pisz się na to
zgrzyt

OpenID.pl


LinkedIn
RSS
sobota, 29 listopada 2008
  • nie byłem na debacie dotyczącej "piractwa", która odbyła się w siedzibie wyborczej. trochę żałuję, trochę nie. poziom manipulacji, jak wynik z zapisu dyskusji, był naprawdę wysoki. zaczęło się od stałej mantry "piractwo to kradzież, a kradzież jest zua". taka sobie manipulacyjka językowa, która jest rytualnym chwytem w tego typu dyskusjach, bo na gruncie prawnym to bzdura, ale kradzież rozumie każdy, także ci, co krzyczą "złodzieje! złodzieje!" pod dowolnym urzędem.
  • te ograne sztuczki przebił p. kamil przełęcki z agory, były producent filmowy, współpracujący z andrzejem wajdą, obecnie kierownik. wygłosił na przykład taką myśl, że "chyba każdy twórca chciałby, żeby jego dzieło poznawano w pierwotnej formie"
  • so fuckin' what? bach chciałby, żeby jego utwory brzmiały tak jak je zagrał, jezus chciałby, żeby jego kazanie na górze ukazało się "w pierwotnej formie" (z drm), a twórcy pomników w starożytnej grecji zapewnie nie zgodziliby się na ich przewiezienie do british museum, ja zaś bym chciał, żeby moje wpisy czytano na skalibrowanych monitorach eizo, "with some fava beans and a nice chianti".
  • kamil przełęcki wie (!) co chciałby każdy twórca. nie wie natomiast, że całe dziedziny twórczości są jednym wielkim remiksem (polecam mu prezentację jeremiego keitha z rebootu). o ile nie jest nim w ogóle cała kultura.
  • "to naruszenie integralności dzieła!" grzmi. straszne, straszne! a od kiedy to dzieła są takie integralne? od 100 czy 200 lat, a co to jest 100 czy 200 lat... chwilka. która być może właśnie się kończy.
  • na koniec jednak wymierza sam sobie taki #strzał_w_stopę_roku, że aż powinno być to gdzieś odnotowane, w jakiejś wielkiej księdze strzałów w stopę.
  • "na czym ma polegać edukacyjna korzyść z remiksowania Pana Tadeusza?" pada pytanie.
  • na tym, na czym polega korzyść miksowania mazurków (wielokrotnie przemiksowanych przecież wcześniej) przez chopina, przysłów przez anonimowego autora "księgi przysłów", czy motywów włoskiej architektury renesansowej przez budowniczych krakowskich sukiennic. miałem wrażenie, że jest to dość oczywiste.  mógłbym odpowiedzieć pytaniami, niegrzecznie: jaka jest wartość dzieła, jeśli nie można go miksować? albo: jaka jest strata z miksowania Pana Tadeusza?
  • ale ja mam inną propozycję.
  • może pan zada to pytanie andrzejowi wajdzie, którego filmy pan produkował przez wiele lat, więc pewnie się znacie: jaka jest korzyść z tego, że mógł sobie on dość dowolnie tekst pana tadeusza zmiksować w filmie "pan tadeusz"? ("Odejście od oryginału zaznacza się m.in. w warstwie językowej, choć postaci nadal będą mówiły wierszem. Dialogi, opracowane przez Piotra Wereśniaka, są skrócone i zagęszczone. Znikną liczne opisy przyrody, tak charakterystyczne dla "Pana Tadeusza")
  • jest jakaś korzyść czy jej nie ma? powinni tego zabronić? to piractwo, gwałt, kradzież czy morderstwo? spytano mickiewicza o zdanie? mickiewicz chciał tego, czy nie? to za to siedzi producent tego filmu? chyba nie, prawda?
21:06, reuptake
Link Komentarze (35) »
wtorek, 25 listopada 2008
  • firma tworzy sobie komunikat prasowy
  • i co się dalej z nim dzieje? ach, trafia on do (baczność) blogosfery! (spocznij). wolnych obywatelskich mediów, piątej władzy, sumienia internetu, gejzera kreatywności, medium marketingu konwersacyjnego. i tam poddana jest krytycznej analizie: milcząca większość, "my, te media" przejmuje głos, marketing już nie jednokierunkowy tako rzecze kaznowski i wszyscy święci, potrzeba nowego pijaru 3.0, stare media są martwe, nowe media sa stare, webstar dla wszystkich, którzy trafili na okładkę time'a!
  • teraz widzicie na czym to polega, ta nowa epoka globalnej komunikacji! już nie można po prostu, ot tak sobie wysłać komunikatu do mediów. trzeba się liczyć, że sieć jest "read/write". twój komunikat będzie przetworzony, wymknie się spod kontroli.
  • na przykład: dopisane zostaną dwa znaki zapytania, choć ich tam nie było! albo "innowacyjną i premierową" zastąpi samo "premierową". albo na końcu dopisze trzy zdania komentarza. żyjemy w nowej epoce, dzięki nowej jakości, jaką stanowią blogi.
17:53, reuptake
Link Komentarze (19) »
poniedziałek, 24 listopada 2008
  • mam takie dziwne wrażenie, że na rynku porównywarek cen dochodzimy do krytycznego punktu, w którym ten rodzaj serwisu internetowego straci swoją nazwę generyczną, a przyklei się do niego brand jednego z graczy. konkretnie ceneo. to wrażenie nie jest oparte na żadnych przesłankach, poza tym "co się słyszy". a słyszy się "porównam na ceneo" ("cenele" - to też się słyszy). tak jak kiedyś słyszało się o aukcjach internetowych, a potem już tylko o allegro.
  • zerknąłem na alexę

  • i moja intuicja zdaje się potwierdzać (tak, wiem, że alexa jest niemiarodajna, ale megapanel zaczyna coraz bardziej przypominać internet archive, publikując dane z września w momencie, gdy jingle bells zaskakuje radiowców, a zima drogowców).
  • to bardzo niebezpieczny moment przesilenia dla tej branży. skąpiec wykonuje dość paniczne ruchy, onet tworzy pasażo-porównywarkę, radar sięga po broń ostateczną: bezpłatne usługi (przypominam, że na świstaku też jest za darmo, a gdzie świstak, gdzie allegro...), nokaut jak umocnił we wrześniu, tak jakoś drgnąć nie chce. to ostatnia chwila, kiedy można coś jeszcze zwojować, później pozostanie chyba tylko specjalizacja, szukanie nisz, ewentualnie jakieś hybrydy, w stylu tej onetowej. a może się mylę i karty nie są jeszcze rozdane?
  • i drugi temat do dyskusji: internetowe "walkmany", czyli uogólnione brandy. czy tylko mi się wydaje, że w internecie tego typu zjawisko daje znacznie większe przewagi niż w realu? w realu marka znacznie łatwiej odrywa się od producenta. a w internecie jest jakby ściślej sklejona (wyobrażacie sobie, że ktoś mówi "allegro" o innym serwisie aukcyjnym?)
  • ps. disklajmer pracuję w firmie, która ma z allegro wspólnych właścicieli. niestety, nie wysyłają nas oni na degustacje południowoafrykańskich win w zamian za pisanie takich wpisów.
20:29, reuptake
Link Komentarze (31) »
piątek, 21 listopada 2008
  • pewnie wszyscy już wiedzą, że google uruchomiło searchwiki (działające tylko w angielskiej wersji interfejsu wyszukiwarki). jeszcze nie miałem czasu na zapoznanie się ze wszystkimi możliwościami tego rozwiązania, wykopałem tylko sobie w akcie bezwstydnej autopromocji netto na górę
  • ale wydaje mi się, że może być to prawdziwa rewolucja, zwłaszcza dla seo. tylko mi się tak wydaje? wydaje mi się?
  • więcej informacji w notce piotrka zalewskiego (piotrek, zostałeś oficjalnym blogerem google'a na polskę, czy to tymczasowy przydział?) oraz na "wszystkich dobrych blogach"
  • ps. jakiś tydzień temu kombinowałem nad podobnym pomysłem, czymś w rodzaju zapisywacza wyników wyszukiwania google'a, z możliwością ich przestawiania, mam świadków. to chyba trzecia czy czwarta rzecz, o której myślałem w tym miesiącu i którą zaraz ktoś zrobił. myślę o wielkiej hossie na giełdach i światowym pokoju, proszę nie przeszkadzać!
  • a póki co, możecie wykopać tego newsa. na razie na wykopie, choć i na google'u też możecie :)
13:12, reuptake
Link Komentarze (13) »
  • napiszę o dziesięciu serwisach, które zrobiły na mnie dobre wrażenie. dziesięć, to chyba całkiem sporo. w prezencie nietrafione rady ;) i krótkie, kilkuwyrazowe opisy serwisów - coś czego mi brakowało bardzo, a co startupom może się naprawdę przydać.
    • redlink: narzędzie wielokanałowego marketingu b2b. dlaczego: atrakcyjny rynek, działające narzędzie, pozyskani klienci. zdecydowany faworyt w kategorii bezpiecznej inwestycji o dobrej stopie zwrotu i w mojej osobistej klasyfikacji ogólnej. nuda ;-)
    • e-podróżnik: informacje o połączeniach w komunikacji krajowej i jakdojade.pl: informacje o połączeniach w komunikacji miejskiej. dwa podobne serwisy, jeden skupiony na skali "mezo" (bo "makro" to wyszukiwarki połączeń lotniczych, zobaczcie jaka tam konkurencja, czyli jest o co się bić), drugi w skali "mikro"). pierwszy zaimponował mi różnorodnymi pomysłami na rozwój biznesu. nie tylko "stronka", ale także sprzedaż informacji innymi kanałami. poza tym w połączeniach na większą skalę jest większa kasa, a potrzeba jest bardzo realna (jeśli serwis znajdzie mi np. miks połączenia kolejowego, autobusowego i mikrobusowego - pełen szacun). drugi zaś posiada unikatowe kompetencje, jeśli chodzi o algorytmy i bardziej skupiona grupa docelowa (łatwiej dotrzeć np. tylko do poznaniaków i dać im dobrą usługę, skupiając się na tym rynku, niż od razu działać w skali kraju).
    • fasolkowo: serwis agregujący oferty zniżkowe dla studentów. świetny pomysł, potencjalna maszynka do zarabiania konkretnych pieniędzy. problem nr 1: musicie stworzyć rynek, przekonać firmy, żeby takie oferty stworzyły. problem nr 2: chociaż niby strona jest atrakcyjna (mówicie, gdzie student może mieć coś tam taniej), nikt nie nią nie przyjdzie. ok, przesadzam, ale tak załóżcie. i postarajcie się być w internecie tam, gdzie są studenci, a nie ściągąć ich do siebie. program partnerski, widżety, kooperacja z kim się da. rekomendacje w sieciach społecznych ("a wiecie, że mam zniżkę w ..."). itd.
    • flux: klient poczty, kalendarz i prosty crm dla grup roboczych, szuku: agregator informacji o osobach, belysio: mobilny serwis społecznościowy. co łączy te serwisy? zaawansowane, jak na polskie warunki technologie, dzięki czemu mają one potencjał także poza naszym krajem. same technologie są tu barierą konkurencyjną, ale są też piętą achillesową tych serwisów. imponuje mi interfejs fluxa, imponują mi algorytmy i złożoność problemów, które chce rozwiązać szuku, imponuje mi wiedza twórców belysio o eksplodującym rynku zastosowań technologii mobilnych. a z drugiej strony myślę sobie... o boże, a jeśli oni wszyscy narobili się na darmo? jeśli ich zaplecze technologiczne wyprodukuje coś, czego nikt nie będzie chciał używać? albo zje ich konkurencja? to może lepiej już zrobić coś prostszego (czyt.: mniejszym kosztem)? jednak moje wewnętrzne przywiązanie do rzeczy dopracowanych, ładnych i niekonwencjonalnych bierze górę. ja bym zainwestował w każdy z tych pomysłów, albo raczej: w każdy z tych zespołów.
    • tubeplayer: wideo clipy uporządkowane dzięki playlistom. jeśli nikt na coś podobnego jeszcze nie wpadł, może być hit na światową skalę. na muzyce niejeden myspace zbudowano. kompletne przeciwieństwo takiego redlinka: serwis wybitnie konsumencki, sensowne przychody dopiero daleko na horyzoncie, ryzyko duże (ale pewnie inwestycja mała). a jednak to może być świetny gadżet. macie już aplikację do facebooka? wklejkę do myspace? sugerowałbym bardzo szybki rozwój nowych funkcjonalności, bo pomysł łatwy do skopiowania. ps. nie lubię linkin park a pierwsze wrażenie się liczy;)
    • ecoosystem.com: platforma kooperacji dla innowatorów, wizjonerów, naukowców i przesiębiorców. gdyby ecoosystem pojawił się w wielkiej brytanii, czy choćby w danii, którą powierzchownie poznałem przy okazji rebootu, na pewno by się przyjął. ten sposób myślenia, który reprezentują bardzo sympatyczni twórcy serwisu, myślenia w kategoriach kooperacji, działań nastawionych nie tylko na make-money-fast, jest tam dobrze zakorzeniony. w polsce? nie wiem, a sporo o tym myślę, bo roi mi się gdzieś po głowie impreza inspirowana rebootem, ale tu i teraz. może znalazłem partnerów do jej realizacji? jeśli nawet nie, to widzimy się w kopenhadze w czerwcu, prawda? aha, tylko niech strona, której screenshoty pokazywaliście, będzie prostsza, ładniejsza, bardziej przejrzysta. niech reprezentuje wartości jakie wami kierują.
  • to tyle wrażeń z democampu. jeszcze raz dziękuję organizatorom za organizację imprezy i za zaproszenie, mam nadzieję, że jako komentatorzy sprawdziliśmy się nie gorzej niż twórcy startupów, zwłaszcza, że przynajmniej część z nas (do której ja także należę), mogłaby się z niektórymi przedsiębiorcami zamienić miejscem.
  • a teraz do pracy.
  • jedna ciekawostka na deser: techcrunch prezentuje startupy z belgii. ciekawe porównanie. 
  • po całym dniu na democampie łagodnie mówiąc mam co robić, ale nie mogę się oprzeć potrzebie napisania notki. będą to raczej mało uporządkowane wrażenia, dystans przyjdzie z czasem.
  • zacznę od otoczki. najpierw szacun i rispekt dla netguru za organizację imprezy. na pewno kosztowało ich to wiele wysiłku i  udało się w 99%. żeby jednak im pomóc przy następnych edycjach, wypunktuję kilka rzeczy, które dobrze byłoby poprawić, a właściwie jedną rzecz, czyli salę. nie wiem do końca dlaczego, ale było tam coś takiego, że energia zamiast się skupiać, ulatniała się i rozpraszała. nam, komentującym, brakowało odsłuchów. dzwięk rozchodził i się i ginął. ludzie też rozłazili się na boki. piętro funkcjonowało oddzielnie itd. zdaję sobie sprawę, że wielkiego wyboru zapewne nie ma, ale jeśli znaleźlibyście coś lepszego, to byłoby to z pożytkiem dla imprezy.
  • przejdźmy do samych startupów i ich prezentacji. zacznijmy od prezentacji. niestety, nie jest rewelacyjnie (mówię tu o średniej). 5 minut... mi zawsze wydawało się, że mógłbym o swoim pomyśle opowiadać w nieskończoność i to ciekawie. niestety, przy wielu prezentacjach 5 minut ciągnęło się jak wieczność, a prezentujący wolałby, żeby to były 3 minuty. wiem, że dawanie rad startupom stało się rytualną formą mądrzenia się na blogach, ale i ja włączę się w ten rytuał:
    • nie przepraszaj. nie przepraszaj, że żyjesz; nie przepraszaj, że się nie przygotowałeś; nie przepraszaj, że będziesz się streszczał, bo masz tylko 5 minut. jeśli nazwiesz publiczność bandą idiotów, ok, wtedy możesz przeprosić. ale nie przepraszaj za to, że robisz swój startup.
    • 5 minut. masz 5 minut i  przejdź nad tym do porządku dziennego. nie informuj o tym sali, nie informuj, że w związku z tym powiesz "wyłącznie o najważniejszych rzeczach", bo kłamiesz. mówiąc, że powiesz o najważniejszych rzeczach kłamiesz, właśnie w tym momencie. powiedz o najważniejszych rzeczach i tyle.
    • jakie są najważniejsze rzeczy? co (co chcesz stworzyć), kto (kim jesteście i dlaczego tobie/wam się uda).potem w zależności od pomysłu, możesz poprzeć go jakimś dlaczego (ktoś ma z tego korzystać). możesz wspomnieć o konkurencji, ale jak najkrócej, sygnalizując, że wiesz o jej istnieniu.
    • informacji o zespole bardzo mi brakowało w większości prezentacji. za to pojawiały się w każdej informacje o modelu biznesowym. dłuuugie listy czasem. "... i oczywiście będziemy też (trochę/w pierwszym okresie/no niestety/#wstydliwe_wyznania) zarabiać na reklamie."
    • jestem zwolennikem niemodnej tezy, że tam gdzie są ludzie, tam są pieniądze. i to zarówno chodzi o to, że jeśli zrobisz atrakcyjny dla wielu osób serwis, to w końcu go jakoś zmonetyzujesz (twitter jest wyjątkiem, potwierdzającym regułę, zresztą zobaczcie to), więc daj sobie spokój z modelami biznesowymi i poświęć ten czas na przedstawienie zespołu. gdzie są dobrzy ludzie, tam są dobre pieniądze. nawet jeśli wasz pomysł jest słaby, niemonetyzowalny itd. to wasze kompetencje są nadal cenne. może zrobicie coś innego, inwestor na was nie straci.
    • inna rzecz, gdy już zaczęliście sprzedawać. poinformowanie o wynikach jest chwytem wytrącającym wewnętrznemu krytykowi inwestora wiele argumentów. jeśli nie zaczęliście sprzedawać, możecie powiedzieć, ile osób odwiedziło stronę. ile zapisało się do wersji beta. pokażcie, że coś zrobicie, żeby nie tylko rzecz stworzyć, ale i zaoferować ją. zwłaszcza, jeśli ma być to fafnasta baza ofert.
    • zdefiniuj cel prezentacji. możesz o nim wspomnieć ("nazywamy się spreadsheeter.pl, zrobiliśmy arkusz kalkulacyjny online, szukamy inwestora"). było kilka prezentacji wczoraj, których cel był trudny do pojęcia. rekord pobił tu chyba spingo.pl, który zamiast prezentacji przedstawił performance, będący fajną reklamówką serwisu dla końcowego użytkownika. ok, wiem, że ekipa spingo ma poczucie humoru i swój produkt jest w stanie zaprezentować w niekonwencjonalny sposób. ale nie szukam agencji reklamowej, tylko chciałbym wiedzieć, czy to jest dobry produkt? sprzedano mi idee spotykania się "w realu"... a spodziewałem się, że sprzeda mi się firmę. to tak, jakby po prezentacji sklepu z oponami potencjalny inwestor wyszedł z kompletem opon. świetnie, ale ten model słabo się skaluje.
    • mówcie o technologii. przez 10 sekund, chyba, że jest wasza autorska i stanowi przewagę konkurencyjną.
    • passe: prezentacje w punktach. pytanie sali ("ile osób na tej sali ma zegarki? ... właśnie. otóż, zegarmistrzer.pl, to platforma..."), chyba, że sala sama będzie zaskoczona odpowiedzią. czytanie prezentacji z ekranu. bullshit-bingo ("pozytywne relacje", "usprawnienie komunikacji"). serwisy z ofertami.
  • z 20 prezentacji tylko z kilkunastu wyniosłem jasny obraz tego, czym dana firma chce się zająć (niezależnie od tego, czy wydaje mi się to dobrym pomysłem, czy nie). dobrym / złym przykładem jest tu firma seenext. wiem, że fotokody to coś bardzo na czasie. wiem, że zapewne twórcy tej platformy posiedli tajemniczą wiedzę z nimi związaną, ale co zamierzają robić... nie mam pojęcia. jak znajdą się na rynku pomiędzy operatorami, a klientami końcowymi? nie mam wiem. coś mi mówi, że to może być wielki hit i jednocześnie, że to może być jakaś totalna mrzonka. teraz oglądam stronę i widzę coś zupełnie innego, niż wyobraziłem sobie na podstawie prezentacji.
  • oczywiscie prezentacje to formalność. istnieje niezerowa szansa, że najgenialniejszy pomysł, zostanie przeoczony, gdyż zostanie źle zaprezentowany. jest jeden powód, dla którego inwestorzy przyglądają się prezentacjom: fakt, że (często) ta sama osoba, będzie musiała prezentować swój produkt klientom czy partnerom biznesowym. to główna przyczyna (pomijam przypadki, gdy firma ma być kupiona i wcielona w większą organizację). nie każdy ma talent do prezentowania. na miejscu inwestora byłbym szczerze zainteresowany ofertą ultra-geeka, który po 5 min. jąkania się na temat superzaawansowanej technologii własnego autorstwa powiedział "no... i... właśnie potrzebuję... inwestora... żeby następnym razem... prezentację poprowadził... ktoś, kto to potrafi".
  • prezentacje to nie wszystko. wynikiem democampu są opublikowane na stronie rankingi. od razu widać, że ranking "ekspertów" odbiega od rankingu "publiczności". można powiedzieć, że różnica ta jest wynikiem innego punktu siedzenia, innych oczekiwań. ale nie tylko. nie chcę wypowiadać się za innych komentatorów, ale przynajmniej ja obejrzałem wszystkie strony prezentowanych startupów, które są dostępne. widziałem nie tylko, co mówią, ale i co robią (co jest ważniejsze, jak myślicie?). i brałem to pod uwagę, oceniając potencjał przedsięwzięć. sam serwis mówi więcej o potencjale firmy niż 5 min opowiadania.
  • marudzę, bo taka jest moja rola. a prawda jest taka, że kilka firm ma tu spory potencjał i pokazało rzeczy naprawdę zasługujące na szacunek. i o nich będzie w następnym wpisie, zapraszam do lektury.
  • ps. dzięki za rozmowy w kuluarach, dzięki za współuczestników okupacji wagonów wars, rozmowy z wami były bardzo cenne i inspirujące, poważka. oraz blipie, dałeś radę!
12:30, reuptake
Link Komentarze (5) »
wtorek, 18 listopada 2008
  • kolejny z własnych pomysłów: serwis grupujący użytkowników innych serwisów, gotowych do (ew. odpłatnego) udzielania informacji na temat ich funkcjonowania.
  • pewnie rynek jest na to za mały, ale kto wie? ja mam ciągle potrzebę dowiadywania się jak działają rozmaite serwisy internetowe. czasem potrzebny mi ogólny obraz, tego jak serwis działa (tego mogę się - nie zawsze - dowiedzieć z wikipedii, crunchbase albo z killerstartups), czasem jednak potrzebuję bardziej szczegółowych informacji. oczywiście mogę czytać helpy i faki, ale to żmudne i nie zastępuje zapytania doświadczonego użytkownika "a jak działa na stronie X opcja 'dodaj do mojego albumu' i czym różni się od 'dodaj do ulubionych i kto właściwie widzi te albumy, etc, etc, etc'".
  • można też pomyśleć o rozszerzeniu tego na software (jeszcze cenniejsze, bo nie trzeba kupować danego programu, żeby dowiedzieć się, czy jest w nim jakaś potrzebna funkcja). oraz w ogóle poza dziedzinę it.
  • co myślicie?
22:04, reuptake
Link Komentarze (9) »
  • koniec roku to czas żniw dla firm handlujących rozmaitymi prezentami, które można rozdać pod choinkę. jest pewna firma, która zrobiła sobie niezły biznes z hurtowego sprowadzania kiczowatych statutek. biznes jest opłacalny, bo oparty jest o podobny model biznesowy jak sławne już podbij.pl: kupujący płaci za samą szansę wygrania. naprawdę jest to sprytne.
  • w tym roku jest jeszcze weselej niż w latach poprzednich. handlarze figurkami zrobili się tak pazerni, że potworzyli jeszcze więcej kategorii, niestety, przeceniając popyt. politycy cienko przędą i w związku z tym kategoria blogów politycznych została zmerdżowana z blogami biznes. nie udało się też znaleźć niczego w kategorii rtv/agd, w kategorii kultura mimo łaskawych zniżek konkurują ze sobą ledwie cztery strony... administracja publiczna tylko trzema stronami wspiera importera metalowych ludzików (za nasze pieniądze zresztą). ale i tak jest po prostu imponująco!
  • wgłębmy się trochę w te kategorie. oto w kategorii "blog biznes + polityczny" mamy pasjonującą walkę jednoosobowego bloga gwiazdorskiego z pisanym przez tysiące osób salonem24, zwanym przez niektórych psychiatrykiem24. dawid czy goliat? kto wygra?
  • to jeszcze nic w porównaniu z kategorią "blogi prywatne". tym razem udało się przebić trzyosobowego człowieka roku. otóż w tej kategorii (definicja za organizatorami: "Rodzaj strony internetowej, na której autor umieszcza datowane wpisy, pisany przez osoby prywatne lub grupy osób, poświęcony sferze prywatnej, pasjom, blogi amatorskie.") startuje między innymi taki twór, który twierdzi, że jest-blogerem. tenże twór jest tworzony przez wydawcę ("studio dwa na trzy"), ma też zarządzający podmiot: "GTK Project". jeżeli ten serwis jest blog prywatnym, według jakiejkolwiek sensownej definicji, to webstar jest prestiżową nagrodą. według jakiejkolwiek sensownej definicji.
  • przeskoczmy do kolejnej kategorii ze słowem "prywatny": strony prywatne. tutaj z kolei powinniśmy głosować (1,22 zł z VAT) na "niekomercyjne witryny osób prywatnych, hobbystyczne, tematyczne, nie mające na celu korzyści zarobkowych ani wizerunkowych" (znów definicja za organizatorem). i tu rośnie m.in. taki kwiatek. oczywiście, reklama serii kosmetyków na stronie kingi rusin nie ma celów komercyjnych. oczywiście, poddana ciężkiej chirurgii photoshopowej twarz kingi rusin nie ma celów wizerunkowych. oczywiście, webstar jest prestiżową nagrodą. i nikt mi nie wmówi, że czarne jest czarne, a białe jest białe. rok temu najlepszą stronę prywatną zrobiła (sobie) agencja interaktywna, więc jaki problem?
  • wskażę jeszcze dwa wspaniałe zgłoszenia pochodzące z agencji netizens, które wyraźnie potrzebuje durnostojek na półkach. pierwsze to taka oto stronka (tak, prosty screen i kilka akapitów tekstu, webstar murowany). a drugie to chyba jakaś praca studyjna (bardzo ładna zresztą), skoro klient nie umieścił jej nawet w swojej własnej domenie. nie lepiej było zaczekać na następny rok? importerzy figurek nie mają nic przeciwko zgłaszaniu stron, które powstały wiele lat temu. zresztą ze stron, które mają dziwne adresy, można by stworzyć oddzielną kategorię. wygrałaby ją oczywiście strona: http://www.sport.pl/sport/0,89343.html. tak, taki adres zgłoszono, czemu nie. i nie zrobiono przy tym literówki! już za samo to należy się nagroda.
  • dwie prace w jednej kategorii to uznana taktyka (podobnie start jednej strony w dwóch kategoriach, za podwójną opłatą), stosuje ją z upodobaniem agora, która ma zresztą imponującą kolekcję figurek. ale można też stosować strategię uników. myślicie, że dzięki konkursowi dowiecie się, czy lepsza jest gazetpraca.pl czy pracuj.pl? nie dowiecie się. żeby agora była syta (a o to trudno) i grupa pracuj cała, ten drugi serwis nie startuje w kategorii "edukacja i praca", tylko "serwisy profesjonalne". po co bić się z silnymi jak można ze słabszymi?
  • pomyśleć, w ilu kategoriach mogłaby startować taka nasza-klasa! ale nie startuje. bo webstary są prestiżowym, prawda, konkursem i wybierane strony muszą odnieść prawdziwy sukces, nie jakieś marne 9 miliardów odsłon miesięcznie. gdybyśmy budowali sobie obraz polskiego internetu wg. webstarów, nie było by w nim właśnie naszej-klasy, nie byłoby w nim polskiej wikipedii, nie byłoby w nim polskiego google'a. nieważne. ważne, że "branża" raz do roku oderwie się od playstation i przerzuci na klikanie esków i wymienianie kart sim w telefonach (bo można "tylko" raz na dobę z jednego numeru głosować, ale oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie, żeby głosować wielokrotnie na ten sam serwis w kolejne dni). a potem już tylko żel we włosy i wesołe umpa-umpa po tak ciężkiej pracy.
10:18, reuptake
Link Komentarze (44) »
środa, 12 listopada 2008
  • bootstrap. już w najbliższą sobotę, 12:00, chłodna 25. michał brański (o2) / tomasz kolinko (szuku). więcej na blogu bootstrapowym. do-zo. ja bym bardzo chętnie dowiedział się, co szef o2 myśli o tym krakaniu nicka dentona.
  • warszawski dzień użyteczności. już jutro! 18:30, prosta 51. ze strony webowej, wystąpi twórca autobusera (serwisu, który jest tyleż przydatny, co straszliwie nieużyteczny w sensie usability, musiałem to wypunktować w tym kontekście), ale równie interesujące będą pozostałe prezentacje. pełen program na stronce, oczywiście.
  • a jeszcze w następnym tygodniu democamp.
23:28, reuptake
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 10 listopada 2008
  • na początek mała notatka o akcji "nie bądź psem ogrodnika". jestem ogromnie zadowolony z jej powodzenia, ale chciałbym ją niniejszym zakończyć. myślę, że pokazaliśmy wspólnie, że można dzielić się pomysłami, a większość dyskusji pod wpisami stała na wysokim poziomie. nie ma jednak powodu, żeby ją przedłużać na tym blogu, możecie przecież publikować pomysły gdziekolwie, gdzie znajdą się zainteresowane nimi osoby. jak się okazuje: warto. serdeczne dzięki wszystkim, którzy wzięli udział!
  • mój własny pomysł. narodził się w niedzielę. założyłem tumbloga poświęconego gotowaniu, o enigmatycznej nazwie "można gościom". i już po 2 notkach wiedziałem, że muszę się z tumblera się wynieść. dlaczego?
  • zmusza mnie do tego sztywna reguła, że każda notka na tumblerze ma inny "typ treści" i są to raczej "typy proste": tekst, obrazek, cytat itd. szydło z worka wyszło, gdy chciałem zilustrować wpis dwoma zdjęciami (wiem, że można to zrobić, ale bardzo na około). tak naprawdę, to już samo "ilustrowanie" wpisu, to nadużycie tumblerowego mode d'emploi: tam dodaje się obrazki jako oddzielne "rzeczy", ewentualnie opatrując je opisami.
  • nie było żadnego sensownego rozwiązania mojego problemu. podzielenie wpisu na dwie części (dwa wpisy) to stawanie na głowie: na blogu opublikowałaby się najpierw część pierwsza, a potem część druga, a nikt nie lubi czytać od końca. mógłby też pisać od końca, ale to równie "intuicyjne".
    • żeby nie było, że się czepiam: tumblr to z pewnością świetne, poręczne narzędzie, ale po prostu mi nie odpowiada do moich zastosowań.
  • żeby było jasne: wordpress też mi nie odpowiada do końca, choć z braku laku... tam właśnie się przeniosłem. chciałbym coś pośredniego pod względem skomplikowania. i mam pomysł, jakby to miało wyglądać.
  • notkę tworzyłoby się z sekcji, które miały by "typ treści". to zasadnicza i właściwie jedyna różnica w porównaniu z tumblerem, która ma jednak swoje ciekawe skutki. jeśli notka miałaby jedną sekcję otrzymywalibyśmy tumblera. ale mogłaby mieć więcej. czyli tworząc wpis dodawalibyśmy sekcję obrazek (zdjęcie + podpis), sekcję tekst, sekcje cytat... w dowolnej kolejności. moglibyśmy, w przeciwieństwie do tumblera, dodawać też sekcję "tytuł" (tylko na początku), co dałoby tytuły notek, których niektórym zapewne tumblującym brakuje, a z drugiej strony: tytuły byłby nieobowiązkowe - co jest m.in. dla mnie mocno denerwujące w wordpressie, który narzuca ciasne reguły "jak powinien wyglądać wpis".
  • notka, składająca się z wielu sekcji mogła by być potem, jeśli autor uzna za stosowne, podzielona na dwie, wzdłuż granic sekcji. można by też łączyć dwie notki.
  • podobnie jak na tumblerze, do każdego "typu treści", przypisany byłby równie wygodny edytor. całe usability i user experience musiałoby być na tumblerowym poziomie.
  • jakie są implikacje tego typu podejścia do tworzenia blogów? ponieważ jeden z moich sąsiadów uznał za stosowne napierdalać młotkiem w niedzielny poranek, miałem sporo czasu by o tym pomyśleć.
  • pierwszy pomysł to szablony. jeśli ktoś bloguje w usystematyzowany sposób, mógłby stworzyć szablon notki, który domyślnie by się otwierał po wybraniu opcji "nowy wpis" (przykładowo, taki szablon mógłby składać się z tytułu, zdjęcia i tekstu). drugi pomysł to "sekcje podsumowujące", czyli takie, które nie mają własnej treści, a jedynie agregują treść z innych sekcji. przykład to automatycznie publikowana pod wpisem galeria wszystkich zdjęć z wpisu. brzmi trochę jak dublowanie treści, ale jeśli dodamy możliwość ukrywania sekcji, zaczyna być to ciekawa propozycja. część fotek wrzucałoby się do wpisu, ale w formie sekcji ukrytych, pokazywałyby sie tylko w "spisie treści". dalej: API. taki system blogowy mógłby tworzyć ciekawe obiektowe API, dające możliwość automatycznej publikacji. API dające dostęp nie tylko do wpisów, ale także do poszczególnych sekcji. kolejna rzecz: wykorzystanie sekcji w oderwaniu od notek, czyli możliwość tworzenia podsumowań (galerii zdjęć, zbioru linków, zbioru cytatów) z wielu notek. mam też różne luźne pomysły na temat "stylowania" wpisów i sekcji. wreszcie można by taki system spróbować "otworzyć" na zupełnie nowe sekcje, dodawane przez jego użytkowników. i one more thing: miniaplikacje jako sekcje. "oceń wpis", "sonda" itd: wiele pomysłów można zaczerpnąć z chyrpa, który wcale nie umarł, a wręcz przeciwnie, zbliża się do kolejnej wersji. niestety, o ile dobrze pamiętam, to w chyrpie, podobnie jak w tumblerze, jeden wpis może mieć użyty tylko jeden "feather" (chyrpowy odpowiednik "sekcji").
  • czy czegoś takiego nie ma już na świecie? o dziwo jedyne, co przychodzi mi do głowy, to blogi w serwisie mixer.pl, gdzie podobne rozwiązanie zastosowano. ani jednak kontekst nie jest tam sprzyjający, ani też wykonanie nie przypomina tumblerowego. 
  • można to podsumować jeszcze inaczej: blog to pewna historia (jako całość), składająca się z minihistorii (wpisów). ciekawy paradoks: o ile blog przyrasta u góry (nowe notki pojawiają się na górze strony), to każdy wpis przyrasta u dołu (w końcu piszemy od dołu do góry). czytamy antychronologicznie chronologiczne historie. to właśnie powoduje, że tumbler, który każdą minihistorię szatkuje na bardzo krótkie mikrohistoryjki, właściwie pojedyncze zdarzenia, nie do końca sobie radzi w wielu sytuacjach.
  • po kilkudziesięciu godzinach od zapalenia się żaróweczki w głowie nadal mi się ona pali, ale to jeszcze nic nie znaczy. jeśli macie jakieś uwagi, propozycje, a może chcecie coś takiego napisać: piszcie.
16:56, reuptake
Link Komentarze (11) »
piątek, 07 listopada 2008
  • nick carr pisze, że blogi umarły, umarły śmiercią naturalną i spodziewaną. konkretnie spodziewaną przez samego nicka carra, oczywiście. a właściwie, że umarła blogosfera, to rozróżnienie wbrew pozorom jest ważne. z carrem się można nie zgadzać, ale zawsze warto polemikę podjąć.
  • faktycznie, w tym co pisze, jest wiele racji. blogi rzeczywiście upodobniły się tak do typowych serwisów informacyjnych, że odróżniania się je chyba jedynie na podstawie "pochodzenia". serwisy, które zaczęły jako typowe blogi, dalej, siłą rozpędu nazywane są blogami. te, które zaczynały w redakcjach, nadal nie są traktowane jako blogi, choć niewiele się czasem różnią. carr pokazuje dobitnie, jak choćby w wyglądzie i strukturze blogów przejawia się to podobieństwo. ja dodam od siebie, że jeszcze kilka lat temu strony, która miałaby menu nawigacyjne u góry z podziałem na wiele tematów nikt nie nazwałby blogiem.
    • należy cały czas pamiętać, że dla carra blogosfera to blogosfera amerykańska, a tam w także dziennikarstwie sieciowym liczą się o wiele bardziej niż u nas umiejętności właśnie dziennikarskie, i nie chodzi mi tu o małpie wyćwiczenie copy/past + umiejętność wymyślania tytułów pułapek
      • przy okazji: dziś jeden z redaktorów gazety w okrutny sposób zamordował, dosłownie, tekst steca na temat andrzeja gołoty, tytułując link z głównej strony portalu, uwaga: "żałosny gołota".
    • ale warsztat: umiejętność pisania w sposób zgrabny, angażujący czytelnika i taki, który sprawia, że mamy wrażenie iż tekst napisał człowiek z krwi i kości, a nie jakaś dziwna mieszanka praktykanta z wordowym makrem.
  • u nas to zjawisko zlewania się blogów z serwisami informacyjnymi też następuje. nawet w "łebdwazerowej" okolicy, coraz więcej blogów wykazuje cechy klasycznych serwisów internetowych. nawet antyweb, który ma w podtytule "moje (inne) spojrzenie na internet" zatracił to indywidualne spojrzenie. jest pisany przez kilka osób, notabene w większości tworzących notki na poziomie szkolnej gazetki, za to regularnie, co też jest typowe dla serwisów informacyjnych i obowiązkowo z grafiką. wolałem literówki hazana niż te wypracowanka, które też roją się zresztą od błędów stylistycznych, a indywidualne przemyślenia mają na poziomie "nie podoba mi się, to co robi yahoo/microsoft/google".
  • blogi gubią tą cechę, za którą je ludzie pokochali: indywidualizm. możliwość spojrzenia na świat oczami kogoś innego. tracą odróżnialny smak. nie odróżniam notatek z vbeta od notatek z techkultury czy innych tego typu blogów.
  • do tego dochodzi kwestia tego, że blogi faktycznie stają się sposobem na zarobek. wspomniany wyżej antyweb ma na głównej stronie (tej części, która mieści mi się na monitorze) siedem graficznych reklam. nie czynię z tego zarzutu, tylko pokazuję zjawisko.
  • zjawisko ma to też inne przejawy. jedyna w tym roku konferencja poświęcona blogom była wyłącznie blogom w kontekście komercyjnym, czyli głównie reklamowym. oczywiście notka prasowa mówiła, że "poruszana będzie tematyka blogów". bullshit. poruszana była tematyka reklamy, tak samo jak na konferencjach o reklamie prasowej poruszana jest tematyka reklamy (a nie dziennikarstwa), a na konferencjach o outdoorze nie mówi się o tendencjach w architekturze krajobrazu. z domieszką PR i blogów firmowych. to kulminacja tej nieprawdopodobnej presji społecznej, jakiej poddano blogerów. "kiedy wreszcie w tym barbarzyńskim kraju da się wyżyć z bloga". być może się już daje i co? osiągnęliśmy nirvanę? te blogi, które z tego żyją są w jakimś stopniu lepsze? nie, po prostu wyparły serwisy informacyjne z niektórych nisz i tyle.
  • nick carr pokazuje analogię pomiędzy blogosferą a amatorskimi radiostacjami, które były bardzo popularne na początku ostatniego wieku w usa. pisze, że po kilkunastu latach rozkwitu, amatorskie radiostacje albo zcentralizowały się i stały się częścią korporacji, które kupiły najlepszych radiowców albo zostały zepchnięte na margines. czy ma rację?
  • wydaje się, że i tak i nie. 
  • blogi jako takie przetrwają. przetrwają różowe blogaski na onecie i w innych serwisach, przetrwają blogi młodych ludzi na blog.pl, przetrwają blogi na bloxie, na joggerze i 100 innych miejscach. śmiejecie się, a ja widzę w nich nadzieję. nawet, jeśli nazwa "blogi" się jakimś cudem od nich odklei, jeśli za blogera nie będzie mógł się uznawać nikt, kto na blogu nie zrelacjonuje każdego wydarzenia w swojej branży i nie umieści na nim kilku rekam, to wydaje mi się, że blogi i tak mają przed sobą przyszłość. właśnie te blogi. pozostałe staną się częścią mainstreamu, tak jak pisze carr: w jakimś stopniu go zmienią, ale blogami będą w takim samym stopniu, jak pizza w pizza hut jest tradycyjnym włoskim daniem. czyli w niewielkim.
  • jeśli chodzi o mnie: ja wysiadam.
  • gdy skończą się umowy reklamowe, które zawarłem, zlikwiduję reklamy z tego bloga. nie przeniosę go na wordpressa jak wielokrotnie mnie to kusiło, choć gotowy skrypt mam od miesięcy. nie też mogę wam obiecać, że będę na bieżąco, zresztą nigdy nie byłem. nie będę konkurował, pisał o wszystkim, o czym pisać trzeba. będę pisał o tym, o czym będę chciał i uwierzcie mi: będzie dobrze. blogosfera nie zginie, póki my piszemy. z akcentem na "my", nie na "piszemy". dopóki na podstawie notek będzie można poznawać świat oczami piszącego, blogi będą blogami. nawet jeśli reklamodawcy nie będą chcieli się ogłaszać, blogerzy nie będą dostawać propozycji pracy w redakcjach dzięki blogom, a sam temat blogów przestanie być "hot" w mass mediach. czego wam i sobie życzę: wyjdzie to nam na dobre. nick carr pisze, że dla lwiej części blogerów, wysiłek wkładany w blogowanie, nie jest wart "wynagrodzenia". ja jednak wierzę, że dla wielu ludzi sama możliwość napisania czegoś od siebie stanowi pewną wartość. przynajmniej w jakimś okresie ich życia.
  • natomiast blogosfera, jako wspólnota, faktycznie, rozleci się w ciągu kilku lat. i trudno. było minęło. kiedyś pisałem o tym, że blogosferę spinają blogrolle i komentarze. widzieliście komentarz arringtona na jakimś innym blogu? myślę, że to rzadkość. a jak wygląda blogroll na mashable? och, nie zmieścił się, nie ma (za to policzcie reklamy). blogosfera się dzieli na naszych oczach, na część "zawodową" i "amatorską". piszę blogi od 7 lat i wybieram amatorszczyznę. to właśnie amatorska blogosfera zbudowała markę "blog", która teraz powoduje ślinotok u marketerów i której pewnie już nie odzyska. ale jakie to ma właściwie znaczenie?
wtorek, 04 listopada 2008
  • ...jadąc ulicą sobieskiego (tzw. trakt królewski) zobaczyłem nowy billboard (bo czemu miałoby nie być billboardów, taka ładna ulica, niech przyczyni się do wzrostu popytu). a na nim reklamę serwisu o nazwie yeba.pl, tego samego, który niedawno reklamował się rozkosznym, acz mało oryginalnym hasłem "yebać mi się chce". na billboard trafiło jednak dużo bardziej eleganckie hasło: "nowy towar w mieście", uzupełnione na stronie o informację, iż rzeczony towar "daje wszystkim".
  • dodatkowo na stronie uwagę zwraca tag cloud (tłumy z google'a przybywajcie) "cycki   dupa   humor   laska   laski   lol   muzyka   parodia   piersi   sex   smieszne", "najszybsza wyszukiwarka produktów w internecie" oraz enigmatyczne box zatytułowany "yebak". jest również regulamin, który zabrania publikowania treści "naruszających powszechnie akceptowalne normy społeczno-obyczajowe" oraz używania wulgaryzmów.
  • serwis składa się głównie z filmików z youtube'a obudowanych ofertami rozmaitych sklepów internetowych oraz usług finansowych.
  • w tym miejscu chciałbym pogratulować brand managerom marek versace, canon, bosch, braun, citybank, emax (mbank), logitech, inteligo, multibank czy armani. rozszerzenie sieci handlowej o wychodki (nie ważne, że wirtualne) to z pewnością zabieg, który przyczyni się do wzmocnienia wizerunku marek, którymi się opiekujecie.
20:04, reuptake
Link Komentarze (5) »
niedziela, 02 listopada 2008
  • mam ochotę się z tego wytłumaczyć. a to również z tej przyczyny, że odwiedzam ostatnio dość często strony amerykańskich odpowiedników naszych portali, cnn i new york times i przez porównanie, widzę, co mnie boli i dlaczego.
    • zaraz zapewne usłyszę głosy, że cnn i nyt to nie portale i porównanie takie nie ma sensu. otóż sens ma, z dwóch przyczyn: po pierwsze portale u nas spełniają podobną rolę serwisów informacyjnych, po drugie nie będę tu zajmował się całością działalności tychże, a jedynie częścią informacyjną.
  • gdybym miał w skrócie napisać, dlaczego nie lubię portali, napisałbym, że nie lubię ich bo:
    • nie szanują czytelników i nie szanują siebie
  • wypadało by to uargumentować, wiec śpieszę.
  • zacznijmy od reklam. i ilościowo i jakościowo wygląda to tragicznie. takiego natężenia reklam jak u nas nie ma na porównywalnych serwisach za oceanem. ale nawet nie o to chodzi. amerykańskim stronom nie są znane toplayery bolanda style, co nie znaczy, że nie zasłaniają one czasem całej strony reklamą. dodają jednak bardzo wyraźny, umieszczony w tym samym miejscu odnośnik, służący do zamknięcia reklamy. u nas czytelnik zmuszany jest do zabawy w kotka i myszkę i szukania zamykacza reklamy. za to za pół roku będzie kolejna konferencja i kolejni prezesi będą opowiadać jak to są przygotowani do reklamy behawioralnej, cpa i w ogóle my już są amerykany. tymczasem prawda jest taka, że rynek reklamy internetowej to wzajemne robienie się w pana + robienie do tej gry dobrej miny i to przez wszystkich uczestników tego rynku, poza być może, końcowymi klientami, choć i oni są tak naiwni, że aż to podejrzane. chyba nikt nie wierzy w skuteczność reklamy, w którę masa osób klika tylko dlatego, że próbuje się od niej uwolnić.
  • kolejnym, wielokrotnie już opisywanym przykładem są tytuły-pułapki. nie ma co do tego wracać, wszyscy wiemy, o co chodzi. jak nie zwykłe oszukiwanie czytelników, to tabloidowe szukanie sensacji i naginanie semantyki godne kurskiego. jacka, nie jarosława, choć, gdyby ten drugi zstąpił kilka pięter niżej, poczułby się bardzo rodzinnie. moim odkryciem było to, jak amerykańskie serwisy dbają, by to, co jest cytatem, wyglądało jak cytat i było dosłowne. nawet jeśli to jest pojedyncze zdanie. przykłady tytułów: Obama Urges Ohioans to ‘Vote Now’ (NYT),  Obama to voters: 'Be my ambassadors' (CNN). nasze serwisy z wypowiedzi min. iksińskiego "jednym z rozwiązań jest podniesienie podatków" zrobią "iksiński podniesie podatki", bez mrugnięcia okiem.
  • dotyczy to nie tylko tytułów. ostatnio widziałem podtytuł, który brzmiał: "to było brutalne pobicie". w tekście, którego dotyczył, dwie linijki niżej: "to nie było brutalne pobicie". to była pomyłka? chyba freudowska.
  • choć oba serwisy, o których wspominam, są internetowymi przedsięwzięciami firm, których główny biznes to odpowiednio telewizja / prasa drukowana, używają one, uwaga, uwaga: hiperlinków. niesamowite, nie? niezwykłe zupełnie. ale o ile lepiej czyta się taki tekst niż pozbawione odnośników teksty w onetach i interiach, czy też nibyhipertekstowe informacja na gazecie, gdzie automat wstawia odnośniki, ale nie po to, żebyś ty czytelniku mógł dotrzeć do informacji, bo ty tu jesteś na ostatnim miejscu, za googlem i reklamodawcami.
  • kolejna kwestia to formatowanie tekstów, szanująca się redakcja portalu nie dopuściłaby do publikacji czegoś takiego (zobaczcie "obrazek" na dole i jego jakość). do tego dochodzi fatalna jakość fotoedycji, fotki są krzywe, brzydkie i widać, że nikt do nich nie przykłada uwagi. znalezienie na sport.pl fotki piłkarza, na której nie ma on obciętego przynajmniej kawałka głowy, to spory problem. i co? i nic, ciemny lud to kupuje. z braku lepszych alternatyw, głównie.
  • nie chcę wnikać już w jakość informacji i w to, ile z nich to ctrl-c/ctrl-v z różnych papów czy iarów, ile z nich dotyczy spraw ważnych a ile cycka cichopek czy dupy dody. na inne zjawisko chciałbym zwrócić uwagę, nie wiem, czy zauważyliście, ale ostatnio regułą jest, że w niedzielę, kiedy giełdy śpią a inne rynki drzemią, na gazeta.pl pojawiają się najbardziej dramatyczne "newsy" o gospodarce. dziś: "Kryzys może być głębszy niż w latach 1929-32" (oczywiście jest to zdanie wyrwane z kontekstu, indagowany w wywiadzie wcale nie tak nie uważa, tylko raczej tego nie wyklucza, ale czyż nie brzmi dramatycznie?). i tak jest co niedzielę. im spokojnie, tym dramatyczniej. 
  • żeby nie było wątpliwości, nie mam do nikogo pretensji i wiem, że to, co napisałem wyżej, to jak pretensje do handlarza kebabem z dworca stadion, że sprzedaje marny towar ze szczęk i nie podaje porcelanowych talerzy. mam wrażenie jednak, że czasem warto ponarzekać, żeby pokazac, że można stosować i inne standardy, a szanowanie siebie i czytelników nie jest czymś na świecie niespotykanym, wręcz przeciwnie, bywa normą.
  • może jestem przedwojenny. przed wojną reklamy mówiły: "żądajcie najwyższej jakości". ja żądam.
22:39, reuptake
Link Komentarze (60) »