie. otóż okazało się, że formularz dodawania komentarza jest niebezpieczny. możecie być zdziwieni: co może być niebezpiecznego w zwykłym formularzu dodawania komcia? a jednak. nie będę szczegółowo tłumaczył, faktycznie, ktoś, kto ma złe intencje, może za jego pomocą spróbować wyłudzić hasła od pozostałych użytkowników bloxa.
  • takich sytuacji, w której ciągłe pamiętanie o tym, że
    • po pierwsze: każda funkcjonalność będzie wykorzystana przez kogoś o maksymalnie złych intencjach
    • po drugie: większość użytkowników nie jest w stanie wykonać najprostszych procesów myślowych, które ich przed tym atakiem zabezpieczą.
  • jest więcej. nieco bardziej obyty użytkownik często zadaje sobie pytanie "dlaczego tego [jakiejś tam przydatnej funkcji] nie zrobiono". a tu okazuje się, że wieloużytkownikowa aplikacja nagle nie może mieć ogromnej części funkcjonalności, jakie ma aplikacja z jednym użytkownikiem. porównajmy sobie choćby wordpressa "zwykłego" z wordpressem mu. robiąc wieloużytkownikową aplikację blogową możemy od razu zapomnieć o pomyśle:
    • żeby użytkownicy sami wgrywali sobie pluginy - apage! apage!
    • żeby użytkownicy sami wgrywali sobie szablony - apage!
    • żeby użytkownicy sami wgrywali -- niewinny by się wydawało -- css - no, tu można jeszcze się zastanowić, ale i to się okazuje ryzykowne
  • nagle okazuje się, że internet jest jak milion brzytew w rękach milionów małp. dasz im funkcjonalność, to albo się same potną (to jeszcze pół biedy), albo ruszą z tymi brzytwami podrzynać sobie i innym gardła. taką brzytwą może stać się nawet prosty formularz dodawania komcia. złośliwa małpa, jaką potencjalnie jest użytkownik sieci, jest w stanie wykorzystać wszystko, czym dysponuje, by zrobić sobie lub komuś krzywdę. z jednej strony mamy html i css, z drugiej xss i csrf. z jednej strony chcemy użytkownikowi dogodzić, z drugiej strony użytkownik chce nas ugodzić. i tak to się kręci.
  • stąd ciekawa przyszłość przed rozproszonymi serwisami, które byłyby "user centric". oczywiście tu też użytkownik może zrobić krzywdę naszym kodem
    • tak powinien wyglądać początek wielu skryptów składających się na serwisy internetowe
    • #!/usr/bin/armageddon -now
    • #pamiętaj: wszystko, co napiszesz poniżej może być wykorzystane przeciwko tobie
    • #lub, jeśli nie będzie miał ciebie pod ręką, wykorzystane przeciwko komukolwiek
    • #a jeśli nie będzie kogokolwiek, sam użytkownik sobie poniższym kodem zrobi krzywdę
  • ale są mniejsze szanse, że zaatakuje postronne osoby. jeśli przeciąży serwer, to raczej własny.
  • czy czeka nas więc taka przyszłość, że w serwisach "wieloużytkownikowych" funkcjonalności możliwe do zrealizowania będą stanowiły tylko ułamek możliwych do pomyślenia? podobno społeczeństwo, by funkcjonować, musi opierać się na minimalnym przynajmniej zaufaniu. internet chyba podobnie. bez zaufania będzie po prostu równie komfortowy, jak jedzenie łyżką kotleta.
  • ze względów bezpieczeństwa nie podajemy bowiem noży.
10:35, reuptake
Link Komentarze (9) »
wtorek, 05 lutego 2008
  • w naszym kraju nie widać końca prasowo-portalowej dyskusji na temat prywatności w naszej klasie
    • dziś gazeta.pl osiągnęła szczyty poniższym tytułem
      • gazeta sugeruje tym pytaniem, że istnieje realna możliwość, że n-k zostanie "zlikwidowana". tymczasem takiej możliwości nie ma. ależ oczywiście, to nie jest fud, to nie jest zorganizowana akcja, agora nie ma nic z tym wspólnego. i co z tego? to jakiś lepszy rodzaj głupoty? ciekawe, czy gdyby kilka innych mediów zaczęło pisać pod nagłówkami "agora w stanie upadłości" (tylko dlatego, że np. miała miejsce rutynowa kontrola skarbowa) prawnicy agory nie zaczęli by słać pism z żądaniem sprostowania lub wręcz pozwów? przecież takie działanie obniża wiarygodność n-k w oczach partnerów biznesowych.
      • tak, tak, wiem
      • ciemny lud to kliknie, bo się przestraszy, że mu "oni" naszą-klasę wyłączą
        • żeście się z pisem na kurskich pozamieniali?
  • podobna dyskusja toczy się też w amerykańskiej blogosferze. bo problem prywatności w internecie istnieje, a social graph api google'a obnażyło go w całej webdwazerowej okazałości (tak jak u nas obnażyła go nasza-klasa). oczywiście poziom tej dyskusji jest "nieco" inny.
  • cytowany przeze mnie wcześniej joshua porter z bokardo przyznaje, że google social graph api to nie tylko wspaniałe nowe możliwości, ale także realne zagrożenia. zwłaszcza, że google jak gigantyczny odkurzacz zasysa wszystkie dane, jakie mu się nawiną. myspace nie używa xfn ani foaf? nic nie szkodzi, google i tak wyłapie powiązania. nie ma lekko, wszystko będzie na wierzchu. i co, to żadne tajemnice? być może. ale masowo przetwarzane, łatwo i tanio dostępne mogą stanowić naprawdę niebezpieczne narzędzie, zwłaszcza gdy użyją go osoby posługujące się social engineeringiem.
    • a pamiętać należy również, że żyjemy w społeczeństwie, któremu można sprzedać fakt, ze popularny serwis może zostać ot tak zlikwidowany, albo że "naukowcy" mają dowody na istnienie "układu". może i mają. google je ma.
  • tim o'reilly mówi, że to nagłe odsłonięcie naszej sieci społecznej, choć może narazić nas na ból, będzie miało wartość oczyszczającą. nauczymy się, co możemy publikować w sieci, a czego nie. przyszłe pokolenia będą już mądrzejsze. te dane w sieci już są - argumentuje - api google'a je tylko wydobywa (szybciej, łatwiej, taniej) i pozwala obejrzeć je w całości, by się zabezpieczyć. eliminuje fałszywe poczucie "security through obscurity". będzie bolało, niektórzy nie przetrwają... trudno. musimy przejść tą lekcję, bez znieczulenia.
    • tu się wtrącę: o ile security through obscurity faktycznie może nie być najlepszą strategią dla systemów informatycznych, może być całkiem skuteczne w chronieniu ludzi. dlaczego "sto" się sprawdza w przypadku ludzi? bo założenie, że "przeciwnik zna system" jest nieprawdziwe. sami siebie nie znamy.
  • na argumenty tima o'reillego z pasją odpowiada danah boyd. twierdzi ona, że takie postawienie sprawy wynika z prostego faktu, że osoby, które szafują "bólem", na jaki naraża nas taka ekspozycja informacji o sobie i swoich powiązaniach społecznych, to elita społeczeństwa, osoby dorosłe, żyjące we w miarę wolnym państwie, jakim są stany zjednoczone, gdzie nawet jeśli można część narodu wepchnąć w psychozę strachu przed terrorystami, to jednak mało kto uwierzy, że istnieje tajemniczy "układ", który wykryli "naukowcy", a tajemnicza "władza" może "likwidować" serwisy internetowe. generalnie są to osoby, które i tak prowadzą względnie publiczne życie, świadomie umieszczają dane w sieci, nie są podatne na social engineering itd.
  • boyd zastanawia się, na jakie ryzyko naraża tak łatwy dostęp do sieci społecznej np. nastolatki, które jeszcze eksperymentują ze swoją tożsamością. ale nie tylko one ponoszą ryzyko: w represyjnych państwach wyjdą nagle na jaw powiązania polityczne czy przynależność do mniejszości seksualnych. pisze też o celebrities, które swoją sławę okupują brakiem prywatności i zadaje pytanie, czy wszyscy chcemy nimi być? sławy nie zyskamy, ale prywatność stracimy. kończy wpis dramatycznymi pytaniami:
  • "Ad-hoc exposure is not the same as a vaccine. Sure, a vaccine is a type of exposure, but a very systematically controlled one. No one in their right mind would decide to expose all of society to a virus just to see who would survive. Why do we think that's OK when it comes to untested social vaccines?

    Just because people can profile, stereotype, and label people doesn't mean that they should. Just because people can surveil those around them doesn't mean that they should. Just because parents can stalk their children doesn't mean that they should. So why on earth do we believe that just because technology can expose people means that it should?"

  • przesada? być może. ale zauważyć wypada, że problemy prywatności, czy ochrony danych osobowych to są problemy względnie nowe... no właśnie, dlaczego? dlaczego kiedyś o tym mniej mówiono? mieliśmy imiona, nazwiska, wyznania, adresy, orientację seksualną i poglądy polityczne. dlaczego teraz stanowi to taki problem? bo istnieją narzędzia, które te dane potrafią przetwarzać i gromadzić niezwykle łatwo. te narzędzia poddane zostały państwowej kontroli i nie bez przyczyny (choć nie zawsze sensownie).
  • i to nie są problemy wyrwane z rzeczywistości, istotne tylko dla amerykanów. my także będziemy musieli się z nimi zmierzyć. już wiemy, że dziennikarze nam w tym nie pomogą.
    • nie pomoże nam też giodo. bo to nie jest kwestia https: zamiast http:, wypełnienia kilku formularzy i spełnienia pewnych procedur.
  • ten wpis nie wyczerpuje zresztą wszystkich możliwych zagrożeń. kolejna kwestia, nad którą nie będę się rozwodził, to kwestia znaczenia tego, co wyszukuje google. przykład: gdyby google zaindeksowało sieć społeczną naszej-klasy, zapewne wyszłoby, że chodziłem do dwóch klas w podstawówce z pewnym krzysztofem (pozdro, jeśli to czytasz). wszystko się zgadza. tylko, że w rzeczywistości ja chodziłem do jednej klasy przez pierwsze 3 lata, a potem chodziłem do drugiej. on zamienił klasy odwrotnie. nigdy nie chodziliśmy do jednej klasy. drobiazg? no nie wiem, zależy od sytuacji. przeciętny użytkownik google'a (czyli np. dziennikarz) napisze "znajomi ze szkolnej ławy". "przez osiem lat chodzili razem do szkoły". istnieje wspomniany problem semantycznego spamu. problem interpretacji powiązań (różnice między przyjaciółmi, znajomymi itd). problem relacji, które są w sieci, ale nie istnieją już w rzeczywistości (bo wygasły). to wszystko się gromadzi i jest to ładunek od bardzo dużej sile rażenia.
08:41, reuptake
Link Komentarze (23) »
poniedziałek, 04 lutego 2008
  • no, to obrodziło nam agregatorów blogów. zacząć wypada od działającego od dawna 10p
    • które sort-of lubiłem
      • ale z którego ciągle wypadałem, nie wiem dlaczego? dam mu jeszcze szansę, właśnie zgłosiłem po raz kolejny netto.
    • i z którego (rzadko bo rzadko) korzystałem, kiedy już przeczytałem wszystko, co mam w feedach, a chciałem poczytać jeszcze, co słychać w blogosferze, no, nazwijmy to, "technologicznej" (chociaż co ma elady do technologii, tego nie wiem).
  • za agregowanie blogów zabrał się onet i to z grubej rury, poświęcając im serwis blog.pl. niestety, z mojego punktu widzenia, czysto czytelniczego, jest to raczej niewypał. nie wyszło onetowi wyjście poza blog.pl, do tego sam pomysł zbierania wpisów na dany tematy z długiego ogona blogosfery jest chybiony. długi ogon jest cenny, kiedy chodzi o tematy niszowe, natomiast gdy przychodzi do dyskutowania o tym, o czym dyskutują wszyscy, dużo lepiej jest wysłuchać liderów opinii, a nie głosów w stylu "me too". dodatkowo stało się to, co przewidywałem, czyli blog.pl zaczął kreować, a nie agregować dyskusję. jest to strona zmuszająca blogującego do ciągłego obserwowania tego, co się na niej dzieje -- to też jej nie pomaga w przebiciu się.
    • być może projekt ten ma swoich fanów. ja przyznam jednak, że zajrzałem tam może 3 razy po jego powstaniu.
  • gazeta kupiła sobie blogfroga, serwis, który również nie wzbudza mojego entuzjazmu. blogfrog jest wizualnie brzydki, ale co gorsza, nie widzę żadnej jego przydatności. owszem, zebrano jakieś notki. owszem, przydzielono im jakieś punkciki. owszem, można się dowiedzieć ciekawych rzeczy
    • np. takich, że blog o reklamach jest nieco lepszy od bloga o stanikach, a ten z kolei wygrywa (w czym właściwie?) z blogiem o symbianie.
      • jest to wiedza doskonale bezużyteczna, nie sądzę, żeby jakikolwiek czytelnik bloga o symbianie po przeczytaniu rankingu blogfroga stwierdził, że przestaje czytać o komórkach i przerzuca się na biustonosze.
        • już szybciej czytelniczka.
          • ale też wątpię.
  • blogfrog rozprzestrzenia się dość dobrze, bo dostarcza wielu widżetów, które są miarę chętnie wklejane
    • na zasadzie: "co mi szkodzi"
  • ale wydaje się grą, w której w miarę dobrze bawią się jedynie blogujący. czytelnicy nie mają z niej wielkiego pożytku: wszystkie przydatne funkcje blogfroga dostarcza (i to sprawniej) choćby google blog search + google reader.
  • no i wreszcie ostatnie dziecko mody na agregację, blogbox.
    • nazwa byłaby ładna, gdyby nie to .com.pl. nic lepszego nie dało się wymyślić? ja mam blogroll.pl i oczekuję propozycji ;-)
  • blogbox to inicjatywa wprost. nie będę tu rozwijał wątku dotyczącego tego, co myślę o wprost. źle myślę, mówiąc ogólnie. zajmę się samym blogboxem.
  • pierwsza rzecz, jaka rzuciła mi się w oczy: serwis jest ładny. to oczywiście kwestia gustu, ale podoba mi się zdecydowanie najbardziej z omawianej tu czwórki. jest ładniejszy od blog.pl, a pozostałe dwa w ogóle ładne nie są.
  • serwis zbiera całkiem sporo blogów, pogrupowanych w kategorie (które z kolei mają jeszcze swoje kategorie). przyznam, że nawigacja po tych menu nie jest zbyt łatwa, a sam podział na kategorie budzi wątpliwości
    • ale jaki nie budzi.
  • nowe blogi dodawane są za pomocą eleganckiego diggopodobnego mechanizmu, na szczęście za zgodą autora.
  • "plwajmy na tę skorupę" i zobaczmy, co blogbox oferuje pod spodem. a jest tego sporo. po założeniu konta
    • wprost oczywiście próbuje nam wcisnąć rozmaite newslettery
  • widzimy dość dużo rozmaitych opcji. przede wszystkim możemy "budować sobie stronę główną" za pomocą drag and drop. ta dość oczywista funkcjonalność, dla twórców innych agregatorów już taka oczywista nie jest. niestety, budowanie strony głównej oparte jest o kategorię blogów, a nie poszczególne blogi. na pierwszy rzut oka nie widzę możliwości "finetuningu". ale i tak robi to wrażenie, zwłaszcza, że wyselekcjonowane blogi można sobie prenumerować i to nie tylko w formie rss, ale także jako newsletter.
  • poniżej bardzo ciekawa opcja dokładania na stronę rozmaitych modułów. nie musimy widzieć np. 10 najpopularniejszych blogów, jeśli nie chcemy. czyli personalizacja posunięta o wiele dalej niż u konkurencji.
  • ale im głębiej w serwis, tym robi się ciekawiej. mamy nie tylko agregację blogów, ale i grupy użytkowników (+ nadmiarowe moim zdaniem forum), a nawet sieć społeczną, z mapkami, awatarami, prywatnymi wiadomościami i całym tym stuffem. ktoś się naprawdę napracował! nie będę się rozpisywał o wszystkich niuansach i opcjach, jest ich naprawdę sporo, a korzystanie z nich wydaje się dość proste.
  • i przy tych wszystkich budzących szczery podziw funkcjach (jest też wersja mobilna), które faktycznie mogą przybliżyć blogi tym, którzy ich do tej pory nie czytali i zintegrować blogujące środowisko, jest jedna rzecz, która wydaje się być piętą achillesową tego serwisu:
    • blogi otwierają sie w ramkach, otoczone blogboxem.
  • aż mnie ciarki przeszły jak to zobaczyłem. tak nie powinno się robić. mój blog, mój kontekst. trudno mi się zgodzić, by wyświetlano go w otoczeniu, którego zupełnie nie kontroluję.
  • podsumowując: blogbox to pierwszy serwis wokółblogowy, do którego ktoś naprawdę się przyłożył. tu widać i kompetencje oraz dbałość o szczegóły twórców (autentika) i to, że budżet był odpowiedni do celu, jaki chciano osiągnąć. szkoda, by to się zmarnowało. to ostatni moment, żeby pomyśleć o lepszej domenie. i mocno, mocno zastanowić się nad tymi ramkami, które duszą zagregowane blogi. może wystarczy mały paseczek, w stylu wykopu?
  • to blogi są najważniejsze. niech blogbox trzyma się na drugim planie, wtedy ma szanse na sukces.
niedziela, 03 lutego 2008
  • dużą ekscytację wzbudziło w internetowym światku ogłoszenie przez google'a social graph api. czym jest social graph api i jak działa, możecie dowiedzieć się od kuby filipowskiego na blogu yashke
    • polecam obejrzenie video, na którym brad fitzpatrick
      • twórca m.in. openid
    • w przystępny sposób objaśnia, jak korzystać z nowego api.
  • inne, dość liczne powody do zadowolenia wylicza joshua porter na blogu bokardo
    • który to blog polecam, jeśli nie znacie
      • jest doskonały
  • wskazując, że nowe api google'a
    • jest oparte na otwartych standardach,
    • tworzy nowy, semantyczny ekosystem,
    • daje się wykorzystać na wiele sposób (czasem zaskakujących nawet dla twórców)
    • daje kontrolę internaucie nad swoimi danymi
      • dodam od siebie, że dość wątpliwą
    • i wreszcie, korzysta z tej samej co openid równoważności: człowiek to url jego strony. oczywiście dopuszczając taką możliwość, że jedna osoba jest właścicielem kilku stron, co pozwala je z openid ładnie połączyć.
  • ja również jestem pod wrażeniem api udostępnionego przez google'a. zresztą już jakiś czas temu wskazywałem, że to właśnie google może popchnąć sieć w kierunku większej semantyczności. google i nikt inny. i co? sprawdziło się. ale mam też wątpliwości i i chcę się nimi podzielić w tym wpisie.
  • wątpliwość numer jeden: czy google wykorzysta społeczny graf do wyszukiwania, czy też będzie on stanowił odrębną od www strukturę, dla której google social graph api będzie oddzielną wyszukiwarką. wyraziłem się zawile? ok, prościej: czy dobrze umiejscowiona w sieci społecznej strona będzie wyżej w wynikach google'a. lub czy np. wyszukując imię i nazwisko, wyżej będą zrankowane strony, do których prowadzi odpowiednia relacja. jeśli nie, to źle. seo makes the web go round.
  • dwa: ludzie to nie urle. "dajcie mi url, a znajdę wam człowieka", można sparafrazować sowieckiego prokuratora. czy to zawsze prawda? sieć www nie jest łatwa do zmapowania na sieć społeczną. istnieje np. wiele stron, których autorami jest kilka osób. do tego dochodzi zmiana zawartości strony w czasie i zmiana autorstwa tejże. oraz kwestia tego, która strona jest bardziej, a która mniej reprezentatywna dla danej osoby. to nie jest banalny problem.
  • numer trzy: semantyczny spam. jeden z większych problemów w semantycznej sieci. mogę oczywiście zrobić tag, wskazujący na to, że bill gates czy steve jobs jest moim przyjacielem i kto to zweryfikuje? akurat w przypadku społecznego grafu, rolę weryfikacji mogą stanowić linki zwrotne. nie jestem jednak pewien, czy taka metoda sprawdzenia prawdziwości twierdzeń wystarczy. jeśli graf społeczny będzie jednak się liczył w wynikach "ogólnego" google'a, spece od seo na pewno podejmą grę z googlem.
  • i numer cztery, czyli zagrożenie dla prywatności, jakie niesie za sobą ekspozycja sieci społecznej. zwłaszcza, że mikroformaty są ukryte, a użytkownik może nie być świadom, że wstawiając (przecież nie ręcznie, tylko za pomocą jakiegoś formularza) informacje o tym, kto jest dla niego kim, pokazuje je całemu światu. zwłaszcza relacje, nazwijmy to, intymne (te, które opisuje xfn za pomocą atrybutów od "muse" do "sweetheart") mogą być tu szczególnie wrażliwe. narzędzie "wszystkie-jego-ex.pl" pewnie już ktoś pisze.
sobota, 02 lutego 2008
  • chciałbym tym postem podsumować trochę cały ten szum medialny wokół naszej-klasy, a także to, co działo się tu na blogu. okazją jest zakończenie kontroli giodo. i wiecie co? nie będzie o tym raczej tekstów z krzyczącymi tytułami na głównych stronach dzienników, a szef giodo nie pokaże filmu z aresztowania popowicza dokonywanego przez kolesi w kominiarkach. zdziwieni?
  • na początek trzy istotne rzeczy
    • pierwsza: bo się wiele osób pyta: nie, nie będę się procesował z dziennikiem (zresztą zawsze to traktowałem jako ostateczność). uważam, że wystarczy to, że kilkanaście tysięcy osób zobaczyło, jakich praktyk dopuszczają się pseudodziennikarze z dziennika.pl, kiedy mogą przywalić konkurencji cudzymi rękami.
    • druga: nie wierzę, żeby nagonka prasowa, jaka miała miejsce w gazecie była odgórnie sterowaną przez agorę akcją. nie wierzę i jest to niewiara dość mocna, ale nie bezgraniczna. nie wierzę, bo pracowałem przez jakiś czas w agorze i mniej więcej wiem, jak to tam od środka działa. ale też, z drugiej strony, doskonale rozumiem tych, którzy w to nie uwierzą. i dlatego gazeta powinna unikać takich tekstów. nie mówiąc o tym, że był on wyjątkowo głupi, a poziomem przypominał artykuł do brukowca. gazeto wyborcza: 10 lat pisania o internecie i nic, ani o krok się do przodu nie posunęliście jeśli chodzi o poziom merytoryczny tekstów! wręcz zaszło jakieś uwstecznienie. zróbcie coś z tym, bo to żenua. dlatego nie będę przepraszał kolegów z byłej pracy, jeśli poczuli się dotknięci moim wpisem. "kuku" zrobili wam pan makarenko i pani kołodyńska-wałków, wypisując brednie o sprzedawaniu danych osobowych, wysyłaniu ulotek do użytkownków n-k i siostrze pavulon.
    • trzecia: nie uważam też, że nasza-klasa była bez winy i bez grzechu. sam wpisując tam dane, wcale nie byłem świadomy, które z nich będą znane wszystkim, a które nie. a mam trochę obycia w necie. większość użytkowników go nie ma. co więcej, stawiam tezę, że właśnie dość dokładne olanie kwestii informowania alias ostrzegania użytkowników odnośnie tego, które dane są publicznie dostępne i jakie skutki to za sobą niesie, było jednym z czynników decydujących o sukcesie n-k. gdyby na stronie zakładania konta była informacja "twoje imię i nazwisko będzie dostępne w całym internecie" zapewne część osób by to odstraszyło, przez co klasy szkolne w n-k formowałaby się wolniej. ale nie o tym tu chciałem pisać.
  • jeszcze dorzucę dwa dementi: otóż agora dementuje, że chciała kupić naszą-klasę, a z kolei maciek popowicz powiedział mi, że kwota 3 mln inwestycji, którą powtarzają za sobą wszystkie media to klasyczny przykład faktu prasowego, liczba wyssana z palca. wierzę tu i agorze i założycielowi n-k.
  • a teraz zasadnicza część wpisu. kompetencje dziennikarzy (a raczej ich totalny brak) mogliśmy podziwiać w całej ich wątłej okazałości. ale jest też drugi nurt dyskursu naszo-klasowego, nazwałbym go "wykształciuchowskim". tutaj dominuje bicie się we własną pierś i wygłaszanie banalnych wniosków z pozycji zdziwionego światem.
  • zaczął alek tarkowski od wpisu, w którym wskazał, że w polsce brakuje badaczy internetu, którzy zajmowaliby się systematycznym badaniem społecznościowego aspektu jego rozwoju. być może, brakuje. ale brakuje też serwerów naszej-klasie, brakuje największemu dziennikowi w polsce jednego sensownego dziennikarza, który w tekście popełniłby 3 błędy a nie 15 itd itd. brakuje też -- czego arek wydaje się nie zauważać -- zwyczajnie czasu. w realiach akademickich takie zjawisko jak nasza-klasa to wciąż nowość. klasyczne prace dannah boyd o friendsterze też nie powstawały w pare miesięcy od założenia tego serwisu.
  • ale nie to mnie dziwi. a co mnie dziwi? dziwi mnie to, co alka, socjologa w końcu, w naszej klasie dziwi. a co go dziwi? otóż między innymi:
    • że na naszej klasie kobiety podają panieńskie nazwiska. dziiiwne, prawda? no, tu trzeba pewnie dużego projektu badawczego, żeby wyjaśnić to zjawisko
    • ale nie tylko to. dziwi go, że "doświadczenie życia, za komunizmu, w społeczeństwie inwigilowanym, nijak nas jako społeczeństwa nie zaszczepiło" (chodzi tu o słynną kwestię prywatności).
  • i to już mnie rozbroiło. o ile niezauważenie prostego faktu, że koleżanki z podstawówki łatwiej znaleźć po panieńskim nazwisku można potraktować jako drobną wpadkę, to kiedy socjolog twierdzi, że czasy "komunizmu"
    • który jak wiadomo, był raczej "realnym"
      • choć stopniowo coraz mniej
    • socjalizmem
  • powinny nauczyć społeczeństwo szczególnej troski o prywatność, zaczyna się rozumieć lepiej, czemu nie mamy polskiej danah boyd. drogi alku, (1) "inwigilacja" w pełniejszym tego słowa znaczeniu dotyczyła procentów, jeśli nie promili społeczeństwa; (2) za "komunizmu" dane osobowe nie były chronione i właściwie nic się z tego powodu strasznego nie działo. wszyscy byli spisani na klatkach schodowych czy w książkach telefonicznych. bezpieka i tak miała swoje źródła; (3) w n-k pamięć o czasach poprzedniego ustroju jest raczej pamięcią o smaku waty cukrowej i wody z saturatora.
  • tak czy owak akademicy pochylili się nad naszą-klasą i zaczęli wyciągać wnioski. czasem jeszcze bardziej zaskakujące niż pytania alka. dziś dostał mi się przed zdumione i zaczerwienione od przecierania oczy taki oto tekst (przeczytajcie, jest krótki). oto fragmenty:
    • "W portalu Nasza-klasa dominują tradycyjne instytucje - szkoła, raczej jedna profesja i powszechna chęć ukazywania siebie jako normalnego, przeciętnego"
  • proszę państwa, krakowscy naukowcy dokonali niezwykłego odkrycia! ta cała nasza-klasa dotyczy szkoły! podejrzewaliście ją w ogóle o to? oni tam... o szkole mówią!
  • i kolejne odkrycie. wśród sześciu czy też siedmiu milionów użytkowników tego portalu dominują osoby mające tylko jeden zawód. niesamowite. na dodatek, większość tych osób dąży do bycia w zgodzie ze społecznymi normami. większość jest przeciętna. heureka!
  • a przecież na pierwszy rzut oka większość rozmów w naszej klasie powinni prowadzić bywalcy galerii sztuki nowoczesnej, mający kilka (najlepiej wolnych) zawodów i będący ogólnie queer. a tu taka sensacja! ale autor idzie dalej:
    • "W portalu pleni się banalność i wtórność"
      • och, to straszne! a świat, a zwłaszcza okoliczności przyrody są takie niebanalne i niepowtarzalne
    • "Chwalimy się czym możemy: samochodem, domem, dzieckiem, mężem, żoną, w bardzo niewielu przypadkach partnerką czy partnerem ze związku niesformalizowanego."
      • na dodatek, co za rozczarowanie, użytkownicy naszej klasy chwalą się tym, czym mogą, a nie tym, czym nie mogą! i nie piszą "to jest moja partnerka z niesformalizowanego związku". dziećmi się chwalą! domem się chwalą! cóż to za dziwolągi! spotykają się ludzie po latach i o dzieciach rozmawiają!
  • niezwykły ten tekścik nie jest wolny od ocen. bo czemu się powstrzymywać i nie zarzucić ślepoty
    • "Zwyczajność przygląda się zwyczajności, nowa klasa średnia przygląda się sama sobie? Jeśli tak, sądzę iż niewiele widzi."
  • tej bandzie przeciętniaków o wąskich horyzontach, jednozawodowców w sformalizowanych związkach, obrzydliwych konformistów, którzy manifestują
    • "konformizm i brak chęci bycia lepszym, doskonalenia się, ruchu popychającego nowoczesne społeczeństwa naprzód".
  • bo oczywiście w mitycznym "nowoczesnym społeczeństwie" taki masowy portal byłby dosłownie zdominowany przez offowe instytucje, a uczestnicy chwaliliby się jedynie wydawaniem tomików poezji, braniem udziału w performance'ach. no, czasem może chwaliliby się swoimi partnerami, ścigając się, który z nich jest w bardziej niesformalizowanym związku i który bardziej przełamuje heteronormatywne stereotypy. ach, pomarzyć tylko o takiej naszej klasie, w której nie ma mowy o obrzydliwej instytucji szkoły! a tu bryndza.
  • masz alku swojego medioznawcę. sam chciałeś.
  • nicholas carr, którego czytać uwielbiam i z którym uwielbiam toczyć polemiki w formie dialogu wewnętrznego, jest nie tylko zagorzałym krytykiem wielu aspektów trendu web 2.0.
    • ze szczególnym uwzględnieniem krytykowania wikipedii
  • lansuje on pewną szczególną wizję tego, czym jego zdaniem, staje się współcześnie infrastruktura informatyczna. carr twierdzi (już w poprzedniej książce), że działy IT korporacji to przeszłość. zwłaszcza te, które zatrudniają developerów. po co pisać własne aplikacje, skoro coraz więcej systemów dostępnych jest po prostu w sieci i są to systemy sprawdzone, połączone popularnymi protokołami, a przede wszystkim o wiele tańsze w utrzymaniu. co więcej, wszystkie firmy mają do nich w miarę równy dostęp, w związku z czym osiągnięcie przewagi konkurencyjnej za pomocą sprawniejszej infrastruktury informatycznej jest niemożliwe. innymi słowy, carr nie przewiduje, żeby obecnie jedna firma wygrywała z drugą "bo ma lepszy crm". wszyscy będą mieli mniej więcej taki sam crm, tak jak mają tego samego worda, czy też ten sam prąd w gniazdku.
  • w artykule opublikowanym w financial times przedstawia ciekawą paralelę pomiędzy dostępnością mocy obliczeniowej a dostępnością energii elektrycznej. zauważa, że pierwsze fabryki były budowane wraz z własną elektrownią (lub innym źródłem energii). w momencie, gdy nauczono się przesyłać prąd, sytuacja drastycznie zmieniła się: nagle okazało się, że właściciel tkalni czy huty nie musi mieć własnego generatora mocy i może skupić się na core business. oczywiście mógłby nadal korzystać z własnej elektrowni, ale byłoby to nieopłacalne: poprzez efekt skali, a także, co w IT równie ważne, koncentracji kompetencji, wyspecjalizowane elektrownie wytwarzają prąd o wiele taniej. a skutek dostępności taniej energii elektrycznej
    • zdaję sobie sprawę, że piszę to dzień po podwyżce cen prądu
  • to całkowite przeobrażenie krajobrazu świata. wyobraźmy sobie świat bez prądu?
  • podobna przyszłość, dzięki internetowi (odpowiednik linii przesyłających energię elektryczną), czeka IT. tak jak ogromna elektrownia wodna czy węglowa przetwarza "energię naturalną" w energię elektryczną o wiele efektywniej niż mała elektrownia przy fabryczce (wliczając w to koszty utrzymania itp) tak ogromna serwerownia przetwarza energię elektryczną w moc obliczeniową o wiele efektywniej niż serwerownia dużej firmy. twierdzi się, że data center google'a robią to 10x razy lepiej niż konkurencja. inaczej mówiąc, dla google'a przechowanie danych w systemie czy też wykonanie na nich pewnych operacji jest 10x tańsze, niż dla korporacyjnego IT.
  • jakie to będzie miało konsekwencje dla świata? z pewnością równie ogromne. za 5 lat na całym cywilizowanym świecie dostęp do mocy obliczeniowej będzie równie łatwy jak do energii elektrycznej. ale nie o tym chciałem pisać.
  • paralela pomiędzy energią elektryczną a mocą obliczeniową pojawiła się u carra w artykule napisanym z okazji rezygnacji przez billa gatesa z zarządzania microsoftem. ale firma z redmond nie kończy działalności z odejściem gatesa (które carr przypisuje właśnie zmianie paradygmatu rządzącego IT). i jak wszyscy wiemy, nie zamierza odejść w przeszłość wraz z korporacyjnymi działami IT. wręcz przeciwnie, czując, że jak to ktoś określił "pieniędzy jest więcej niż czasu", próbuje nadal utrzymać się na wznoszącej fali.
  • ten fakt carr komentuje na forbes.com. jak zwykle opowiada tam o wynikającej z ogromnej efektywności potędze google'a, której boi się microsoft i powtarza najważniejsze tezy swojej ostatniej książki. ale idzie też dalej, bo próbuje tezę, którą zresztą stawia jasno
    • "Scale is everything"
  • zastosować bardzo szeroko. tłumaczy, że:
    • "The Net has long been seen as a great leveler of playing fields, a system that diminishes the advantages of size and lets individuals and small businesses compete with giants. But that's turning out to be an illusion. What we've seen recently is that success on the Web requires the aggregation of vast quantities of content and traffic, the collection of enormous stores of data about users, and the brokering and distribution of billions of ads."
  • i tu pojawiają się moje poważne wątpliwości. nie tylko z pozycji naszego zaścianka, który to przeżył właśnie eksplozję serwisu nasza-klasa.pl. czy faktycznie już karty zostały rozdane? na pewno tak, jeśli chodzi o podstawową infrastrukturę. nikt przy zdrowych zmysłach nie założy startupu konkurującego z googlem czy akamai, jeśli chodzi o data centers. na rynek dostawców internetu też wejść jest coraz trudniej. ma również carr sporo racji jeśli chodzi o aplikacje przenoszone z desktopów do sieci. ale tu już na pięknej pareleli pojawiają się rysy. choćby takie zoho, które jak równy z równym próbuje konkurować z gigantami. jak daleko więc można ciągnąć tą analogię?
  • czy faktycznie serwerownie google'a to elektrownie cyberprzestrzeni? nie do końca. google bardzo dba o to, żeby nie sprzedawać większości mocy obliczeniowej w stanie nieprzetworzonym (czyli najtaniej). próbuje więc sprzedawać ją w bardziej wyrafinowanej formie (jako np. wyniki wyszukiwania). kończy się tu więc analogia z siecią energetyczną. z tego co pisze carr wynika (mimo, że słowa mówią co innego), że jednak - przynajmniej na razie - dobrze mieć własną elektrownię. byle dużą. ale jakie ma to przełożenie na konkurencję na poziomie aplikacji? czy serwisów? chyba jednak dość słabe. "własna" czy nie "własna" elektrownia/serwerownia to jest już nie jest znacząca przewaga konkurencyjna. to się wynajmuje, po prostu. z upływem czasu to wynajmowanie przestanie być czymś skomplikowanym.
  • carr twierdzi, że sieciowe software to "media". mają podobny model biznesowy (zysk głównie z reklamy), podobnie działa na nie efekt skali, a rynek wytworzył już ogromne bariery wejścia. tak jak nie założysz "z kolegą" nowej gazety o zasięgu krajowym (głupi pomysł), nie nakręcisz filmu na hollywoodzkim poziomie (średni pomysł), tak nie założysz już nowego facebooka (dobry pomysł). a jednak coś mi mówi, że to nie do końca prawda. i że zawsze gdzieś tam będzie jest ten front, na którym powstają nowe rzeczy robione przez niewielkie zespoły. że ktoś tam już zakłada nowego google'a, nowy microsoft lub nowe yahoo. na pewno nie jest to aplikacja konkurująca z google docs czy ms office. nie jest to zapewne nowy portal społecznościowy (być może n-k była na naszym rynku ostatnim takim strzałem zza węgła), ale na rynku aplikacji jeszcze tkwi ogromny potencjał. rynek się z jednej strony zmienia diametralnie, a z drugiej pozostaje taki sam, zostawiając miejsce dla tych, którzy myślą inaczej niż pozostali.
11:12, reuptake
Link Komentarze (19) »
piątek, 01 lutego 2008
  • amerykańskie blogi dopiero zaczynają o tym pisać: microsoft chce kupić yahoo za 44,6 miliarda dolarów (w gotówce/akcjach). jest to oferta znacznie przewyższająca obecną wartość akcji yahoo.
  • należało się czegoś takiego spodziewać, ale i tak news robi wrażenie.
    • dowiedziałem się z blipa, dzięki ikspilowi. blip jest szybki!
  • to oczywiście dobry sygnał dla rynku, a co on oznacza dla internautów? chyba jednak nic dobrego.