pisz się na to
zgrzyt

OpenID.pl


LinkedIn
RSS
środa, 28 listopada 2007
  • kuba filipowski w dość dramatycznie zatytułowanym tekście
    •  wiem chyba skąd czerpie inspirację do takiego tytułowania
  • pisze o facebook beacon i o tym, że nikt u nas o przełomowym pomyśle facebooka nie pisze. faktycznie, cisza. ja się zbierałem do tematu, ale się nie zebrałem. mogę przynajmniej napisać dlaczego. otóż powody są dwa:
  • po pierwsze, nie jest to żaden koniec prywatności w internecie, bo tej prywatności tak naprawdę nigdy nie było. na pewno jest to krok w kierunku zmniejszenia "poczucia prywatności", ale niewiele ponad to. nie ma co dramatyzować. według moich fellow blogerów mieliśmy w jednym tygodniu i koniec prywatności w sieci i największe oszustwo. przesadystyczne to nieco. zostawmy coś na następne tygodnie.
    • nie znaczy to, że prywatność nie jest ważna. jest ważna. i faktycznie dyskusja na ten temat toczy się i będzie się toczyć. facebook też już zaczął modyfikować swój system ogłoszeniowy itd itd.
    • ale przyznam że 35.000 osób dyskutujących o tym (ja rozumiem, są to głównie przeciwnicy beacon) wobec 200.000 osób zapisujących się na facebooka dziennie, to nie jest coś, co przyprawia o gęsią skórkę.
  • po drugie: gdzie rzym, a gdzie krym? w ameryce kombinują jak się da, wymyślają jak tu lepiej targetować reklamę (beacon to tylko jedna z możliwości dostępnych na facebooku, można tam również korzystać z superprecyzyjnego targetowania na podstawie profili), a nas płynie wisła, płynie i długo jeszcze będzie płynąć zanim się w pojawi taka potrzeba.
    • jakieś dwa tygodnie temu przez moją generację (którą okupują głównie, choć nie wyłącznie nastolatki) przetoczyła się ogromna reklama... funduszy emerytalnych. tu doda, tam plusiki, a z boku baner: "pomyśl o emeryturze".
    • ale to jeszcze nic. wczoraj w serwisie poszkole (a tu już wątpliwości nie ma: wiek użytkowników to 7-15) można było zobaczyć coś takiego:
  • ostatnio rozmawiałem z bartoszem wieczorkiem z ad-vice, który usiłował mnie przekonywać, że to się podobno zmienia. że reklamodawcy, zwłaszcza dysponujący większymi budżetami, zaczynają zwracać uwagę na to gdzie i w jaki sposób trafia ich reklama. cóż, może. dopóki jednak będę napotykał reklamy broni w serwisach dla dzieci, daruję sobie pisanie o beaconie. będę pisał o jajach, bez bekonu. bo chyba ktoś sobie tu jaja robi, nie?
11:09, reuptake
Link Komentarze (14) »
poniedziałek, 26 listopada 2007
  • dawno, dawno temu miałem swoją rubrykę w playboyu.
    • dobrze się zaczyna, nie?
  • pisałem o komputerach, potem, z czasem, doszła do tego tematyka internetowa. rubryka mieściła się na jednej kolumnie, podzielona była na krótkie notki. nie było łatwo. cykl wydawniczy playboya, drukowanego wówczas we włoszech, był strasznie długi. pisanie z 3-4 miesięcznym wyprzedzeniem na tematy związane z internetem to dość karkołomne zadanie. zdarzyło mi się kiedyś potknięcie, napisałem, że apple kupi suna, czy na odwrót (były takie plotki), a gdy numer wyszedł okazało się, że była to bzdura czystej wody.
  • prowadzenie wspomnianych kolumn było o tyle trudniejsze, że tomasz raczek, który był wówczas naczelnym, bardzo jasno i wyraźnie dał mi do zrozumienia, że jednej rzeczy sobie nie życzy: ciekawostek.
  • co to są ciekawostki? to ponadczasowe newsy, wielokrotnie powtarzane w różnych miejscach, często mało mające wspólnego z rzeczywistością, ale intrygujące i ciekawe dla czytelników. ciekawostki są jak cukierki. czytelnik kupuje gazetę, licząc na treściwy obiad.
    • ok, może nie playboya ;-)
  • dostaje jednak garść cukierków i opycha się nimi: cukierki są smaczne i kuszące. tylko później niewiele dobrego wynika z takiego posiłku.
  • to było już jakiś czas temu. to widać. internet to stety-niestety imperium ciekawostek. w gazeta.pl tworzą one dział "deser".
    • jak widać twórcy portalu podzielają moje zdanie o roli ciekawostek w medialnej diecie
  • na o2 stanowią danie główne.
  • a teraz mamy web 2.0, dziennikarstwo obywatelskie i wykop. klon sztandarowego projektu web 2.0 digg, zaprezentował dziś nieco odmieniony wygląd i kilka nowych funkcji. nie żebym się czepiał, wygląda całkiem nieźle. tylko tak trochę smutno się robi, że i to miejsce staje się bardziej "obywatelsko redagowanym" deserem, tacą pełną cukierków, klasycznych ciekawostek, błahostek i bzdurek. oczywiście nie do końca. ale nowe funkcje, takie jak
    • filtrowanie zdjęć
    •  
      • nie zdjęć: "obrazków"
    • czy nagrań wideo
      • przepraszam: "filmików"
  • tylko tę tendencję umacniają. nie chciałbym, żeby wykop konkurował z pudelkiem, deserkiem czy plotkiem, nawet, jeśli część "ciekawostek" będzie dotyczyła tego, ilu administratorów windows potrzeba żeby wkręcić żarówkę. odtrutka na dominację "dużych" graczy medialnych, arbitralnie narzucających nam hierarchię tego, co ważne, zaczyna się odchylać w kierunku chaotycznego zbioru tych newsów, które są zbyt błahe, by ukazać się w prasie. na dodatek często o przekroczonej dacie przydatności do spożycia, co spowodowane jest transportem z usa (czyt. przechodzonych "filmików" z youtube'a). nie mam nic przeciwko takim miejscom. szkoda tylko, że jednym z nich może stać się wykop.
15:20, reuptake
Link Komentarze (20) »
czwartek, 22 listopada 2007
  • ten wpis dojrzewał we mnie dość długo. nie lubię bowiem pisać o tym, że w naszym kraju jest wyjątkowo. ta wyjątkowość (oczywiście najczęściej w sensie negatywnym), to ciągłe powtarzanie "tylko w polsce jest coś takiego możliwe" z miną taką, jakby ta polska to byli wszyscy inni poza wypowiadającym to zaklęcie... to coś, co mnie mierzi, bo na ogół takie stwierdzenie do dyskusji nie wnosi, obciąża jedynie odpowiedzialnością "polaków", do których można, jak widać, należeć i nie należeć w tym samym czasie.
  • nie jestem zbyt aktywnym uczestnikiem międzynarodowych, czy amerykańskich społeczności internetowych. dlatego mam pytanie, do tych, którzy znają je lepiej: czy tam jest tak samo?
  • tak, to znaczy jak? kilka przykładów.
    • przykład pierwszy, który przelał czarę goryczy i skłonił mnie do napisania tego wpisu. wchodzą na portal poświęcony komputerom apple, którego istotną częścią jest forum. na głównej stronie ankieta. nie, nie poświęcona temu, czy leopard jest lepszy od tigera (albo od ubuntu). ankieta dotyczy kar na forum. "jestem za wprowadzeniem taryfikatora kar". "jestem przeciwko taryfikatorowi kar". itd itd itd.
      • bywam na forach anglojęzycznych. niczego takiego nie widziałem.
    • przykład drugi. jak wiecie jestem fanem spottingu. i zaglądam na jedno z for. nawet byłem tam moderatorem przez jakiś czas. jest tam taki dział "nowości i ciekawostki", w którym, jak sama nazwa wskazuje, publikuje się zdjęcia nowych i ciekawych samolotów. proste. zbyt proste. "a czy ten samolot jest rzeczywiście ciekawy?", "a lądował już u nas miesiąc temu!", "a mógłeś sprawdzić, że cośtam cośtam cośtam". takich dyskusji jest masa. i nie dotyczą one przypadków oczywistych. jakby brakowało nam elastycznych granic. czarno-biały świat. i zaczynają się oczywiście dyskusje o regulaminie. żeby można było karać. kasować. usuwać. moderować. bo nie da się powiedzieć sobie w duchu "ok, może to dla niego ciekawe, ale w sumie to ten samolot już u nas 2x był". nie. ordnung must sein. widziałem nawet serwis lotniczy, którego autor sformułował... konstytucję. z sądami, odwołaniami, wyborami. bawi się w to 50 osób i potrzebują konstytucji, żeby się dogadać!
      • nie widziałem niczego podobnego na europejskich forach, które odwiedzam.
    • jest też jedno forum fotograficzne. tam właściwie nie da się już nic prawie napisać. bo wszystko zostało już napisane. wystarczy wrzucić w wyszukiwarkę. poza tym, ryzyko, że napisze się w niewłaściwym dziale, jest bardzo duże. to forum zostało dodefiniowane do bólu. wszystko ma swój "slot". każda treść wpada w wyznaczone miejsce. można odnieść wrażenie, że użytkowników mogłoby tam nie być. no i wdrożony jest efektowny system ostrzeżeń.
      • też niczego podobnego nie widziałem, np. na dpreview.
    • dodam do tego już w bardziej skrótowej formie: fora literackie, które odwiedziałem. tam "wojna" to w porywach do 90% (!) zawartości. właściwie wszyscy wszystkim dopierdzielają na okrągło. że nie wspomnę o takich kuriozach jak onet, gdzie po prostu znalezienie jednej sensownej wypowiedzi jest szukaniem igły w stogu siana.
  • i może to (onet) i paniczny strach przez "onetyzacją" forum, jest powodem, dla którego szuka się ratunku w regulaminach, taryfikatorach kar i moderacji? tylko, że ten ratunek jest pozorny. jeśli nie ma się w sobie tych elastycznych granic i zwykłej tolerancji, to nie zadziałają nawet najbardziej szczegółowe kodeksy. co najwyżej będzie można toczyć wojny o kodeksy, o interpretację prawa, o kwalifikację czynu czy o wysokość kary.
  • niestety, mam wrażenie, że przynajmniej na tle zachodniej części europy oraz USA jesteśmy jednak pod tym względem wyjątkowi. żeby nie było: zauważam geny pieniactwa i kłótliwości również w sobie i to mnie martwi.
  • przykre jest jednak to, że np. onet zaczyna na tych cechach brzydko mówiąc, "jechać". celowo wybierane są prowokacyjne wątki, to, co kiedyś usuwano czy ukrywano, nagle zaczyna być "wartością". bo przecież user, który napisze, że bartoszewski to zdrajca, wygeneruje więcej odsłon niż ktoś, kto napisze, że bartoszewski jest w porządku. albo wąteczek z dziś: "ci co strzelali do górnikow , hmm, też pewnie byli bohaterami". piękny flame. cenny flame. to się da na odsłony przeliczyć. a więc to nasze pieniactwo też można monetyzować. może nie tak efektywnie jak wiedzę, ale skoro jest go pod dostatkiem...
  • a może się mylę? może wszędzie jest tak samo? z moich pobieżnych obserwacji wynika, że nie. że jednak nasza skłonność do wojen lub do mających im zapobiegać zamordystycznych regulaminów jest wyjątkowa. mam (niestety) rację? czy (równie niestety) nie?
16:57, reuptake
Link Komentarze (47) »
środa, 21 listopada 2007
  • powstrzymywałem się przed napisaniem o tej stronie. nie chcę, żeby ten blog skupiał się tylko na narzekaniu i malkontenctwie. ale w międzyczasie klikałem sobie tu i ówdzie po serwisie i poddałem się po pół godzinie.
  • osoba, która podesłała mi linka i hasło do serwisu, podsumowała iplex w ten sposób:
    • "wszystkie wady kina przeniesione do internetu (no, moze poza zapachem popcornu) ale bez jego zalet"
  • to tylko połowa grzechów iplexu. druga, to dołożenie kolejnych wad, związanych z samym medium.
  • ale po kolei. co to jest iplex? otóż jest to właśnie przeniesienie kina do netu. jak najbardziej dosłowne.
    • obiecywano wam, że w internecie wideo będzie dostępne na żądanie?
      • bzdura! w iplexie filmy wyświetlane są o konkretnych godzinach. jak w telewizji czy w kinie. to iplex decyduje kiedy i co będziecie mogli oglądać.
    • obiecywano wam, że w internecie będzie miejsce dla każdego?
      • ależ ktoś was oszukał! w iplexie trzeba kupować bilety. i to koniecznie na pięć minut przed seansem. coś wam wypadnie i nie możecie obejrzeć filmu? oczywiście nie da się go zatrzymać. przebookowanie biletu objęte jest kolejnymi obostrzeniami.
    • obiecywano wam, że internet to platforma łącząca różne systemy?
      • chyba sobie ktoś jaja robił. nawet regulamin serwisu iplex jest dostępny w formacie .doc, zgadnijcie więc, na ile platform jest dostępny odtwarzacz i jak się nazywa?
    • obiecywano wam, że będzie duży wybór?
      • hahaha. skoro nie możecie wybierać, pory o której można obejrzeć film, to chyba nie spodziewacie się, że w naszej ofercie będzie więcej niż kilka filmów?
    • obiecywano, że treść będzie darmowa jeśli zgodzicie się oglądać reklamy?
      • śmierć frajerom. projekcje w iplexie są płatne (po okresie testów) i poprzedzone reklamami.
    • obiecywano wam, że będziecie tworzyć treści, poznawać innych i dzielić się swoimi przeżyciami?
      • zapomnijcie. te wasze wypociny są nic nie warte. tu pierwszy powód, dla którego złamałem i napisałem o iplexie. uwaga, cytat-kuriozum:
        • Po każdym seansie udostępniamy czasowe forum. POGADAJMY O FILMIE umożliwia podzielenie się swoimi uwagami i refleksjami z innymi widzami - ale tylko tymi, którzy uczestniczyli w tej samej projekcji. Forum danego seansu jest aktywne 8 godzin po jego zakończeniu. Po udostępnionym czasie wszystkie wpisy są usuwane.
  • słabo? chcecie jeszcze?
  • to może dodam, że trzeba zasiąść przed ekranikiem komputera na 3 minuty przed filmem. nie wiadomo, co się stanie, jeśli broń boże spóźnimy się do wirtualnego kina. może to być coś strasznego... na przykład to, że nie zobaczymy reklam.
  • no i teraz czas na drugi powód, dla którego napisałem o iplexie. jedno słowo:
    • twójiplex
  • nie, ja nie żartuję. tak się nazywa bodajże konto w tym systemie. brawa dla osoby, która wymyśliła tego potworka. czy muszę dodawać, że serwis jest brzydki? to akurat jest jego najmniejsza wada. a jest brzydki i to bardzo.
  • mógłbym tu sobie dworować do woli. aż strach pomyśleć, co by stało, gdyby autorzy tego potworka projektowali np. sklep internetowy. pewnie oddali by rzeczywiste sklepy tak dokładnie, że trzeba by było stać w kolejkach do kasy, koszyki robiłyby się coraz cięższe w miarę wkładania do nich kolejnych towarów (strony ładowałyby się coraz wolniej), no i oczywiście kupować można by było tylko w określonych godzinach.
    • jeśli ktoś chce zobaczyć to cudo, niech zgadnie login i hasło. 4 litery. nie, pierwsza nie jest ta, która przychodzi na myśl po zobaczeniu iplexu. no, pokombinujcie :-)
  • btw#1: joost anyone?
  • btw#2: można wykopać.
  • update: dochodzą do mnie nowe wstrząsające szczegóły:
    • nie wydaje wam się, że captcha jest rozpoznawalna każdym ocr? otóż jesteście w błędzie. nikt ocr nie będzie stosował, bo gify są ponazywane tak jak liczby, które przedstawiają.
    • podobno (ja nie testuję, bo mam niekoszerny komputer) są pewne usprawnienia w stosunku do tradycyjnej sali kinowej. np. na wejście ma się dokładnie 2 minuty, w trakcie których trzeba na coś kliknąć. trzyma w napięciu lepiej niż niektóre filmy, zapewne.
22:04, reuptake
Link Komentarze (35) »
  • w sobotę bootstrap 7.11: tym razem program międzynarodowy. nie będę się rozpisywał, info znajdziecie na naszej stronie. bardzo żałuję, że nie będę mógł być, bo pierwszy raz mamy gościa spoza polska a i o planach wikidot.com posłuchałbym bardzo chętnie.
  • ja z kolei zostałem zaproszony na festiwal blogowy do wrocławia. nie mam pojęcia, o czym będę rozmawiał ze sławnym piotrem czerskim (sobota, 16:30, mediateka), ale dołożę wszelkich starań, żeby nie zanudzić publiczności. jak będzie trzeba, to się z czersem pokłócę.
    • a w następnym tygodniu wizytuję poznań. po startup-it, gdzie będę gadał na temat mikroblogingu i makrosatysfakcji idziemy z blipowiczami na napoje odpowiednie dla tej grupy wiekowej.
12:13, reuptake
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 19 listopada 2007
  • no i mamy kolejny modny gadżet: kindle od amazona (recenzja) przenośny czytnik ebooków. brzydki, ale bardzo obiecujący (podobno jego tworzenie zajęło amazonowi 3 lata, a brzydota podyktowana jest ergonomią.) ja na jego temat rozpisywać się specjalnie nie będę, na pewno wiele blogów zajmie się nową zabaweczką
    • a za parę dni i w papierowych gazetach pojawią się artykuły, które szczęściarze (?) przeczytają za pomocą kindle'a
  • chciałbym tylko zwrócić uwagę na model biznesowy, który jest kopią modelu zastosowanego skutecznie przez apple'a przy ipodach, czyli tworzenia hardware "sprzężonego" ze sklepem internetowym. zarówno ipoda jak pewnie i kindle'a da się używać bez połączenia z itunes/sklepem amazona, ale dopiero to połączenie wydobywa 100% możliwości urządzenia
    • nie mówiąc o tym, że wydobywa pieniądze z kieszeni klienta
  • w przypadku kindle'a dochodzi jeszcze trzeci czynnik, czyli łączność. razem z kindlem dostajemy też wliczone w cenę połączenie komórkowe.
  • taki mix to skuteczna bariera tworzona przez największych. bardzo trudna do sforsowania dla mniejszych firm.
    • to wszystko dzieje się ze szkodą dla otwartych standardów
  • było wiele playerów mp3, ale żaden nie miał wsparcia w itunes. czytniki e-booków to też nie jest nowość, ale brakowało im zaplecza. nawet, jeśli można było "ściągnąć" książki, to trzeba było płacić za połączenie (no i ściągało się na komputer, a nie bezpośrednio na czytnik).
  • bardzo jestem ciekaw jakie są wrażenia z używania kindle'a. i jakie będą następne kroki... może np. urządzenia tego typu będą instalowane w lokalach, pociągach, poczekalniach? zalogujesz się i już jesteś w swojej bibliotece. a że trzymasz w ręku brzydki, szary czytnik, będący własnością polskich kolei państwowych (hehe, rozmarzyłem się)? jakie to ma znaczenie. na razie to jednak gadżet, za który wiele osób chętnie pewnie zapłaci i amazon tej szansy nie przegapi. wiele osób kupi i nie da potem zarobić amazonowi na książkach, nie znajdując po prostu na czytanie czasu. a potem, kiedy hardware nie będzie już tak przyciągać, będzie można rozdawać je taniej, zarabiając na treści.
    • dla dociekliwych, relacja z premiery via techcrunch.
      • nic nie mówią o tym, czy można czytać pod prysznicem albo w wannie. niemożność nurkowania ze sprzętem była zawsze koronnym argumentem zwolenników papieru :-)
20:09, reuptake
Link Komentarze (5) »
  • mój wpis wzbudził spore zainteresowanie (michał brański skomentował go w słodko-gorzki sposób), jak widać czasem opłaca się jechać po bandzie ;-) ale czasem trzeba też zwolnić i zatrzymać się, żeby wyjaśnić spokojniej. no widzę, że nie do końca się zrozumieliśmy.
  • że lubię analogie, spróbuję przedstawić inną.
  • blogosfera jest jak park w mieście. ludzie lubią parki ze względu na pewien zestaw cech: zieleń, spokój, świeże powietrze, także brak natrętnej reklamy. podobnie jest z blogosferą. mniejsza o nazwę, ważne, że ma ona pewne cechy, które przyciągają zarówno czytelników jak i współtwórców. jedną z tych cech ("badałem" to kiedyś) jest dokonywanie selekcji informacji przez autorów bloga.
    • z ankiety wynikało, że jest to jedna z trzech najważniejszych cech blogów.
  • marketerzy to specjaliści od przyciągania. widzą, że skoro ludzie wolą wypoczywać w parkach niż pod billboardami, starają się przenieść ze swoją obecnością tam, gdzie są ludzie. tylko, że rzadko kiedy robią to sprytnie. na ogół w wyniku ich działania park zamienia się w kolejną miejską przestrzeń. no bo są ludzie, to można zbudować sklepy, są sklepy, to trzeba zorganizować dostawy itd. i tracą na tym wszyscy. ludzie uciekają w inne miejsca.
    • problem jest trochę głębszy, bo nie zawsze jest gdzie uciec i to jest bezlitośnie wykorzystywane. nawet jeżeli częściowo zabetonują park i tak będziesz tam chodził, bo nie masz po prostu wyboru. dlatego nie można tej sprawy pozostawić ot tak,
  • podobnie jest z blogami. czytam je dlatego, że chcę dowiedzieć się, co ciekawego znalazł autor danej strony i co na ten temat ciekawego napisał. nie interesują mnie wpisy "inspirowane". to po prostu pozbawia blogosferę pewnej cechy, dzięki której jest atrakcyjna. przynajmniej dla części czytelników. panie pracujące w okolicach poznańskiej w warszawie też przesadnie atrakcyjne nie są. wszystko ma swoją cenę. każde dodanie cechy (np. "zarabia na siebie") może przynieść zanik innej (np. "budzi zaufanie").
    • z jednej strony logiczne jest, że przekaz reklamowy kieruje się w miejsca, które -- jak wynika z badań -- czytelnicy darzą zaufaniem.
    • z drugiej strony powstaje paradoks: miejsca te natychmiast tracą tę cechę i stają się dla marketerów mniej cenne.
  • choć oczywiście jest grupa osób, którym to nie przeszkadza, że panie na poznańskiej wyglądają tak, a nie inaczej, lub że za notki na blogach ktoś zapłacił. ubolewam nad tym, ale co zrobić? natomiast ci, którzy uważają prostytucję za szczytowe osiągnięcie ch.. wie czego? (wolności gospodarczej? wolności jednostki?) budzą moją odrazę. na ogół jest to zwykła kompensacja impotencji.
  • nie ma to wiele wspólnego z breakeven, nie ma to wiele wspólnego z działalnością komercyjną jako taką. jak sponsor chce, niech ufunduje do parku ławki ze swoim logo, które nie zdominuje przestrzeni. bo jak zdominuje, to sam sobie strzeli w piętę: ludzie nie przychodzą do parków oglądać loga i nie przychodzą na blogi czytać sponsorowane notki. zamiast pozytywnych skojarzeń z marką, zostaną negatywne. zamiast "firma x wzbogaciła park o cośtam" zostanie "firma x zniszczyła park wprowadzając cośtam".
  • mówiąc dobitniej: parki nie istnieją po to, żeby prowadzić tam działalność komercyjną, blogi nie zostały pomyślane jako przestrzeń dla działań marketingowych, a związki interpersonalne nie polegają na dawaniu sobie prezentów. to są tylko dodatki, które mogą daną rzecz wzbogacić, ale w nadmiarze mogą zniszczyć i dupa blada: nie będzie gdzie umieścić loga, będzie można sponsorować i 100 blogów, ale nikt im nie będzie wierzył, a od partnerki dostanie się w twarz i zobaczy drugą stronę drzwi.
  • nawet jeśli wszystko ma swoją cenę i wszystko można kupić, to często po kupieniu staje się to czymś zupełnie innym niż było przed zakupem. pomyślcie o tym.
sobota, 17 listopada 2007
  • jak donosi techcrunch, payperpost, czyli amerykański prekursor serwisu krytycy.pl, dostał mocnego kopniaka od wszechmogącego google'a. otóż wszystkim blogom, biorącym udział w tym programie (nie wiem jak google je wykrywa), ustawiono wyzerowano pagerank. jeśli pay per post nie przekona google'a do zmiany decyzji, czeka go koniec i to szybki.
  • wprawdzie jak się wydaje zasady jakimi kieruje się payperpost są nieco odmienne niż te, które proponują krytycy
    • choć i tam sporo miejsca poświęca się przejrzystości i mocno podkreśla konieczność ujawnienia, że dany wpis jest sponsorowany
  • ale i tak warto przemyśleć branie udziału w tego typu programach: może to się okazać stąpaniem po kruchym lodzie.
  • zastanawiam się, w którą stronę to wszystko zmierza? google zabiera się za payperpost, bo to on chce zarabiać na blogach, publikując adwordsy. siła adwordsów jest ogromna, trudno znaleźć lepsze sposoby na reklamę (w cywilizowanym świecie toplayer nie jest najwyższym osiągnięciem reklamy internetowej), dlatego nic dziwnego, że pojawiają się inicjatywy takie jak payperpost czy ostatnie pomysły facebooka.
  • miejmy nadzieję, że google zabierze się także za splogi. to prawdziwa plaga. z moich doświadczeń wynika, że przeciętna notka na temat blipa opublikowana na stronie gadu-gadu.pl jest republikowana ok. 40-50 raz pod różnymi adresami. jest cięta, łączona, miksowana z innymi notkami... google powinien uruchomić jakiś oficjalny punkt kontaktowy, gdzie splogi można by zgłaszać. a raczej powinien uruchomić system, dzięki któremu zgłoszenie sploga przynosiłoby jakiś rzeczywisty efekt.
  • w międzyczasie zapraszam na stronę miastomojeawnim. jest to bardzo bliska mi inicjatywa zmierzająca do oczyszczenia przestrzeni publicznej z wszechobecnego przekazu reklamowego.
    • przy okazji: muszę powiedzieć, że rozbroiła mnie argumentacja kogoś ze stowarzyszenia reklamy zewnętrznej, który posłużył się argumentem, że reklama jest dobra, gdyż jest skuteczna. równie dobrze można powiedzieć, że przykładanie komuś odbezpieczonej broni do skroni jest dobre, gdyż zwiększa skuteczność prośby o pieniądze. albo taki tekst: "na całym świecie widać wzrost znaczenia reklamy i promocji przy podejmowaniu przez ludzi decyzji." ale czy to dobrze, czy źle? różne rzeczy widać na całym świecie, tylko so fuckin' what? dlaczego to ma cokolwiek usprawiedliwiać?
      • to niesamowite, ale są ludzie, którzy już totalnie przestawili swoje myślenie, dla których sprzedawanie jest czymś pierwotnym, a cała reszta rzeczywistości jest tylko dodatkiem do sprzedawania. i można oceniać sens jej istnienia posługując się prostym parametrem: "zwiększa sprzedaż" (wtedy jest ok), "nie zwiększa sprzedaży" (wtedy nie jest ok). w tym światopoglądzie istnienie ludzi jest usprawiedliwione tylko dlatego, że ludzie kupują. no, jest jeszcze kasta "marketerów", którzy mają wyższą rację bytu (nie mówiąc o racji żywnościowej), gdyż sprzedają. ale i oni są tylko o tyle istotni we wszechświecie, o ile się przyczyniają do wzrostu entropii/sprzedaży/page ranku/ruchu na stronie.
      • stąd te blogi są takie drażniące. jak to. tyle tych stron ludzie piszą, a jak to się ma do sprzedawania? czemu tak bujnie rozkwita ta blogosfera i tak się marnuje nie sprzedając?
      • mam wrażenie, że wiele osób patrzy na blogosferę, śliniąc się jak koleś z branży outodoorów na widok pustego skrzyżowania, gdzie przecież można by jeszcze postawić billboard. albo jak alfons patrzący na kobietę: taka ładna i jej ciało się marnuje. a przecież mogłoby ZARABIAĆ. na co to to żyje, jak nie zarabia!?
    • proszę nie traktować tego zbyt radykalnie. wcale nie uważam, że z ulic powinny zniknąć wszelkie billboardy a z blogów wszelkie reklamy. zresztą sam używam bloga jako nośnika reklamowego. umiar, tylko umiar nas ocali i nie pozwoli się skurwić.
czwartek, 15 listopada 2007
  • popularny blog (?) read/writeweb, który osobiście cenię sobie bardzo wysoko (być może jest najciekawszym blogiem spośród tych, które czytam)
    • a znak zapytania świadczy tylko o tym, że rww wykracza poza ramy bloga i to nie tylko tego względu, iż jest pisany przez całą grupę profesjonalistów: nie wykracza poza ramy bloga jedynie jako całość, ale także przez to, że notki, które można tam znaleźć przypominają niekiedy streszczenia raportów analitycznych
  • rozpoczął cykl o blogowaniu. pierwszy wpis zatytułowany jest: "kto bloguje i dlaczego?" i poza wieloma ciekawymi danymi na temat wielkości blogosfery i dynamiki jej wzrostu, zawiera również wiele informacji związanych z pasjonującym wielu tematem "zarabiania na blogach".
  • autor wpisu zauważa, że nawet nie wszystkie blogi mieszczące się w top 100 technorati to blogi stricte profesjonalne. profesjonalnie blogować można jedynie spełniając dwa warunki:
    • po pierwsze trzeba trafić w odpowiednią nisze. są nisze, które, choć być może interesujące, w najbliższym czasie nie zapewnią utrzymania nawet najlepszym blogerom, którzy się w nich osiedlili. są też takie, które "względnie" łatwo pozwalają zarobić na prowadzeniu bloga (np. gadżety)
    • po drugie trzeba być najlepszym. w "bogatszych niszach" można być drugim, trzecim, a wyjątkowo czwartym najpopularniejszym blogiem.
  • co z resztą? dlaczego pozostali internauci blogują? oczywiście cześć z nich (większość) robi to z potrzeby ekspresji. część robi to, by dać wyraz przekonaniom politycznym czy religijnym. a jest też grupa, która bloguje, bo ma jakieś hobby lub interesuje się jakąś dziedziną. dla tych osób blog jest jakimś tam źródłem dochódów, z pewnością nie stanowi jednak podstawowego źródła utrzymania.
  • zapewne zgodnie z zasadą długiego ogona, to ta właśnie grupa zarabia (w sumie) równie dużo jak profesjonalni blogerzy z "listy a".
  • rzadko mi się zdarza po prostu streszczać wpisy z innych blogów, niewiele dodając od siebie, ten jednak zasłużył na takie potraktowanie. a wygląda na to, że to dopiero początek: rww planuje cały cykl tekstów o blogach. zapowiada się interesujący tydzień i duuużo do czytania.
środa, 14 listopada 2007
  • przyznam, że niewiele wiedziałem o joggerze (w porównaniu z osobami, które używają go od dawna). testowałem joggera przez dość krótki czas i muszę powiedzieć, że wrażenie jakie zrobił było bardzo pozytywne. kiedyś próbowałem nawet pisać książkę o polskich platformach blogowych, porównywałem różne z nich i z tego co pamiętam (a chyba się niewiele zmieniło), żadna nie miała aż takich możliwości jak ma jogger.
    • zdaję sobie sprawę, że funkcjonalności same w sobie nie tworzą sukcesu, vide mój nieszczęsny blog.art.pl, napisany w średniowiecznym perlu, z którego jakoś użytkownicy nie chcą zrezygnować mimo braku ficzerów.
  • dziś trochę pobuszowałem po zapleczu joggera i pozytywne wrażenie tylko się pogłębiło. sporo ładnych szablonów, do tego bardzo głęboka możliwość ingerencji w kod (i to o wiele prostsza niż w przypadku wordpressa, nie mówiąc już o hostowanym wordpress.com). sprytna metoda zapewnienia większej intymności przez system poziomów, trackbacki, pingowanie serwerów, obsługa openid (która nie chce mi działać, ale mniejsza)... no i możliwość pisania przez jabbera.
  • o jabberze napisałem na samym końcu. celowo.
  • tymczasem twórcy serwisu odwracają kolejność. "jogger, bloguj przez jabbera". "podaj swój jabberid". "lepsza alternatywa".
  • jak patrzę na główną stronę, to żaden z wpisów nie wygląda na dodany przez jabbera. są trochę za długie i raczej zbyt "poformatowane" jak na możliwości klientów jabbera. o co więc to całe zamieszanie? jest fajna platforma blogowa, a prezentuje się ją jako dodatek do komunikatora? nie mogę tego za bardzo zrozumieć. ale wydaje mi się, że właśnie takiemu postawieniu sprawy jabber zawdziecza swoją elitarność (czyt: względnie niedużą liczbę użytkowników).
    • tak, czytałem wyjaśnienie.
      • czytam też opis jak dodawać notki przez jabbera, z całą składnią dodatkowych poleceń... ktoś tego używa?
  • żeby nie było, że mój wpis jest inspirowany przez firmę dla której pracuję, to przykład właśnie z gg. ostatnio instalowałem sobie oryginalnego klienta i przyznam, że trudno mi było wyjść z szoku po przeczytaniu tekstu, jaki jest serwowany przez instalator. otóż instalator informuje (nie mam teraz screena), że właśnie instalujesz taki program, który pozwala wysyłać smsy do znajomych. aha, jeszcze pozwala z nimi rozmawiać.
    • tak, wiem jaka jest geneza gg (program do wysyłania sms z komputera), ale to było wieki temu!
  • na co joggerowi ten jabber? czy nie można pisać bloga na tej platformie nie mając komunikatora? nie mam zielonego pojęcia. ale i tak jestem pod wrażeniem możliwości tej platformy. z jednej strony: tak trzymać. z drugiej: może warto odpuścić?
11:35, reuptake
Link Komentarze (32) »
wtorek, 13 listopada 2007
  • można się trochę z opensocial, czy z facebook platform ponatrząsać, można się popisać zblazowaniem ("a kogo to obchodzi", "po co cały ten szum"), można też po prostu pominąć to, co dzieje się za oceanem milczeniem.
    • a dzieje się, bo jak nie android, to openbox.
  • o ile jeszcze dokonania web 2.0 można było względnie prosto klonować, czy też parodiować (w czym specjalizuje się np. interia), to z zalążkiem web 3.0, jaki stanowią kooperujące ze sobą serwisy już nie pójdzie tak łatwo.
    • btw: zobaczcie na intelektualnym zbieractwie, jak przewidywałem następny krok w rozwoju sieci. i co? myliłem się bardzo? nie chodzi o konkretne nazwy, ale o kierunki rozwoju.
  • polska sieć znajduje się na etapie 1.5. mamy pięć pobańkowych portali (a wszyscy mówili, że rację bytu mają 2-3), kilka serwisów społecznościowych o bardziej "webdwazerowej" charakterystyce i trochę drobnicy. i na razie wszyscy są zadowoleni, zwłaszcza firmy prowadzące portale, które skutecznie wychowały swoich odbiorców (i reklamodawców, karmiąc ich milionami z megapanelu).
  • problem jest taki, że o ile przez jedną epokę dało się życie przedłużyć ich dominację, to kiedyś te dinozaury będą musiały oddać pola. już chyba wiadomo komu/czemu. na razie wszystkie krzywe rosną, a granice są bezpieczne. no, wdarło się google, ale portale są "nasze", allegro oparło się ebayowi, działania bebo czy otwarcie polskiego aol nie wydają się zagrożeniem. jak długo jeszcze?
  • jeśli okaże się, że spełnione będą dwa warunki:
    • 1) światowi potentaci zaczną dostrzegać potencjał rynku (a chyba zaczną, bo jest on mimo wszystko spory) i zlokalizują oni swoje serwisy
    • 2) ich systemy będą połączone wspólnymi api
  • możemy mieć do czynienia z wielkim wymieraniem (zwłaszcza marek), przejęciami i fuzjami (bankructw nie przewiduję). niektóre firmy przestaną budować wielkie platformy i będą musiały zadowolić się tworzeniem popularnych widżetów. inne zamienią się w dostawców treści.
  • chodzi mi o to, że o ile w 2000 onet czy wp mogły skutecznie konkurować z serwisami typu msn czy yahoo
    • a ściślej: nie musiały z nimi konkurować
  • a w 2004 grono mogło zupełnie dobrze czuć się na tle friendstera
  • to wskażcie mi dziś w polsce konkurenta dla facebooka?
    • albo, jeśli opensocial wypali, dla połączonych sił myspace, bebo, linkedin, hi5 i 100 mniejszych serwisów tworzących opensocial?
  • i przed tym nie ma ratunku. dla facebooka powstaje pewnie tygodniowo więcej aplikacji, niż kiedykolwiek powstanie dla grona. kiedyś można było stworzyć "polskie yahoo", czy "polskie linkedin". tworzenie "polskiego opensocial" to mrzonka. kiedyś był taki polski edytor tekstu, nazywał się "tag". były też i konkurencyjne produkty. kto o nich pamięta? globalizacja, panie. tak, panie prezesie...
22:36, reuptake
Link Komentarze (19) »
piątek, 09 listopada 2007
  • fantastyczny pomysł na serwis: foamee pozwala ci wreszcie wywiązać się z tych wszystkich obietnic o stawianiu piwa. koniec z rzucaniem słów na wiatr. to znaczy, możesz nadal szastać obietnicami, ale nie na twitterze.
  • w skrócie działa to tak:
    • serwis oparty jest właśnie na twitterze
      • choć można podobny pomysł zrealizować np. na blipie, z pewnością postawie piwo komuś, kto to zrobi!
    • jeśli chcesz komuś z jakiegoś powodu postawić piwo, informujesz o tym odpowiedniego użytkownika twittera
      • który nazywa się ioubeer.
    • i to właściwie tyle. potem na stronie foamee możesz sprawdzić, komu i ile piw obiecałeś.
  • nie zdziwie się, jeśli pomysłodawcy zarobią zaraz na dealu z jakimś Anheuser-Busch czy Millerbrewing sporo kasy. ja na miejscu szefów promocji tych firm postawiłbym ludziom z simplebits co najmniej beczkę. na razie firma zarabia sprzedając bardzo śmieszne podkładki pod kufle i mniej śmieszne koszulki.
  • na marginesie: ciekawe, czy tego modelu nie da się przerobić na coś podobnego do ostatnich pomysłów reklamowych facebooka. w końcu taka informacja to rodzaj reklamy i rekomendacji. ale na razie facebookiem zajmują się prawnicy, new york times poinformował, że być może social ads łamią prawo stanu nowy york. być może i twitter będzie musiał częściowo blokować foamee, tak, by nie można było proponować piwa nieletnim (co w usa oznacza wiek poniżej 21 lat).
18:21, reuptake
Link Komentarze (4) »
  • a skoro już jesteśmy przy blogach, reklamie i tym podobnych, to będzie o facebooku.
  • przestraszyliście się? ok, nie będzie o facebooku. przynajmniej nie tym razem.
    • ale jeśli chcecie się dowiedzieć, jak będzie wyglądać następne 100 lat w mediach
      • jak zauważył niezawodny nick carr, szef facebooka utożsamia media z reklamą, co carr podsumowuje parodiując mcluhana: "the medium is the message from our sponsor".
    • to przemek komorowski napisał na ten temat wyczerpującą notkę.
  • do takich wynalazków musimy dojrzeć. na razie jeszcze rządzi reklama ekstensywna, czyli potraktujmy 100% userów naszym przekazem, to i 5% tych, którzy są klientami, znajdzie się wśród nich. trochę się drapię po głowie, jak widzę jak na jednym z bardziej młodzieżowych portali wyskakują popupy nawołujące do zainteresowania się emeryturą, ale to nie mój problem.
  • chciałem się trochę przyjrzeć serwisowi krytycy.pl. dla tych, którzy jeszcze nie wiedzą, krytycy.pl przedstawia się jako serwis, który łączy reklamodawców z blogerami. z tym że reklamodawcy nie zamieszczają na blogach reklam: blogerzy piszą na ich temat notki.
    • ta "subtelna: różnica pokazuje, jakie apetyty ma branża reklamy. każde nowe medium jest zawłaszczane bardziej. o ile w papierowych pismach reklamy funkcjonują gdzieś obok tekstu, to naszych portalach one po prostu tekst zasłaniają. target się uodpornił? wymyślmy coś innego. niech treści reklamowe stanowią treść bloga.
    • to, co w mediach tradycyjnych byłoby raczej nie pomyślenia (wyobraźcie sobie, że na jednej stronie żakowski czy ziemkiewicz pisze tekst na wybrany przez siebie temat, a zaraz obok, pod nazwiskiem, odwala zlecenie jakiejś firmy), na blogach być może przejdzie. popatrzcie notkę niżej.
  • notki te kupowane są albo na wybranych blogach, albo hurtem. można określić też ile słów ma zawierać notka i jaki pagerank ma mieć blog.
    • rodzi się we mnie silne podejrzenie, że często bardziej chodzi tu o pozycjonowanie strony klienta niż o sam tekst reklamowy. zwłaszcza, że reklamodawca może narzucić konieczność umieszczenia w treści słowa kluczowego i linku do strony.
  • twórcy serwisu krytycy.pl mają na to antidotum. tak przynajmniej im się wydaje. są to zasady etyki blogerwertajzingu. najważniejszy jest chyba pierwszy punkt, który mówi: "Jeżeli Bloger pisze artykuł o charakterze komercyjnym musi bezwzględnie zaznaczyć to wyraźnie i widocznie w tym samym poście ale nie w samej treści artykułu."
  • no i pięknie. zostawmy już pytanie, czemu nie w treści... tylko jak to wygląda w praktyce? ano różnie. przejrzałem sobie pięć wpisów do których linki są na głównej stronie krytycy.pl i np. pierwszy z nich wygląda tak (pewnie NSFW, bo jest coś o sterczących sutkach). jeśli to jest "wyraźne i widoczne" oznaczenie (te jakieś strzałeczki na dole artykułu, które mogą oznaczać dosłownie wszystko), to nikt mnie nie przekona, że czarne jest czarne itd itd.
    • tu chciałem dodać, że te artykuły są sprawdzane przez serwis, więc nie jest to zwykłe "nadużycie" dokonane przez autora. jak widać to, czy bloger zaznacza coś "bezwzględnie" nie jest "bezwzględnie" sprawdzane.
  • jedyne? nie. równie "wyraźnie" oznaczony jest np. ten wpis. chociaż on akurat jest krytyczny, co rzadkie.
    • w serwisie jest funkcja czarna lista, gdzie reklamodawca może sobie krytykanckie blogi kolekcjonować ;-)
  • pozostałe notki mają oznaczenie tekstowe, że jest to notka sponsorowana. tylko, że umieszczone jest ono na samym dole wpisu. czyli czytelnik dowie się o tym już po jego przeczytaniu. a jak przerwie lekturę w połowie, to się nie dowie wcale.
  • nie wydaje mi się, żeby oznaczenia te spełniały kryteria "wyraźności". mam też jednak wrażenie, że można (o ile faktycznie jest taka chęć) te niedoróbki wyeliminować. trzeba by chyba opracować gotowe pliki graficzne lub fragmenty kodu i nakazać ich wklejanie przed tekstem reklamowym. bo dla każdego wyraźne jest co innego, najwyraźniej.
    • mam tylko wątpliwości do tej chęci i coraz silniejsze przekonanie, że tak naprawdę, liczy się tylko seo. a po lekturze tego wpisu jest to przekonanie graniczące z pewnością.
czwartek, 08 listopada 2007
  • znany z niekonwencjonalnych kampanii reklamowych operator play
    • "prawie pokazaliśmy w reklamie cycek!"
    • "zrobiliśmy pierwszą reklamę wywołującą odruch wymiotny! "
    • "broszura wykorzystująca motywy sado-maso pokazuje perwersyjną przyjemność korzystania z naszej sieci!"
  • postanowił tym razem spróbować reklamy wirusowej.
  • widać, że szkolenia zostały zaliczone. reklama wirusowa, taaa, to trzeba filmik na youtube'a. no ok. jest filmik na youtube. na filmiku goście w kominiarkach z "ABC" na plecach aresztują rzecznika firmy. no baaardzo zabawne. i niczym nie grozi, w końcu rząd już się pakuje. baaardzo śmieszne. na pewno wszyscy sobie będą to przekazywać.
    • a może nie? może wcale nie śmieszne? może nikt w to nie uwierzy?
  • jeszcze jest ta, no, jak jej tam. blogosfera. i są te, wicie, badania, że ludzie tym blogom, to wierzą. bardziej niż telewizji nawet.
  • a blogosfera nóżki rozkracza szeroko. play with me. i pojawiają się nagłówki: "Marcin Gruszka, Rzecznik Prasowy Play, zatrzymany!!!". albo, dla odmiany: "Play: Marcin Gruszka zatrzymany". a poniżej tekst:
    • Wyżej wymieniony został dzisiaj (08.11) zatrzymany w godzinach porannych. Spółka powstrzymuje się od wszelkich komentarzy w tej sprawie do odwołania.
  • nie chcę nawet wnikać, czy ktoś za to płaci, czy nie. czy uczestniczenie w kampanii reklamowej play jakoś dowartościowuje finansowo, czy tylko emocjonalnie. w każdym razie, dopóki reakcja na polskich blogach na tego typu akcje playa nie będzie wyglądać tak:
    • "Nowa reklama Play: Film pokazujący rzekome zatrzymanie rzecznika firmy umieszczony na YouTube"
  • nie możemy mówić o tym, że dajemy się poważnie traktować.
    • update: w serwisie pasjagsm jest informacja o tym, że to materiał reklamowy, aczkolwiek nie przesadnie rzucająca się w oczy. o sprawie pisze też adblog.
  • wprawdzie ostatni komunikat spółki mówi o spadającym zysku, ale podkreśla, że nowe inwestycje wymagają kosztów, a żniwa będą zbierane w kolejnym roku.
  • ostatnim serwisem, który odpaliła interia jest smaker. ma być to "społecznościowy" (oczywiście) portal kulinarny. tych społecznościowych portali jest już tyle, że niedługo interia będzie musiała wdrożyć jakąś własną wersję opensocial, żeby witryny jakoś mogły ze sobą rozmawiać.
    • na razie jest na etapie tworzenia katalogu, a'la yahoo, choć chyba powoli już przydałaby się wyszukiwarka.
  • ale żarty na bok. interia się spieszy, diabeł się cieszy, można sparafrazować stare powiedzenie. jak można wytłumaczyć takie zachowanie? (via jogger iskanny)
    • już czekam na te tłumaczenia, że przepraszamy, ktoś podesłał, bla bla, fakturka od agencji pr za pomoc w drobnej sytuacji kryzysowej
  • jak tak dalej pójdzie, to w następnym roku nie będzie lepiej. zmieni się po prostu struktura kosztów.
14:04, reuptake
Link Komentarze (7) »
 
1 , 2