pisz się na to
zgrzyt

OpenID.pl


LinkedIn
RSS
poniedziałek, 31 marca 2008
  • jak to jest, że w internecie nie można zachować żadnych tajemnic? zupełnie nie wiem, jak to wyciekło. może ktoś się zastanawiał, po co i dla kogo zbierałem "endorsmęty" na linkedin?
  • ok, embargo właśnie minęło (wiem o tym już od prawie 2 tygodni). i mogę już ogłosić oficjalnie: dostałem do mike'a arringtona misję zorganizowania polskiego techcruncha.

  • spokojnie. to nie stanie się z dnia na dzień. uzgodniłem, że na razie będę pisał na tym blogu, ale już w domenie techcrunch.pl. mike przeanalizował moje teksty, poczytał wasze rekomendacje
    • wielkie dzięki!
  • i wybrał właśnie mnie. nie macie pojęcia, jak się cieszę! teraz czeka mnie jednak masa roboty. chcę, żebyście wiedzieli, co planuję:
    • nie będę już pisać w punktach. wydawałoby się, że blogowanie jest spontaniczne, a tu guzik: dostałem z techcrunchu 120 stronicowy stylebook. jest tam dokładnie wszystko wyjaśnione, jak pisać, co pisać i kiedy. oni mają to lepiej opracowane, niż myśleliśmy. nie można pisać w punktach, niestety.
    • muszę zorganizować zaplecze techniczne. tak jak techcrunch, będę używał wordpressa, ze specjalnymi modułami wp_diggsurvive (cache) i wp_scobblecomments (automoderacja komentarzy).
      • niestety, nie mogę się nimi podzielić
    • nie sądziłem, że sprawy techniczne są tak ważne dla techcruncha. mogę tylko powiedzieć, że połowa pytań, jakie mi zadawano, to właśnie kwestie serwerów, łączy i wydajności. ale w końcu ich przekonałem. teraz mogę powiedzieć i wam: w sprawach serwerowych nawiązałem współpracę z największym serwisem w polsce napisanym całkowicie w php. tak, tym z wrocławia. muszę-mówić.pl o kogo chodzi? pokazałem wykres na alexie (w porównaniu z bebo), zapytałem "mike what you think" i usłyszałem "I'm impressed, you have my blessings".
    • no i zespół. nie będę pisał tego bloga sam, nie o to chodzi. właściwie to mike powiedział mi, że już się wystarczająco napisałem. mam zorganizować zespół. przyznam, że trochę podpytywałem kilka osób i mam już kandydatów. ale nadal nie podjęliśmy decyzji. znacie mój mail, zgłaszajcie się. to może będzie praca waszego życia!
    • dodatkowo mam poprowadzić konferencyjny biznes techcrunch w polsce. spotkania bootstrap, które współorganizuję od jakiegoś czasu, zostaną docelowo przekształcone w imprezy konferencyjne na dużą skalę pod szyldem techcrunch polska.
  • to tyle. nie zapomnijcie o netto, ale przychodźcie od dziś na techcrunch.pl.
    • ps. mam taką prośbę: klikajcie na reklamy. no niestety, tutaj też wymagania amerykanów są duże. strona musi być dochodowa. ale przecież damy radę, co?
piątek, 28 marca 2008
  • nie, nie pomyliła mi się cyferka. wiem, że ukazują się kolejne bety firefoxa 3
    • ja jeszcze nie instalowałem, czekam na wersję beta 5, która podobno ukaże się za kilka dni, ale może się skuszę, bo znalazłem ciekawe narzędzie na osx, które powinno sprawić, że używanie kilku wersji równocześnie nie będzie problemem
  • wiadomo jednak też, że prace nad kolejną wersją tej przeglądarki trwają. z blogu webware możemy dowiedzieć się, co szykują nam laboratoria mozilli.
  • przyszłość firefoxa zapowiada się fascynująco. podstawowy kierunek rozwoju to zatarcie granicy pomiędzy światem offline i online.
  • mur dzielący offline/online będzie atakowany od obu stron:
    • projekt prism to platforma służąca do uruchamiania aplikacji, tworzonych z wykorzystaniem html, css i javascriptu. aplikacje te (w najprostszym przypadku mogą być to już istniejące serwisy) będą działały w oddzielnych okienkach, tak, że często nie będzie można ich łatwo odróżnić od typowych "programów" zainstalowanych na twardym dysku. podobnie jak zwykłe desktopowe aplikacje, aplikacje prism będą mogły działać nawet, gdy nie mamy dostępu do sieci i będą mogły mieć dostęp do dysków komputera, na którym zostały zainstalowane.
      • wykorzystany zostanie tu język HTML 5.
    • trend do przenoszenia aplikacji z sieci na desktop nie jest zresztą pomysłem nowym. podobne, choć znacznie słabsze możliwości ma safari (funkcja web clip, dostępna tylko w wersji na leoparda, zamienia stronę na widżet dostępny w dashboardzie), google udostępnia swój framework gears, jest też adobe z air i microsoft z silverlight.
    • z kolei projekt weave pozwala na przechowywanie konfiguracji przeglądarki i szerzej: całego naszego "doświadczenia" z firefoxem w sieci. oznacza to, że będziemy mogli zalogować się z dowolnego urządzenia na którym zainstalowany jest firefox i korzystać z tych samej konfiguracji, tych samych zakładek... i nie tylko. przeglądarce powierzamy coraz większą część naszego cyfrowego życia. być może już wkrótce będziemy przez nią (a nie przez jakiś serwis) naszą zarządzać siecią społeczną?
  • te dwa projekty mają być fundamentami, na których zbudowany będzie kolejny firefox. laboratoria mozilli pracują jednak i nad innym funkcjonalnościami. być może w firefoxie 4 wbudowany zostanie the coop, będący przeglądarkową realizacją idei lifestreamingu?
  • być może następny etap w rozwoju sieci potrzebuje właśnie takiego impulsu. nie nowego serwisu, ale właśnie nowej przeglądarki. firefoxa używa prawie 170 milionów osób na całym świecie. to potężna baza użytkowników.
  • kiedy doczekamy się nowej wersji firefoxa? za kilka tygodni. oczywiście chodzi o edycję 3.0. kolejna wersja to kwestia wielu miesięcy. obstawiam rok 2009. długo to potrwa, ale jest na co czekać.
  • pewnie już słyszeliście o słoweńskim startupie, który przedstawił niedawno wersję beta serwisu o nazwie zemanta. zemanta to podpowiadacz treści do bloga. analizuje on treść notki blogowej (sprytnie sam wykrywa, że właśnie tworzymy notkę, o ile używamy wordpressa lub kilku innych serwisów blogowych) i podpowiada, jakie strony moglibyśmy podlinkować lub jakie fotki z flickra i innych źródeł pasowałyby do tego, o czym piszemy.
  • poniżej możecie zobaczyć jak zemanta działa (to jest notka, której używałem do zrobienia zrzutu ekranu, mówiąca o "włamaniu się" do macbooka air)
    • po prawej stronie znajdują się sugerowane obrazki. jak widać zemanta radzi sobie z tym jeszcze dość słabo. nie ma na nich żadnego (!) macbooka air, jest za to 2x zrzut ekranu visty i logo longhorna. aczkolwiek obrazek jabłuszka, z którego uszło powietrze
    • od biedy mógłby pasować
    • dużo lepiej wypadają linki do artykułów na ten sam temat.
    • poniżej okienka z treścią wpisu pokazane są sugerowane linki. można je automatycznie wkleić w notkę. jeszcze niżej mamy tagi, które też jednym kliknięciem możemy dodać do wpisu.
  • jak nad każdym zautomatyzowanym systemem, tak i nad zemantą można oczywiście się poznęcać, wytykając mu "braki w myśleniu". ale to żadne intelektualne wyzwanie. poprawienie zemanty jest kwestią czasu i pewnie niedługo będzie ona działać precyzyjniej.
  • z pewnością jest to narzędzie praktyczne i może się podobać. ja jednak swoim zwyczajem pomarudzę.
    • nie chcę być odbierany jako blogowy ludyta, ale nie podoba mi się ten kierunek. nie podoba mi się "tworzenie kontentu". słowo "kontent" mi się nie podoba. nawet "tworzenie treści" mi się nie podoba. ja piszę bloga, nie tworzę treści. nie podoba mi się świat, w którym zasoby ludzkie generują kontent. i nie zachwycam się narzędziem, które "w rękach wytrawnych grafomanów" będzie wspomagać tworzenie farszu prawie identycznego z naturalnym poprzez dodawanie do niego wzmacniaczy smaku i zapachu. czytam rozliczne wszystkie blogi o blogach i poradniki jak tworzyć bloga i nic w nich nie znajduję
      • jest też poradnik, który mi się podoba
    • najlepsze blogi na świecie są pisane przez osoby, które w życiu do nich nie zajrzały. można z nich czasem zaczerpnąć, ale gdy widzę ludzi traktujących je jak święte księgi, robi mi się żal. przecież nie każdy musi pisać bloga. a jeśli nie ma do tego talentu, to nawet lepiej, gdy tego nie robi.
    • blogów, które wyglądają jakby były pisane przez automat niestety przybywa. to ja już wolę blogi osobiste, nie noszące sznytu "profesjonalności" i "tematyczności", niż te bezpłciowe wypociny, gotowe szablony wypełnione blogowym farszem wykonanym zgodnie z idiotodpornym przepisem.
  • argumenty, że przecież i tak posługujemy się automatami (takimi jak choćby google), nie robią na mnie wrażenia. nie jestem przeciwnikiem pomagania sobie w kreatywności, ale boję się, że pseudokreatywność symulowana przez narzędzia w rodzaju zemanty zacznie wypierać prawdziwą, ludzką kreatywność. bo z pewnością jest tańsza.
  • gdy ty, samodzielnie, poszukasz zdjęć do zilustrowania bloga, zaczniesz od swojego najbliższego otoczenia. może nawet użyjesz własnych fotek. dowiem się dzięki temu czegoś o tobie. potem poszukasz ich na serwisach, które znasz. też się czegoś dowiem. podobnie jest z linkami i tagami. one również są częścią wpisu. bloga czytam, bo jest indywidualny.
  • dlatego uważajcie z zemantą. małe dawki nie zaszkodzą. ale zemanta to blogowy glutaminian sodu. nie przedawkujcie.
17:57, reuptake
Link Komentarze (10) »
czwartek, 27 marca 2008
  • marcina kaszyńskiego znam od jakiegoś czasu, ale nie chwalił mi się do tej pory licznymi projektami, nad którymi pracuje. dziś dostałem zaproszenie do serwisu oiola. oiola to prosta webaplikacja służąca do wspomagania organizowania imprez.
    • nie jest to jeden z licznych kloników-bonsai stron w rodzaju upcoming. oiola służy w pierwszym rzędzie organizatorom wydarzeń, klony upcoming skierowane są bardziej do uczestników, którzy szukają możliwości spędzenia wolnego czasu.
  • serwis utrzymany jest w łebdwazerowym stylu, kładącym nacisk na maksymalną prostotę. można w nim podać podstawowe informacje o imprezie, tworząc nieskomplikowaną stronę, będącą ogłoszeniem.
    • tak wygląda przykładowa strona.
      • zapraszamy na bootstrap, przy okazji. bardzo ciekawy program!
    • warto zwrócić uwagę na możliwość dodania imprezy do kalendarza, mała rzecz, a cieszy.
  • ale to nie wszystko. oiola pomaga nam także zbierać zgłoszenia, jeśli impreza wymaga zaproszenia lub potwierdzenia uczestnictwa. nie tylko gromadzi zgłoszenia, ale i pomaga je zbierać udostępniając wklejki:
  • i to na razie wszystko, co oferuje nam oiola. mało, ale na początek wystarczy. autorzy,
    • binarylifeforms
  • zapowiadają kolejne funkcje (w tym płatne). zobaczymy, czy znajdą na to czas. jak wynika z bloga, binarny formy życia planują odpalić tyle serwisów, ile miesięcy w roku. a już mają kilka, nad którymi pracują, w tym ciekawy projekt czytnika rss planemoo i el-monito, służący do monitorowania dostępności serwisów www
    • el-monito używam i polecam, zwłaszcza, że ostatnio został on zintegrowany z google analytics.
16:26, reuptake
Link Komentarze (6) »
  • przedwczoraj na blogach pojawiły się zapowiedzi, mówiące, że już za chwilę na rynku edytorów zdjęć on-line pojawi się "duży gracz". nietrudno było się domyślić o jaki produkt chodzi.
  • zacznijmy od tego, że photoshop express to nie tylko edytor zdjęć online, ale także serwis, w którym użytkownicy mogą publikować zdjęcia i dzielić się nimi. serwis jest prosty, ale wykonany bardzo ładnie.
    • jest tylko jeden problem. okazuje się, że licencja jakiej udziela się firmie adobe, korzystając z photoshop express, oznacza bezterminowe przekazanie tejże firmie wszystkich praw do zdjęć. nie, nie można się wycofać.
  • sama aplikacja, napisana we flashu/flexie, działa bardzo płynnie i jest tak prosta może nawet dziecko (gdyby nie to, że znowu w grę wchodzą warunki użytkowania: photoshop express dostępny jest od 13 roku życia)
  • z lewej strony widzimy listę operacji, jakie możemy wykonać na zdjęciu. większość z nich dotyczy całej fotki, nie ma możliwości stosowania selekcji, nie mówiąc o warstwach. do wyjątków należą takie funkcje jak usuwanie czerwonych oczu czy retusz.
  • górną część ekranu zajmuje kilka miniaturek, które obrazują efekt danej operacji. jest ich kilka, gdyż pokazują one różne natężenie danej korekcji czy efektu. każdą operację można cofnąć i to w dowolnej kolejności (możemy więc zrezygnować z przedostatniej zmiany). miniaturki na dole to historia zmian.
  • aplikacja działa bardzo szybko, o ile obrabiamy zdjęcia o wielkości "webowej": prezentowana fotka ma rozmiar 1118 x 800 px i zajmuje niecałe 500KB a operacje wykonywane są na niej niemal natychmiast. mamy do dyspozycji 2GB powierzchni dyskowej na zdjęcia, które z kolei nie powinny przekraczać 4000 px szerokości. jedną operacją, która trwa dość długo jest zapisywanie zdjęcia po ukończeniu edycji.
  • czego nie ma? choćby zmniejszania fotek, tak by mieściły się w podanych wyżej wymiarach. nie można zamawiać odbitek, ale to zostanie zapewne szybko nadrobione, w końcu na czymś trzeba zarabiać. nie można importować zdjęć z flickra (ale działa import z facebooka, photobucket i picasy). nie można też dodawać tekstu.
  • myślę, że adobe zrobiło dobry ruch. marka "photoshop" jest znana, na rynku profesjonalnych edytorów nie ma właściwie konkurencji, więc można ją spokojnie poszerzyć, a możliwości aplikacji online są takie, że nie skanibalizuje ona nawet prostszego edytora standalone, czyli photoshop elements, co sugeruje na techcrunchu twórca konkurencyjnego picknicka.
    • picknick jest na rynku dłużej, ma znacznie większe możliwości
      • dodawanie tekstu, zmiana rozmiarów zdjęć, zaawansowane wyostrzanie, histogra,
    • ale...
  • adobe może powalczyć nie tylko marką. nie zdziwiłbym się, gdyby w kolejnych wersjach adobe acrobat readera pojawiły się linki do photoshop express lub wręcz opcje "wyślij to zdjęcie na photoshop.com i edytuj je online". miejmy nadzieję, że wygra lepszy, chociaż osobiście jestem w tym względzie pesymistą.
11:54, reuptake
Link Komentarze (7) »
  • przestawiłem sobie klawiaturę i pomyślałem, że warto by było coś napisać, żeby sprawdzić, czy kombinacja japko vel command vel kszyszyk + litera jako metoda uzyskiwania plznaczków jest wygodna. a z drugiej strony, żeby się zabezpieczyć przed nieuchronnymi wpadkami, trzeba wybrać temat, który jest niejako samozabezpieczający się.
  • otóż firma jones soda wpadła na pomysł zatrzymany na granicy pomiędzy głupotą a geniuszem
    • agencje nie donoszą, po której stronie granicy nastąpiło zatrzymanie
  • i postanowiła ogłosić konkurs na lolcatsową nalepkę na butelkę.
  • jeśli ktoś się zastanawiał, w jaki sposób nabić kota w butelkę i zmonetyzować, to ma odpowiedź. na pewno zarządzający blogiem na tym zarobią. a jones soda... niektórzy mają wątpliwości.
    • firma ta zresztą od dawna korzysta z "crowsourcingu" jeśli chodzi o nalepki. w końcu nie oszukujmy się: trudno, zwłaszcza na amerykańskim rynku, odróżnić się zawartością butelki i trzeba sięgać po inne sposoby. kiedyś, gdy jeszcze produkowałem koszulki z nadrukami, myślałem o poszerzeniu asortymentu, ale napoje mi do głowy nie przyszły.
      • ok. przyszły. ale nie bezkalkoholowe.
    • a w firmie jones soda można sobie zamówić soczek z dowolnym obrazkiem. nie masz pomysłu? to może coś z bogatej oferty kotów?
00:44, reuptake
Link Komentarze (7) »
środa, 26 marca 2008
  • albo: "stracił dorobek całego życia przez internet"
  • dobre tytuły? kupcie jutro fakt.
  • okazuje się, że straszne rzeczy homo homini robi przez ten cały internet. w amerykańskim serwisie internetowym craiglist ukazało się ogłoszenie, że z pewnego domu w jacksonville można zabrać wszystko, co się tam znajduje (z powodu przeprowadzki). ogłoszenie było, powiedzmy, swoistym żartem, ale podziałało: gdy robert salisbury, właściciel domu zjawił się na miejscu, zastał tam spory tłumek i kompletnie ogołocone mieszkanie. zabrali/ukradli mu nawet konia!
    • koń się odnalazł
  • teraz sprawą zajmują się prawnicy, którzy będą pozywać kogo tylko się da. craiglist jest oczywiście również zagrożony pozwem, czemu nie. zawsze łatwiej trafić w duży cel niż w dziesiątki mniejszych. arrington się oburza. "zaistniała sytuacja to tylko wyjątek, potwierdzający jak ważne miejsce zajmuje craiglist w naszej kulturze".
    • okazuje się zresztą, że to nie pierwszy taki numer.
  • gdyby taką akcje zrobiono przez naszą-klasę, to dopiero by było. trzydniowa żałoba narodowa, zbiórka darów... popowicz musiałby zwiewać prywatnym jetem kupionym za miliony ze sprzedaży udziałów goniony przez f-16 ps. "jaszcząb"
    • o ile akurat nasze f-16 byłby na chodzie
  • na razie musimy zadowolić się fotką prostytutki przy policyjnym polonezie ("poznańska policja nie widzi problemu, że figuruje tam zdjęcie radiowozu")
    • btw. ciekawe odwrócenie stereotypu
      • na ogół kobieta opierająca się o samochód to widok raczej z reklam samochodów
      • ale jeśli kobieta jest prostytutką, dziennikarz od razu pisze "radiowóz reklamuje prostytutkę"
        • świadczenie usług policjantom jest najlepszą rekomendacją dla tirówek?
  • oraz obrażaniem nauczycieli z opola.
  • ciekawe, ile osób obejrzało ten radiowóz / obelgi pod adresem nauczycieli przed / po rozdmuchaniu sprawy przez gazeta.pl.
  • "mainstreamowe media żerują na tym, co się wydarzyło, sprawiając wrażenie, że serwis jest opanowany przez predatorów, skłonnych zaatakować każdego, kto się nawinie".
  • jagodziński o naszej-klasie?
  • nie, arrington o craiglist.
19:55, reuptake
Link Komentarze (13) »
poniedziałek, 24 marca 2008
  • kuba filipowski namówił mnie w końcu na flakera. oto jestem, oto moje flaki.
  • nie było mnie łatwo namówić z dwóch względów. pierwszy to taki, że wbrew pozorom, nie prowadzę jakiegoś szczególnie rozbuchanego wirtualnego życia. owszem, dodałem sobie cztery serwisy, mogę dodać jeszcze kilka rzadziej aktualizowanych blogów, takich jak choćby zgrzyt, ale tak naprawdę liczy się tylko ten blog i blip.
  • drugi powód to mój niezbyt entuzjastyczny stosunek dla lifestreamingu jako takiego.
  • obserwuję ten trend od dawna, zanim jeszcze określenie lifestraming zaczęło tak często pojawiać się na blogach.
    • pierwsze moje zetknięcie z lifestreamingiem zawdzięczam serwisowi streemo.
      • wiąże się z tym anegdotka: ponad rok temu, na trzeciej edycji innowatorium, przedstawiałem blipa.
        • było to zaledwie jakieś 4-5 tygodni od momentu, gdy zaczęliśmy blipa pisać.
      • po mojej prezentacji wyszedł piotr szostak z firmy comtica. wszyscy myśleli, że też coś zaprezentuje, ale nie. piotr wyszedł, wziął mikrofon i powiedział: "ja zrobię to samo, co marcin, tylko lepiej".
    • trochę się przestraszyłem.
    • funkcjonalność "mikrobloggingowa" pojawiła się w streemo dość szybko. od razu poczułem, że nie o to chodziło.
  • a pokusa była spora. w końcu mogliśmy w każdej chwili dodać na blipie możliwość podłączania dowolnego rssa. i wówczas kokpity zapełniałby się jeszcze szybciej. mogliśmy (zwłaszcza po kupieniu blipa przez gadu-gadu) dodać funkcjonalność, którą ma moblo, czyli kopiowanie statusów z gadu-gadu. celowo tego nie zrobiliśmy. świadomie postawiliśmy na świadome (masło maślane, wiem) tworzenie treści. ok, niech to będzie mikrotreść, ale jednak treść. jeśli takie ważne dla ciebie jest, że opublikowałeś 5 nowych fotek na flikrze, napisz o tym na blipie. jeśli koniecznie chcesz przekazać, że odwiedziłeś jakąś stronę: też możesz o tym napisać. jeśli jednak nie chcesz podjąć nawet takiego wysiłku, to może to, co zrobiłeś, nie jest jednak ważne? a skoro nie jest ważne, to czy warto zawracać tą informacją głowę innym? chcieliśmy iść drogą twittera, a nie jaiku. łatwo jest dodać kolejny "kanał" i rozsyłać informacje o wszystkich swoich ruchach po obserwujących, skoro dzieje się to praktycznie bez wysiłku. ale po drugiej stronie siedzi człowiek, który powinien to czytać, a który ma ograniczone możliwości w tym zakresie.
  • ale wróćmy do flakera i lifestreamingu. flaker wykonany jest starannie, a promowany jeszcze staranniej. mimo wszystko nie przekonał mnie on do lifestramingu jako takiego.
  • być może dlatego, że ledwo nadążam z czytaniem statusów na blipie, od osób, które chcę czytać. może dlatego, że większość statusów (? nie wiem, jak to nazwać) na flakerze pokrywa się z blipowymi. może dlatego, że jest ich po prostu za dużo.
  • wczoraj pisałem o wyciekaniu dyskusji poza blogi. w komentarzach do wpisu zwrócono uwagę na rolę kontekstu (użytkownicy wolą komentować tekst wśród swoich znajomych, w serwisach, gdzie czują się częścią społeczności, pisała o tym marta klimowicz, a ja przegapiłem). lifestreaming wyciąga nasze aktywności z kontekstów i wrzuca je do przezroczystego worka.
  • nie jestem pewien, czy w takiej integracji jest wielka wartość. być może raczej widziałbym lifestreaming nie jako oddzielny serwis, ale jako część innych serwisów. chętnie informowałbym czytelników netto o tym, co napisałem na zgrzycie i co napisałem na twitterze w jakimś spójnym formacie.
  • kolejna wątpliwość, to zasięg flakera i lifestreamingu. i tak przeliczyłem się z prognozami, jeśli chodzi o mikroblogging. okazało się, że liczba osób, które w ogóle mają w sieci stałych znajomych, z którymi chcą dzielić się codziennym i niecodziennym życiem, jest dość mała. wydaje mi się, że lifestreaming obejmie jeszcze mniejszą grupę wyjątkowo aktywnych sieciowo osób.
  • dam flakerowi szansę. może przekona mnie do lifestreamingu (bo wątpię, żeby przekonał mnie friendfeed, nawet jeśli jest sławniejszy i bogatszy w funkcje: nie mam tam wielu znajomych). mam jednak nieodparte wrażenie, że wkrótce o nim zapomnę. nie wejdę jednego dnia, drugiego, trzeciego... oczywiście flaker będzie nadal gromadził z mechanicznym uporem wszystkie ślady mojej aktywności, ale mnie już tam nie będzie.
    • z czysto "technicznych" uwag: wydaje mi się, że domyślnie powinny pokazywać się informacje o znajomych, a nie "flakosfera", nad menu warto by popracować, bo jest strasznie niespójne (boczne menu dubluje poziome).
    • a feature requesty? dwa: automatyczne informowanie o znajomych (np. na podstawie blipa, można sobie nawet wyobrazić funkcję: "domyślnie obserwuj osoby, które obserwuję na blipie/mam w blogrollu bloga itd) -- to jest zdaje się killer feature friendfeeda oraz dodanie do listy serwisów "dowolnego bloga" (i znajdowanie tam rssa + import favikonki).
niedziela, 23 marca 2008
  • jest taki temat i każdy musi napisać i jeszcze powiedzieć, co inni powinni zrobić. ja nie powiem.
  • czuję się, jakby ktoś zaprosił mnie na imprezę do restauracji, która została wybudowana na miejscu niedawnej egzekucji. jednemu to nie przeszkadza, inny nie przełknie tam kęsa. kwestia smaku, wrażliwości itd.
  • dziwią mnie jedynie wpisy, które tak stanowczo przeciwstawiają się odruchowi wymiotnemu, jaki doświadcza wiele osób, zapraszanych do uczestniczenia w święcie, jakim powinna być olimpiada. co właściwie oznacza "nie wyłączaj telewizora"? baw się? bo tak jest "racjonalnie"? bo "nic nie zmienisz"? bo... się dobrze bawisz?
  • nie bawię się dobrze. i 100 wpisów od najbardziej wpływowych blogerów mnie nie przekona, że bawię się dobrze. sorry. być może sportowcy "powinni" jechać, bo są od tego, żeby się ścigać, a olimpiada to dla nich superistotna kwestia. być może media powinny relacjonować, bo może jest korzystniej nadać relację i poświęcić kilka minut na tybet, niż nie nadać jej wcale.
  • ale ja jestem szarym konsumentem mediów. nie jestem też specjalnie zagorzałym kibicem. takich ja ja jest chyba większość. nieoglądanie olimpiady nie jest dla mnie żadnym wielkim protestem. to po prostu kwestia tego odruchu, niczego więcej. przykro mi, nie potrafię się bawić. nawet jeśli ten fakt nie pomaga sprawie tybetu, a szkodzi zwykłym obywatelom mieszkańcom chin, jak twierdzą znawcy, w co zresztą nie wierzę.
  • nie wierzę też, że, jak pisze bartek, stoimy przed alternatywą: albo "głośne robienie szumu" albo "bojkot i chowanie głowy w piasek". to fałszywa alternatywa. ja osobiście i będę robił szum i nie zamierzam oglądać olimpiady, czego nie uważam za "chowanie głowy w piasek".
  • nie potępiam też w żadnej mierze tych, którzy chcą w jakiś sposób protestować przez uczestnictwo. jeśli oceniacie, że taka droga jest zgodna z waszym sumieniem albo że tak osiągniecie więcej, wasza sprawa. jeśli po prostu racjonalizujecie w ten sposób fakt, że dobrze się bawicie, to wasza sprawa.
  • zapewne sportowcy będą równie dzielnie walczyć jak zawsze. zapewne padną znowu fantastyczne rekordy. zapewne gdyby olimpiada odbyła się w innym miejscu, z tych samych wyników cieszyłbym się znacznie bardziej. ale nie będę się cieszył i żadna presja społeczna tego nie zmieni. a masochistą nie jestem i nie wyobrażam sobie oglądania olimpiady wbrew sobie.
    • i wypraszam sobie nazywanie głosu sumienia, które akurat w tej sprawie mówi do mnie wyraźnie, "bełkotem".
17:03, reuptake
Link Komentarze (16) »
sobota, 22 marca 2008
  • ok, czasem trzeba przesadzić z tytułem :-)
  • zwłaszcza, gdy nie przesadza się zanadto. problem, o którym chciałem napisać, nie jest moim wymysłem. dwa dni temu w głośnym wpisie na readwriteweb, sarah lacy napisała:
    • prawdą jest, że niezależnie czy nam się to podoba, czy nie, dyskusja [blogowa], która kiedyś funkcjonowała wyłącznie w blogosferze, wyprowadziła się z niej.
  • gdzie? w realiach światowych na przykład na digga czy na friendfeed (a przecież serwisów, gdzie można podyskutować "o czymś", co nie jest częścią tego serwisu, jest więcej).
  • jason kaneshiro zadał dwa zasadnicze pytania:
    • czy ta sytuacja powinna cię obchodzić, jako blogera?
    • a jako użytkownika sieci?
  • w interesujący sposób podchodzi do sprawy allen stern. stwierdza on, że
    • oczywiście, tracę w ten sposób odsłony, ruch, pieniądze, jakie mogłem zarobić na odwiedzających, możliwość uczynienia z nich lojalnych użytkowników, dowiedzenia się o nich więcej. ale poważniejszym problemem jest to, że moi czytelnicy tracą możliwość zapoznania się z komentarzami. żaden z nich nie trafi do wszystkich tych serwisów, aby prześledzić dyskusję i ewentualnie włączyć się w nią. poznają jedynie mój autorski punkt widzenia.
  • wymieniłem w tytule kilka serwisów. chociaż problem przenoszenia się dyskusji z blogów do nich jest jeden, to każdy z nich ma swoją specyfikę:
    • serwisy diggopodobne (wykop): tutaj mamy do czynienia z najbardziej wyraźną "kradzieżą" komentarzy. serwisy te dają możliwość typowego komentowania, na ogół różniącego się od komentowania na blogach jedynie "drzewkowaniem" komentarzy. gdyby komentarze na diggu, czy na wykopie dotyczyły kwestii formalnych, związanych z samym serwisem
      • w rodzaju "już był podobny link" albo "zła kategoria".
    • ale nie. w znakomitej większości dotyczą one meritum sprawy.
    • inna jest kwestia jeśli chodzi o serwisy lifestreamingowe, takie jak flaker. tutaj również nie widzę wielkiej korzyści z faktu, że można w nich komentować to, co zrobili inni. jasne, jest łatwiej napisać na szybko na flakerze "ładne fotki", niż logować się na flickra. tym niemniej, jak zwrócono uwagę opisując friendfeed, serwisy agregujące nasze poczynania w sieci mogłby się skupić... no właśnie, na samym agregowaniu.
    • jeszcze inaczej sprawa się ma w przypadku mikroblogingu, który wydaje mi się relatywnie najmniej groźny. po pierwsze tylko nieznaczna część statusów ma charakter linków do wpisów na blogu, fotek, czy innych przejawów komentowalnej aktywności. po drugie, dyskusje na blipie są zupełnie inne niż te, które się widzi w komentarzach. mają raczej charakter rozmowy z autorem i to w czasie rzeczywistym. blog tego nie zapewnia, nic więc dziwnego, że część dyskusji się przenosi tam (i do innych systemów, takich jak komunikatory).
  • coraz mocniej widać problem wynikający z faktu, że blogosfera, choć wydaje się być pewną całością (i jakimś sensie, np. socjologicznym, tą całością jest), jest w rzeczywistości zlepkiem milionów zupełnie niezależnych stron, zszytych jedynie cienkimi nitkami linków w blogrollach i wpisach
    • z technicznego punktu widzenia blogosfera nie jest nawet powiązana przez osoby ją tworzące. gdy komentuję innego bloga, nie występuję tam jako właściciel blog netto. owszem, mogę się podpisać odpowiednio. mogę dać linka do netto. ale nie można stwierdzić, że to na pewno ja. i z drugiej strony: mój blog nie wie, w jakich dyskusjach wziąłem udział. to wiem tylko ja sam. "ja piszący" i "ja komentujący" to dwie różne osoby.
      • tak, krążę wokół openid, bo ono tu wiele by mogło ułatwić, także w kwestii przyspieszonego logowania się do serwisów, gdzie jeszcze nie mamy kont, a chcemy tam wejść "na chwilę", zostawić komcia.
  • być może taki proces decentralizacji dyskusji jest nieodwracalny. po kilku latach "łebwazera" wzrok odruchowo szuka linka "dodaj komentarz" pod każdym tekstem, obrazem, czy filmem w sieci. komentujemy i oceniamy wpisy, ale też komentujemy i oceniamy komentarze, niedługo zaczniemy komentować oceny komentarzy i oceniać komentarze ocen. wydaje się jednak, że dobrze by było, gdyby powstały narzędzia, które umożliwią scalenie wszystkich dyskusji wychodzących od jednego tekstu w jedną w miarę spójną całość.
  • jakimś wstępem mogłoby być zautomatyzowane kopiowanie w oddzielnych wątkach dyskusji z wykopu/flakera pod wpisami na blogu. wówczas pod wpisem mielibyśmy sekcje "trackback", komentarze, komentarze na wykopie, komentarze na flakerze itd. wymaga to oczywiście odpowiedniego api, co nie jest banalne, bo wiemy, jak bardzo łakomym kąskiem dla spamerów są blogi. takie rozwiązanie wydaje się prymitywne, ale na razie na nic lepszego nie można chyba liczyć.
  • można też przecież wcale nie odwołać się do technologii, ale przekazywać "normę kulturową": "zainteresowała cię ta notka i chcesz ją skomentować? zrób to na stronie źródłowej. dlaczego? bo tak wypada". ale to chyba jeszcze trudniejsze niż wdrożenie odpowiedniego api na wszystkich blogach świata.
  • jak bardzo przesadziłem w tytule? może w ogóle problem jest sztuczny? a może to, co blogerzy dostają w zamian od wykopu/flakera/blipa jest na tyle wartościowe, że rozbicie dyskusji na wiele serwisów jest względnie niewielkim kosztem? zapraszam do dyskusji. najchętniej na tym blogu lub na innych blogach, które zostawią trackbacki.
  • web webem, ale mieć aplikację zainstalowaną na komputerze -- to jest dopiero coś. firmy o tym wiedzą i próbują się wcisnąć na pulpit na wszelki sposób. ostatnio pokazową akcje przeprowadzili producenci najbardziej stylowych komputerów: apple i sony.
  • apple wciska użytkownikom windows przeglądarkę safari. schemat jest taki: masz ipoda, masz więc itunes. masz itunes, itunes "się" aktualizuje wgrywając safari.
    • och, oczywiście, "widziały gały co instalowały", już widzę całą tą argumentację, wpisującą się w dobrze znaną śpiewkę "trzeba było wiedzieć, co się podaje na naszej-klasie w profilu, trzeba było czytać listę bibliotek w instalowanym programie, trzeba było dokładnie studiować kilkunastostronicową umowę ze swoim ISP itd". ok, prawda jest taka, że większość osób ma lepsze rzeczy do robienia i tego nie robi. apple próbuje to wykorzystać. chris pirillo twierdzi, że skoro aplikacja nazywa się "apple software update", a nie "itunes update", to apple ma pełne prawo instalować przez nią cokolwiek. nie sądzę. "update" to "update".
    • spore oburzenie zachowaniem apple'a daje się słyszeć z obozu mozilli. jak tylko efekt digga minie, to sobie poczytacie, co na ten temat sądzi john lilly, ceo mozilli. nie jest zachwycony.
    • ciekawostka: satyryczny magazyn the onion, przewidział ładnych kilka miesięcy temu, że dokładnie 21 marca odwróci się passa apple'a i użytkownicy nagle spojrzą na gadżety z nadgryzionym jabłuszkiem nie jak na obiekty kultu, lecz raczej jak na coś o nieco żenującego, stwierdzając, że dali się nabrać.
      • data się zgadza.
      • ale nabrani zostali użytkownicy windows.
      • zobaczymy jednak, co się stanie dalej. i czy charlie rose, który jest gotów prezentować publicznie gigantyczną śliwę, byle tylko jabłuszko pozostało nietknięte, nie był przypadkiem ostatnim appleo'wym desperado.
  • zanim jeszcze kupiłem sobie maca, rozglądałem się za potencjalnymi alternatywami. nie ukrywam, że podobały mi się sony vaio. z kilku przyczyn nie kupiłem soniacza (bardzo mały wybór wersji w momencie, gdy kupowałem, toporny touchpad, mała rozdzielczość, no i windows fuckin' vista). słyszałem też, że ponad 25G dysku jest zajęte przez bezużyteczne aplikacje, na ogół w wersji demo, które trzeba pracowicie odinstalowywać. nie brzmiało to zachęcająco.
  • okazuje się, że sony wpadło na świetny pomysł, by nie narażać użytkowników na konieczność czyszczenia systemu i zaoferowało wersję bez ton badziewia na twardym dysku. taka przyjemność polegając na braku nieprzyjemności miała kosztować dodatkowe 50 dolarów.
    • reakcja była łatwa do przewidzenia. sony zostało zabite śmiechem.
      • tytuł na engadget: "sony cię nienawidzi"
    • i bardzo (wyjątkowo wręcz) szybko wycofało się z tego pomysłu, aczkolwiek, jak sobie poczytacie, ograniczyło też możliwość nabycia "czystej" wersji systemu.
    • jak tak dalej pójdzie, to supermarkety zaoferują możliwość wykupienia za 5 zł miesięcznie "usługi" polegającej na tym, że nie będą zaśmiecać nam wycieraczek ulotkami.
  • wypada zakończyć więc apelem: dziewczyny i chłopaki, przypadkowe kliknięcia grożą poważnymi konsekwencjami. zachowajcie czystość swoich pulpitów. nadal są one łakomym kąskiem dla softwarowych predatorów.
13:18, reuptake
Link Komentarze (10) »
piątek, 21 marca 2008
  • dziś ruszyło monetto, trzy serwisy pożyczkowe na rynku. a szykuje się jeszcze czwarty.
  • kokos był pierwszy. nawet próbowałem w nim coś komuś pożyczyć, ale się nie udało, może spróbuję jeszcze raz. kokos kusi procentami, nastawia się na finansową motywację zabawy w social lending. wciąż mało wiemy o kokosie.
    • moja opinia: kokos będzie miał ciężki kokos do zgryzienia, żeby przebić się na rynku. czegoś mu brakuje i twórcy muszą to odnaleźć.
  • finansowo to dzieło tej samej firmy, która zrobiła fotkę. to widać i nie jest to wcale antykomplement. w środku panuje "społecznościowa" atmosfera, serwis zorientowany jest na użytkownika. brzmi to jak ble ble, ale ja wyraźnie poczułem różnicę pomiędzy tym serwisem a kokosem. problem w tym, że wydaje mi się prawie bezużyteczny. pożyczać można bardzo niewielkie sumy, tylko znajomym, zarobić się nie da, weryfikacja jest na poziomie "istnienia" danej osoby...
    • moja opinia: ten serwis ma drugie dno, a może i trzecie. to dno może być dla konkurencji sufitem, do którego nigdy nie doskoczą. tylko, że ta konkurencja będzie dość pozorna.
  • monetto: jest tak późno, więc nie wejdę do środka, podsumuję wrażenie ze strony głównej i to, co wiadomo o tym serwisie. jedno słowo: profesjonalizm. nieco przesadny. "monika 25 lat" ze strony głównej, już w dniu premiery informuje nas, że "dzięki monetto mogła utrzymać się w okresie stażu". pomijając absurd tego stwierdzenia, pytanie "w jaki niby sposób? pożyczając cały czas kasę komuś i żyjąc z procentów? czy żyjąc na kredyt (przez kilka lat?)?" pozostaje nierozstrzygnięte. ale monetto to także umowy z mbankiem i naszą-klasą (które będą dopiero konsumowane), bardzo dużo zabezpieczeń przed fraudami i dobry marketing.
    • moja opinia: na pierwszy rzut oka monetto nie zawodzi. jest najbardziej dopracowane wizualnie, ale nie wiadomo, czy to klucz do sukcesu. strony banków są na ogół dopieszczone, allegro jest raczej bałaganiarskie brzydkie, czy social lending to bardziej aukcja? czy bardziej bank? tak czy owak, ostatnie chronologicznie monetto startuje mocno.
  • tajemniczy kolejny gracz... nie chce pary z ust puścić.
  • być może w naszym kraju pożyczki przez internet w ogóle się nie przyjmą i cały ten wyścig będzie zabawą raczej wirtualną. ale co się nakibicujemy, to nasze, prawda?
czwartek, 20 marca 2008
  • przed kilkunastoma sekundami dostałem info o premierze nowego serwisu turystycznego, którego nazwa przyprawiła mnie o ciarki na korze mózgowej. serwis się nazywa miejscer (powtarzam: miejscer).
  • natychmiast wskakuje on do zaszczytnego rankingu najbardziej kreatywnych nazw w polskiej sieci, na miejsce drugie. oto mój ranking.
    • przepraszam: rankinger. albo rankingeo.
    1. garnuch: czyli naczynie, w którym twoja stara miesza flaker (patrz niżej) łokciem.
    2. miejscer: miejserce.pl, daruj...
    3. flaker: to, co twoja stara miesza w garnuchu (patrz wyżej). ps. jest nowa wersja, bez wydzielin fizjologicznych na głównej stronie, duży pluser za to.
    4. bryla: dowcip agory bywa przyciężki
    5. grapeo: no co się czepiasz? automagiczny translator w trybie web 2.0 tak tłumaczy grono.net. link zostawiam, chociaż grapeo jest niekontakteo
  • z serwisów zagranicznych chciałbym przy okazji pozdrowić piczo. jak to mówią: "jedneo piczo wart jest tysiąca słoweo". a dodam od siebie, że i jedneo słoweo warteo jestr tysiąc słoweo, jeśli umieścisz je w domener.pl
  • a serwis może być nawet spokeo, chociaż konkurencja jest duża i też ma fajne nazwy (nie mówiąc o tym serwisie, co ma tylko fajną nazwę, ale ciągle się czai) no i o tym, że 90% funkcjonalności miejscera
    • twórcy piszą miejscer'a -- ale to już byście mogli mnie o czepliwość posądzić
  • można zrobić po prostu w google maps
wtorek, 18 marca 2008
  • na dniach powinna pojawić się nowa wersja wordpressa, oznaczona numerem 2.5. jego twórcy zapowiadają szereg dość istotnych ulepszeń. wiele z nich dotyczyć będzie redesignu panelu administracyjnego, w którym to procesie uczestniczy między innymi jeffrey zeldman i kilku innych designerów związanych z happy cog. poza odświeżonym "zapleczem" wordpressa, użytkownicy tego najpopularniejszego systemu blogowego będą mogli łatwiej ładować pliki, korzystać z wbudowanych galerii i lepiej zarządzać tagami. jak zazwyczaj przy takich okazjach obiecano też szybsze działanie całości.
    • już dziś można pobrać wersję RC1, która teoretycznie nie powinna odbiegać od wersji finalnej. oczywiście wcześniejszy backup jest obowiązkowy.
  • zmianie wersji wordpressa towarzyszy też mały flame. jeden z twórców konkurencyjnej platformy movable type (mt, dla skrótu), anil dash, opublikował kilka dni temu wpis o przewrotnym tytule "przewodnik aktualizacji wordpressa do wersji 2.5". tytuł jest przewrotny, bo już pierwsze zdania notki informują, o co tak naprawdę chodzi:
    • "jak być może wiecie, niedługo ukaże się wordpress 2.5. i chcielibyśmy zachęcić użytkowników wordpressa, aby go zaktualizowali. do movable type"
  • dalej następuje długa lista argumentów.
    • movable type wspiera technologie takie jak openid, atom, oauth czy action streams (to ostatnie to odpowiednik serwisów agregujących takich jak flaker czy robiący ostatnio furorę friendfeed, a efekt końcowy możecie zobaczyć na tym blogu)
      • sixapart, czyli firma tworząca mt jest jednym z najzagorzalszych propagatorów openid
    • mt generuje statyczne strony, co czyni blogi oparte na tym systemie odpornymi na "efekt digga" (zwany kiedyś "efektem slashdota")
    • anil dash chwali się także bardziej funkcjonalny dashboardem mt, prezentującym m.in. statystyki bloga
    • oraz lepszym i bardziej przyjaznym systemem szablonów, nie wymagających umiejętności programowania w php
    • podkreśla również to, że mt pozwala na prowadzenie kilku blogów bez oddzielnych instalacji systemu blogowego
    • a także oferuje płatne wsparcie techniczne
  • reakcje blogosfery były mieszane. marc canter cieszy się, że six apart "obudziło się" i pokazało "że ma jaja". pojawiło się jednak również wiele krytycznych komentarzy odnoszących się zarówno do samego mt, jak i tej konkretnej formy promocji movable type. jeśli ktoś jest zainteresowany, może przeczytać komentarze na techcrunchu.
  • twórca wp, matt mullenweg, od razu zareagował (valleywag ciekawie tłumaczy tak nerwową reakcję, ale to brukowiec), twierdząc, że to six apart gra nieczysto, a sam wpis jest objawem desperacji. następnie, już bardziej rzeczowo, argumentuje na swoim blogu, twierdząc, że największą przewagą, jaką ma wordpress nad mt jest fakt, że ta pierwsza platforma jest w 100% open source, podczas gdy mt występuje w ośmiu wersjach, na ośmiu różnych licencjach, a ta darmowa nie zapewnia żadnego wsparcia. oraz wskazuje, że mt nigdy nie stworzyło społeczności użytkowników.
    • oczywiście to dobrze, że wordpress jest open source
      • i odnosząc się do całej dyskusji, mam wrażenie, że technicznie jest to lepszy produkt niż mt, ale...
    • techcrunch wytyka tu dwie kwestie, nad którymi warto się zastanowić. po pierwsze, nie jest prawdą, że wordpress to w 100% otwarty kod. akismet, czyli najskuteczniejszy i najpopularniejszy system antyspamowy
      • dostępny za darmo dla niekomercyjnych użytkowników wordpressa, ale przynoszący spore profity z płatnych usług dla użytkowników innych systemów i tych wordpressowców, którzy zarabiają na swoim blogu
    • już darmowy nie jest. można oczywiście się sprzeczać, czy akismet jest częścią wordpressa. warto jednak zastanowić się, czy system antyspamowy nie jest podstawową funkcjonalnością każdego szanującego się systemu blogowego i dlaczego w wordpressie wbudowana jest tylko wtyczka do akismeta?
    • druga sprawa, to platforma wordpress.com, także oparta na tworzonym przez użytkowników kodzie wordpressa i także przynosząca firmie automattic przychody.
    • podsumowując, matt mullenweg odgrywa równocześnie dwie role: jest szefem projektu open source, tworzącego wordpressa, a jednocześnie jest szefem firmy, zarabiającej na tym oprogramowaniu pieniądze. czy występuje tu konflikt interesów? być może tylko potencjalnie, ale arrington uważa, że argument o tym, jaki to wordpress jest darmowy, otwarty i niekomercyjny brzmi nieco nieszczerze, gdy pada z ust mullewega.
  • zapewne komentarze, o ile się pojawią, będą dotyczyły samego wordpressa. a ja bym chciał raczej spytać, co sądzicie o całej dyskusji na ten temat. wiadomo, że w polsce standardy dotyczące reklamy porównawczej są inne niż w usa. nasz "anil dash" musiałby napisać, że mt jest lepszy niż "inny popularny system blogowy", czyli odwołać się do mitycznego "zwykłego proszku". może jednak taka otwarta debata jest lepsza niż zakulisowe kuksańce pod żebro?
niedziela, 16 marca 2008
  • marta klimowicz napisała wpis dość ostro krytykujący artykuł marty strzeleckiej z gazety wyborczej dotyczący kwestii związanych z prywatnością w internecie
  • ale to nie znaczy, że nie dostrzegam, kiedy krytyka jest niesprawiedliwa.
  • marta (klimowicz) pisze
    • Marta Strzelecka boi się tego, że podstępne wielkie korporacje wiedzą, jakie książki jej polecić i o czym pisze w mejlach do swojego przyjaciela. Ciekawe, czy boi się listonosza, który wie, kto do niej pisze oraz ile emerytury dostaje jej sąsiadka? Albo ludzi na ulicy, którzy w końcu Martę Strzelecką widzą, obserwują, wyciągają wnioski na podstawie jej ubioru, marki telefonu, auta czy trzymanych w dłoni reklamówek.
  • jest to analogia wątpliwa.
    • po pierwsze: "listonosz" nie jest zdolny do retencji danych na taką skalę jak np. google. o ile wykazując się sporym wysiłkiem może sobie informacje notować, to jednak skala takiego działania jest ograniczona. drugi przykład jest jeszcze bardziej wymowny. co z tego, że widzimy tysiące osób na ulicy, skoro natychmiast zapominamy jak wyglądali?
    • po drugie: "listonosz" nie jest zdolny do przetwarzania danych na taką skalę jak google. do ich korelowania, federowania różnych źródeł informacji i przeprowadzania data miningu.
    • po trzecie: "listonosz" nawet gdyby zebrał dane o nas i przetworzył w dowolny sposób, nie ma większego wpływu na nasze życie. a google wpływ ma. listonosz może opowiedzieć kilku osobom, że "ta marta źle się prowadzi", przechodzień może szepnąć komuś: "zobacz, ona ubiera się jak dziwka", ale co to zmieni?
      • i w tym momencie dziwię się marcie (k.), że ona dziwi się marcie (s.), która "boi się" co znajdzie w google'u na swój temat. oczywiście i w życiu "pozainternetowym" nie mamy do końca wpływu na reputację
        • jak ktoś to ładnie kiedyś podsumował: "tożsamość to moja opowieść o sobie, reputacja to opowieść innych o mnie"
      • ale co to zmienia? że mamy się nią zupełnie nie przejmować?
  • problemy poruszane w artykule są jak najbardziej realne i ich wyśmiewanie nie spowoduje, że nagle się skurczą. można polemizować, pisać, że nie takie korporacje straszne ("google" należy traktować jako przykład, to mogą być też inne firmy, agencje rządowe itd), ale ośmieszanie tego zagrożenia przez porównywanie google'a do listonosza, donikąd nie doprowadzi.
23:49, reuptake
Link Komentarze (20) »
 
1 , 2