pisz się na to
zgrzyt

OpenID.pl


LinkedIn
RSS
środa, 30 kwietnia 2008
  • dosłownie przed chwilą techcrunch poinformował o zenbe. zdążyłem, zarejestrowałem się i zachwyciłem.
  • zenbe to webmail.
    • spocznij, można ziewać.
    • a teraz baczność.
  • zenbe to więcej niż webmail i to w dwóch wymiarach. pierwszy z nich to funkcjonalność. poza obsługą poczty, mamy tu kilka doskonale zintegrowanych z pocztą modułów, z których najciekawszym jest chyba "zenpages".
  • zenpages to strony, które współdzielimy z innymi użytkownikami systemu. możemy na nich umieszczać teksty, dyskutować, wklejać wideo, kalendarze, czy mapy, możemy też spowodować, by maile, które otagowaliśmy w jakiś sposób, były współdzielone automatycznie.
    • innymi słowy, zenbe pozwala na korzystanie z czegoś w rodzaju list dyskusyjnych, czy grup takich jak google groups, ale bez "zakładania" nowych grup. w każdej chwili możemy część korespondencji otagować, przydzielić do strony zen pages i obudować innymi treściami, tworząc dynamicznie aktualizowaną, współdzieloną przestrzeń wymiany informacji. cool. zresztą zobaczcie film

  • zenbe czerpie inspirację z gmaila, co jest widoczne na pierwszy rzut oka.
    • podobnie jak w gmailu, listy tagujemy, a nie umieszczamy w folderach, "wysłane", "zaznaczone gwiazdką", "spam", "archiwa"... ten podział również znamy z gmaila, słowem: dla osób korzystających z rozwiązania google'a przejście na zenbe (które nie musi wiązać się ze zmianą adresu e-mail) nie będzie trudne.
  • jest to jednak cała platforma, a nie tylko webmail. mamy kalendarz, mamy listy to-do, mamy listy "todo", mamy integrację z facebookiem. wszystko to w dwóch panelach, których zawartość możemy zmieniać niezależnie od siebie: w głównym możemy czytać maile, tworzyć zenpages lub dodawać spotkania do kalendarza, w bocznym mamy stały dostęp do innych informacji, takich jak lista zadań czy książka adresowa. twórcy zenbe planują otwarcie platformy: aplikacje firm trzecich będzie można "wkleić" w zenbe, udostępniając im pocztę użytkownika. idealne rozwiązanie m.in. do intranetów.
  • jest też drugi aspekt, który sprawia, że przed twórcami zenbe powinniśmy stanąć w postawie zasadniczej, a nie dawać wyraz zblazowaniu ("bo czym w końcu może zaskoczyć nas nowy webmail"). to niesamowite dopracowanie interfejsu. nie będę tu opisywał, bo rzecz jest do opisania trudna: doskonałość interfejsu zenbe to po prostu przejrzystość całości + dopracowanie szczegółów.
  • to jest odpowiedź na tytułowe pytanie. dość często, gdy czytamy o amerykańskich startupach, szokują nas miliony dolarów, pozyskiwane na dalszy rozwój. "po co im te miliony?", "kolejna bańka".. daje się słyszeć. u nas, gdy nasza-klasa pozyskała 3 mln zł (niewiele ponad milion dolarów)
    • zresztą tę kwotę maciek popowicz dementował
  • zrobiono z tego wielkie halo. tymczasem spójrzcie pod notkę na techcrunchu. znajdują się tam informacje o innych firmach, działających na rynku "wokół mailowych" i pozyskanym przez nie finansowaniu. 4 miliony. 6 milionów. 6 milionów. przesada? co dzieje się z tymi pieniędzmi?
  • no cóż, są inwestowane. tak dopracowana aplikacja kosztuje. i nie bardzo można z tym dyskutować. to nie żadna bańka. po zenbe (i nie tylko) widać, że projektują je najlepsi. projektują tak, jakby miała być to "następna duża rzecz". nie "a może chwyci, to się wtedy poprawi". bo wiadomo, że jak nie będzie na pierwszy rzut oka wyglądać świetnie, na drugi zaś jeszcze lepiej, to nie chwyci. i wiadomo, ze tego nie robią "studenci po godzinach". że nie robi tego jedna osoba. że zarówno programiści jak i graficy, nie tracą przy okazji dziewictwa. nie jest to zapewne ich "pierwszy raz" z poważnym projektem.
  • o finansowaniu zenbe nic na razie nie wiadomo. ale zapewne jego twórcy wydali nań sporo pieniędzy. i będą potrzebowali kolejnych inwestycji by z cacuszka stworzyć cacko i zacząć je sprzedawać. a jeśli się nie uda, to przynajmniej nie będą się wstydzić, patrząc wstecz.
  • ps. a na dodatek to kolejny projekt, w którym maczali palce polacy.
18:07, reuptake
Link Komentarze (15) »
środa, 23 kwietnia 2008
  • news o tym, ile google wydaje rocznie na jedzenie dla pracowników, przerwał moją alergiczną apatię. informacja jest oparta na szacunkach dotyczących kosztów dziennych wyżywienia jednego pracownika. są one dość rozbieżne, autor przyjmuje wycenę wyższą (30 dolarów), ale nawet jeśli to jest "tylko" 15 dolarów, to przy cenach żywności w stanach (niskich) i tak googlersi karmieni są nieźle.
  • słychać u nas narzekania, nie bezpodstawne, że trudno jest znaleźć ludzi do pracy w IT. sam wiem, że jest trudno, bo też szukam. podobno już nie wystarcza podnieść pensję. gdzie szukać różnicy? oczywiście, jeden projekt jest ciekawy, inny mniej, tego nie da się do końca zmienić. ktoś musi pisać serwisy będące w centrum zainteresowania mediów, a ktoś musi pracować w dziale it "światowego lidera w produkcji rur" (dziś widziałem taki anons na goldenline). może zamiast podwyżki zadbać o pracownika, tak jak robi to google? niezależnie, czy ktoś zarabia 3000 czy 9000, około 13-14 robi się głodny. i zaczyna rozglądać się za jedzeniem. dobrze, jeśli ma stołówkę. super, jeśli stołówka jest taka jak w agorze. a jeszcze lepiej, jak firma stawia.
    • natomiast źle, jeśli stołówka jest kiepska i droga, a jeśli jej nie ma, to już kompletnie źle, bo oferta gastronomii lunchowej jest dość beznadziejna w naszym kraju.
  • nie oszukujmy się, lunch w pracy to nie jest żadna rozpustna przyjemność. to po prostu potrzeba fizjologiczna. google to zrozumiał, przekalkulował... widocznie się opłaca. także w polsce pracownicy google'a nie muszą zlizywać z palców sosu z kebabów jedzonych na ulicy lub stać w kolejkach po "kurciak pienć śmaków". za te same pieniądze można jeść lepiej, a jeść lepiej, to znaczy pracować wydajniej. zresztą podobnych rad udzielał jason calacanis w swoich (nie)sławnych radach dla startupów. może jest coś na rzeczy?
23:22, reuptake
Link Komentarze (16) »
  • przerwa w blogowaniu wywołana jest głównie przez pyłki brozy.
  • wbrew pozorom reakcje alergiczne to bardzo poważna i przykra dolegliwość, odbijająca się nie tylko na układzie oddechowym, ale i na psychice uczulonego. wolę więc powstrzymać się od pisania przez jakiś czas. może być za ostro ;-)
  • poza tym nie macie wrażenia, że nic ciekawego się ostatnio nie dzieje? czy ja po prostu przez zaczerwienione oczy niewiele widzę? przegapiłem nawet, że notka o polboxie trafiła na wykop.
    • a jeśli chcecie coś obejrzeć, to zobaczcie blipotwory. fajnie, że blip doczekał się milionowego wpisu, ale takie akcje, świadczące o tym, że społeczność żyje, są dla mnie jeszcze cenniejsze. popatrzcie, jak szybko się to rozeszło!
    • zaś do poczytania polecam bartka, który nieźle się rozkręcił ostatnio.
13:20, reuptake
Link Komentarze (4) »
piątek, 18 kwietnia 2008
  • tytuł wpisu wskazuje na największą, moim zdaniem, wadę redesignu strony onetu.
    • ona się tam jeszcze długo, długo w dół ciągnie
  • strona jest nieznośnie pampersowato pokolorowana. nie mam nic przeciwko kolorowi błękitnemu. ale błękitne nagłówki, niebieski tekst... za dużo. to się bardzo szybko opatrzy. fajnie, że kolorowo i w ogóle, ale to tak, jakby gazetę drukowano niebieską farbą. niby teraz też tak jest, ale jednak niebieski mniej bije po oczach.
  • ale to jedyny duży zarzut. dalej jest tylko lepiej. zmian na lepsze jest sporo, strona jest znacznie czytelniejsza
    • jest też po prostu szersza
  • mniej jest ikonek w głównym menu (o dziwo wypadł blog), całość jest bardziej zwarta i poukładana.
  • są też nowości. serwisy społecznościowe zebrano w jednym miejscu
    • nie ma jedynie sławetnego forum onetu, przynajmniej w formie oddzielnej ikonki
    • za to są oba serwisy blogowe
  • bardzo zepchnięto w dół zakupy. mam wrażenie, że reklama tam, bo to przecież miejsce na reklamy, nie przełoży się na liczbę odsłon tak, jak można by sądzić po popularności głównej strony onetu. jeszcze gorzej wygląda "pasaż finansowy". na ekranie mojego laptopa jest na 4 ekranie w dół.
  • najciekawsza zmiana zaszła z prawej strony. są tam dostępne mini panele, które można sobie samemu układać. ok, znamy to mniej więcej od 1999 roku, ale tym razem jest to udana realizacja idei personalizowanej strony. trochę powierzchowna, ale i tak o wiele lepsza niż np. na gazecie, gdzie można sobie przesuwać sport pod gospodarkę albo na odwrót. tymczasem widżeciki dużo lepiej pasują do prostych aplikacji, takich jak w os x-owym dashboardzie. zegar, kalkulator, horoskop (którego wreszcie można się pozbyć), giełda (brzydki ten wykres!)... można sobie to wszystko w prosty sposób dostosowac do potrzeb. gdyby jeszcze była możliwość importu własnych gadżetów (np. z google'a) byłoby całkiem super.
  • jest jeszcze jedna kwestia. to, co oglądamy na stronie bety, ma się tak do rzeczywistości jak to do tego. może więc i wielki błękit przestanie razić. a zacznie co innego.
wtorek, 08 kwietnia 2008
  • odparł kiedyś znajomy, gdy spytałem go: "czy znasz programistę pythona?" być może teraz to pytanie będzie zadawane częściej: google uruchomił właśnie usługę app engine. jest to, w największym skrócie, gotowy pakiet zawierający środowisko programistyczne dla pythona + komponenty związane z przechowywaniem danych: zarówno w bazie danych jak i postaci plików. logujesz się, wrzucasz swój kod i uruchamiasz, nie martwiąc się o miejsce na dysku, wydajność i przepustowość łączy. google daje mniej więcej to, co oferuje amazon, ale w zintegrowanej postaci. readwriteweb używa tu sformułowania PaaS ("platform as a service") i jest to chyba trafione określenie.
  • niewątpliwie mamy do czynienia z ważnym wydarzeniem. google wkracza na szybko rozwijający się rynek. jest nieco spóźniony, ale akurat na tym obszarze nie jest to aż takim problemem. potężna infrastruktura, jaką dysponuje google, to ogromny atut. zresztą jego największy konkurent, microsoft, też nie jest jeszcze całkiem gotów i nie oferuje podobnie zintegrowanego rozwiązania, skupiając się na udostępnieniu systemu bazodanowego.
  • kuba filipowski ma zupełną rację, przywołując nazwisko carra w kontekście google app engine. pytanie jednak, czy google nie pośpieszył się ze swoją ofertą. tak bardzo zintegrowany system ma wiele plusów, ale ma też wiele wad. wiele wad, składających się na jedną wielką: decydując się na tworzenie swojego serwisu na platformie google'a skazujemy się na google'a na dobre i na złe.
    • owszem, "odpięcie" się od s3 amazona jest być może trudne, gdy mamy wiele gigabajtów plików, ale jest wykonalne. przeniesienia całego serwisu z google app engine na własne serwery sobie nie wyobrażam
      • pomijając proste aplikacje, które nie korzystają z bazy danych google'a
  • czym kusi więc google? ceną (mniejsze serwisy mogą używać platformy za darmo), wysoką dostępnością (także w okresach wzmożonego ruchu), bezawaryjnością (system jest redundantny i rozproszony) i integracją z innymi usługami google'a.
    • ta integracja to na przykład możliwość korzystania z systemu kont google'a.
  • i znowu: korzystanie z kont google'a to decyzja, która ma swoje dobre i złe strony. które przeważą? w tej chwili trudno to rozstrzygnąć. firmy, zamierzające uruchomić "coś" na platformie google'a wiele ryzykują, ale i wiele mogą zyskać.
12:54, reuptake
Link Komentarze (15) »
poniedziałek, 07 kwietnia 2008
  • new york times wywołał ogromną burzę artykułem, opisującym blogowanie jako wyniszczającą pracę, skutkiem której może być wręcz śmierć z wyczerpania. dwa takie przypadki przytoczono w tekście, okrasiwszy je dodatkowo cytatem z arringtona
    • "jeszcze nie umarłem" - powiedział twórca techcruncha - "ale w którymś momencie dopadnie mnie załamanie nerwowe i trafię do szpitala albo stanie się coś innego"
  • artykuł ten połączono natychmiast z kilkoma poprzednimi publikacjami new york timesa, poświęconymi m.in. wynagrodzeniom w gawkerze (też o tym pisałem), odszukano w nim nieścisłości i przesadyzmy (jak choćby porównanie pisania blogów do pracy w "sweatshopach"
    • jest jakieś polskie określenie na sweatshop?)
  • i poddano miażdżącej krytyce. jedni wyśmiewali new york timesa, za "odkrycie", iż wszyscy kiedyś umrzemy, inni wytykali błędy rzeczowe lub sprowadzali problem do prostego "takie rzeczy zdarzają się wszędzie", a jeszcze inni, jak marc andressen drwili, że niedługo tytuły będą brzmieć "hitler prawdopodobnie blogował" czy "pedofil/seryjny zabójca prowadził bloga". krótko: new york times został oskarżony o coś podobnego, o co oskarżono gazetę.pl, czyli o fud. gdzieś w podtekście jest bowiem strach tradycyjnego medium przed blogerami, którzy kradną mu czytelników.
  • warto jednak usłyszeć osobny głos oma malika. om malik przeszedł zawał na przełomie roku, o czym zresztą (oczywiście) napisał na blogu. choroba, która spotkała go, nie była spowodowana przez jedną przyczynę. tym niemniej tryb życia jaki prowadził om malik był dość typowym trybem życia blogera.
  • gdy czytam blogi na temat zarabiania na blogach, mam wrażenie, że budują one dość oderwany od rzeczywistości obraz. obierzesz sobie jakiś temat, który i tak lubiłeś, będziesz pisał kilka notek dziennie, wstawisz adwordsy czy inne reklamy i pieniądze same będą płynąć. będziesz żył z tego, co lubisz. właściwie nie będziesz pracował, tylko uprawiał swoje hobby, tym razem za prawdziwą kasę. może będziesz musiał się dużo bardziej starać, ale w notkach na blogu znajdziesz 100 cudownych wskazówek jak napełnić swój portfel, robiąc to samo, co inni robią za darmo.
  • prawda jest nieco mniej atrakcyjna. blogowanie na poziomie takim, na jakim robią to blogerzy z "listy a", to potwornie ciężka praca, nie dająca wielu chwil wytchnienia, a już na pewno nie wtedy, gdy go potrzebujesz. nie tylko musisz pisać, ale musisz też pisać bardzo szybko i bardzo ciekawie. nie jesteś felietonistą tygodnika, który sobie w spokoju dopracowuje drapieżny felieton siedząc w kawiarni i wymyślając bon moty. masz na to kilka godzin i musisz napisać, nie masz wyjścia. są i dziennikarze, którzy pracują w podobnym trybie, na przykład w agencjach prasowych. ale ich tekstów wolałbyś nie czytać. są kompletnie wyprane ze wszelkiego polotu.
  • bloger balansuje więc między szybkim podaniem informacji ("podam to jako pierwszy i wszyscy do mnie zalinkują") a jej wyjątkowo celnym zaprezentowaniem ("napiszę to w taki sposób, że wszyscy do mnie zalinkują"). to jest sprzeczność, a gdzie jest sprzeczność, tam pojawia się stres. dodatkowy stres związany jest z reakcjami. są one natychmiastowe i często bardzo, bardzo bezpośrednie. cała masa frustratów czeka na każdą twoją pomyłkę lub słabszy moment. może być to literówka, może być to błąd rzeczowy, cokolwiek, co da możliwość napisania im, że jesteś idiotą.
    • ok, powiedzmy sobie szczerze: oni nie potrzebują tak naprawdę żadnego pretekstu, samo twoje istnienie jest pretekstem do aktów agresji
  • można ich komentarze puszczać mimo uszu, można się z nich śmiać, można wiedzieć swoje, ale to też jest źródło presji. w dodatku musisz / chcesz rozmawiać z czytelnikami. podsumowując: musisz / chcesz dużo czytać, musisz / chcesz dużo (i lekko) pisać oraz musisz / chcesz choć trochę dyskutować. sen, jedzenie upychasz w przerwach.
  • na dodatek z tymi pieniędzmi z reklam też nie jest tak różowo. wiele serwisów blogowych dorabia na boku. albo ich twórcy zajmują się konsultingiem albo organizują rozmaite konferencje: z samej reklamy wyżyć jest trudno.
    • podejrzewam, ze wielu piszących blogi ma wrażenie, ze konkurencja nie jest lepsza w pozyskiwaniu newsów, nie ma lepszego stylu lub lepszych czytelników. do tego raczej trudno się przyznać. ale zazdrość o to, że konkurent mniej śpi, jest jak sądzę powszechna.
  • nie jestem płodny jak kraszewski, ale pisanie nie przychodzi mi na ogół z wielkim trudem. gdy pomyślałem, że musiałbym napisać kilka takich (nawet krótszych) notek dziennie, i następnego dnia, i kolejnego... włosy jeżą się na głowie.
  • new york times być może przesadza. ale w tym, co opisuje, jest ziarenko prawdy
    • tak jak było ono w tekstach gazety o naszej-klasie.pl: nie była ona, umówmy się, najfortunniej skonstruowanym serwisem pod względem prywatności
  • warto to ziarenko wyłuskać i przyjrzeć mu się z bliska. i nie zabijać przyjemności z blogowania. ani, tym bardziej, siebie.
17:16, reuptake
Link Komentarze (17) »
niedziela, 06 kwietnia 2008
  • serwer darmowych kont pocztowych polboxu zakończył swoją działalność. po prawie 11 latach. być może wielu z was nic to nie mówi, ale dla mnie ostateczny koniec polboxu to fakt symboliczny, kończący pewien etap.

  • już samo określenie "darmowe konto pocztowe" brzmi jak masło maślane. płacić za maila? a jednak. w tych samych czasach była to usługa płatna, czasem dość słono. jeszcze do dziś przetrwały oferty na płatne skrzynki pocztowe:
    • bojkotujecie google i każdą rzecz, która jego jest? gmail jest bardzo fe? proszę bardzo, może konto pocztowe w ceti? bardzo porządna firma, konto za jedyne 109,80 (z VAT). 1 GB. analogiczne konto na home.pl dwa razy taniej, okazja.
  • w roku 1996 darmowe konto to była prawdziwa gratka dla tych, którzy nie chcieli płacić (ceny były dość podobne jak dziś, zarobki jednak niższe) albo nie studiowali i nie złożyli podania o konto uczelniane. polbox dał im takie konta, początkowo (o ile pamiętam) w domenie free.polbox.pl, potem polbox.com. ten drugi adres prowadził do strony w języku angielskim, jak widać usługa miała ambicje miedzynarodowe.
    • warto zauważyć, jak mocnym atutem była darmowość. portale, takie jak onet, też podkreślały ją w samych nazwach kont pocztowych (friko.onet.pl). wkrótce rozgorzała też wojna na pojemność skrzynek, podczas gdy jakość darmowych kont potrzebowała 10 lat, by osiągnąć w miarę przyzwoity poziom.
  • nie było róży bez kolców. poczytajcie sobie regulamin (wersja z 1997 roku), to dowiecie się dlaczego, polecam punkt "ograniczenia". w dodatku konta na polboxie działały... czasem.
  • był to pierwszy najazd barbarzyńców na internet. posiadacze konta na polboxie traktowani byli wówczas, zwłaszcza przez usenetową "elitę", jak internauci drugiej kategorii, niewychowani, nieobyci, nieobeznani z netykietą. potem ich rolę przejęli użytkownicy darmowego internetu z tpsa, korkujący polską sieć codziennie po godzinie 22, teraz niszę ekologiczną hunów okupują tzw. "dzieci neostrady".
    • twórcy serwisu zdawali sobie chyba z tego sprawę, skoro w regulaminie umieścili punkt brzmiący: "Oferowane przez nas bezplatnie konta pocztowe nie sluza do uprzykrzania zycia innym uzytkownikom sieci. Szczegolnie uwazac nalezy podczas korzystania z grup dyskusyjnych"
  • polbox poszedł za ciosem i uruchomił po kilku miesiącach serwer www z darmowymi kontami. można było zakładać własne, niekomercyjne strony. powstawały tam tysiące stron domowych, robionych wg. kursu pawła wimmera, w większości okropnych i niezbyt ciekawych. w okolicach roku 1998 rozmawiałem z tomaszem kępińskim, szefem polboxu, podpytując go o model biznesowy. o ile nie pamiętam, jak "monetyzowano" skrzynki (mailing? stopki reklamowe?)
    • sam konta na polboxie nie miałem
  • to na stronach www wklejano banery. kto wie, czy nie były to jedne z pierwszych banerów w polsce, stosowanych na jakąś skalę. pytałem tomka, kto na te banery klika, skoro większości stron na polboksie nie odwiedzał nikt, poza ich twórcą. "jak to kto?" -- odparł tomek -- "właściciele stron klikają. są ciekawi, co takiego wstawiliśmy im na stronę i klikają, żeby to sprawdzić". i to wówczas wystarczało.
    • baner z tamtych czasów:
    • do dziś można oglądać statystyki serwera z pierwszego roku działalności
  • z tego co pamiętam, polbox świadczył darmowe usługi, korzystając ze zdobytego (kupionego? pożyczonego?) serwera alpha. ciekaw jestem, jaki był bilans tego biznesu. pod koniec lat 90 polbox był naprawdę znaną marką. jak większość dostawców internetu oferował usługi full-service: od łączy, przez hosting, po projektowanie stron (dołóżmy do tego te darmowe konta i mamy pełen obraz). ta pierwsza działka wydawała się najbardziej rentowna. marka polboksu rozmyła się w stworzonym z kilkoma innymi firmami konsorcjum TDC. potem TDC zostało kupione przez netię.
  • z dzisiejszej perspektywy łatwo mówić, że "trzeba było" inwestować w te darmowe konta, nawet szukając kapitału na zewnątrz, bo to użytkownicy, a nie kable, stanowią największą wartość. polbox mógł z łatwością przeobrazić się w pierwszy polski portal z prawdziwego zdarzenia. tylko, że w roku 1997 czy 1998 nikt o tym nie wiedział. jeszcze sporo później (2002) można było przeczytać takie wypowiedzi:
    • Projekty związane z wykorzystaniem telewizji i pilota telewizora do nawigacji na stronach WWW nie rozwiną się w najbliższym czasie, tym samym Internet nie trafi pod strzechy.
  • o darmowym polboxie zapomnieliśmy zresztą na dobre i tylko jego pogrzeb o nim przypomniał. ale obrazek (brzydki zresztą straszliwie w swojej dosłowności) z pękającą dwuzłotówką powinien trafić do jakiegoś muzeum polskiej sieci.
  • update: koniecznie przeczytajcie komentarze rafała (rafamiga) pod wpisem (1, 2). historia polboxu z pierwszej ręki.
sobota, 05 kwietnia 2008
  • jeszcze dwa newsy o tematyce owocowo-gadżeciarskiej.
  • podobno, podobno już za dwa miesiące, będzie dostępny iphone 3g. tako rzecze walt mossberg. ale nie u nas, zapewne.
    • mieliśmy taki pomysł na prima aprilis, żeby ogłosić, że iphone 3g będzie dostępny w maju (i jak widać tu się być może nie pomyliliśmy), w polsce (tia...), w sieci mvno agory (tiaaaaa....)
  • poza tym ma być czarny, ale to pewnie już wiecie.
  • ale to jeszcze nic. zobaczcie, co ten koleś zainstalował na ipodzie touch

    • tak, dobrze widzicie. to nie jest minesweeper. to nie jest pasjans. to nie jest sudoku. to jest fragparty w kieszeni! dodatkowo world clock, stoper, budzik i jeszcze podobno muzykę odtwarza.
  • moja pseudorecenzja tego gadżetu... i ja narzekałem na software? gotów jestem wszystko odszczekać. pytanie tylko, czy można wejść w konsolę i tam wstukać odpowiednie kody (działa klawiatura ekranowa?). god mode rządzi. carmack + jobs, jeśli oni się na dobre dogadają, to któż ich powstrzyma?

23:49, reuptake
Link Komentarze (3) »
  • największe blogi to biznes, a w biznesie, przy pewnej skali, są pracodawcy i pracownicy. z pracownikami jest taki kłopot, że trzeba im niestety płacić. dzięki serwisowi portfolio.com możemy przyjrzeć się ekonomicznej stronie blogowania.
  • szczególnie dokładnie omówiony jest tam model wynagradzania blogerów piszących dla nicka dentona, szefa gawker media
    • większość blogów w tej sieci publikuje jawne statystyki: oto statystyka dla pudelka doliny krzemowej, czyli valleywag.
  • system ten jest oparty na modelu stała pensja + premia związana z liczbą odsłon, wygenerowanych przez wpisy danego blogera. zastąpiło to system, w którym płacono za każdy wpis (mało), chyba, że był on wyjątkowo ciekawy, wtedy płacono więcej. podobno powodowało to pisanie licznych, ale mało ciekawych wpisów. stąd reforma.
    • jak wyliczono, dobry bloger piszący w jednym z serwisów gawker media, mógł zarobić miesięcznie nawet 7.000 dolarów, z czego znaczną większość stanowiła owa premia.
  • i wszystko wyglądało super. denton pisał zresztą o sprawiedliwym systemie, w którym płace zależą od wyników, a nie od arbitralnych decyzji kierownictwa.
    • co więcej do premii liczone były również odsłony starszych wpisów, nawet tych sprzed roku. o ile ktoś jeszcze u dentona pracował. teoretycznie świetna rzecz, w praktyce: mało kto tam tyle nie wytrzymywał.
  • nie minął miesiąc i pojawiły się rysy na tym idealnym modelu. jeden z bloggerów dowiedział się, że to, co brał za "bazową płacę" jest w istocie tylko zaliczką. i to zaliczką, którą otrzymuje się po osiągnięciu pewnej liczby odsłon. nie wyrobisz tej liczby odsłon, nie dostaniesz nic i na dodatek jeszcze zostaniesz zapewne zwolniony.
  • zapewne dla sprawniejszych blogerów wyrobienie minimalnej liczby odsłon (600.000 miesięcznie, licząc tylko odsłony wpisu, bez strony głównej) nie było problemem, zwłaszcza, że blogi gawker media należą do superpopularnych stron, przynajmniej niektóre. i okazało się, że znowu, mimo "reformy" trzeba autorom sporo płacić.
  • na to też znalazł się sposób. w informacji o płacach był punkt, który mówił, że stawka za odsłony ustalana jest co kwartał. na zbyt wysokie wypłaty sposób jest prosty: należy obniżyć przelicznik i tak też zrobiono, przynajmniej jeśli chodzi o niektóre blogi.
    • nie, to nie był prima aprilis
      • swoją drogą zupełnie zdumiewający i "z innej bajki" jest ten wpis. wyobraźcie sobie coś takiego na pudelku albo i na technoblogu. pracownik pisze sobie spokojnie
        • no, może nie tak zupełnie spokojnie
      • że jego pracodawca kręci coś z kasą. i to nie na prywatnym blogu, bynajmniej.
        • nabija odsłony, to proste
  • obniżka o 33% jest dość drakońska, ale jeszcze gorzej wygląda to, gdy przeliczymy odsłony: teraz, trzeba ich wygenerować o 50% więcej, by zarobić tyle samo. co więcej jest to powrót do arbitralnego wyznaczania płac. blog wonkette, zajmujący się polityką, siłą rzeczy jest bardzo popularny w roku, w którym w usa odbywają się wybory. cóż więc zrobiono? obcięto przelicznik. baaardzo motywujące.
  • trudno mieć coś przeciwko płacy, która wynika z osiąganych wyników. ale jest kilka rzeczy, które warto brać pod uwagę:
    • po pierwsze, działa tu następujący mechanizm: im szybciej rośnie dany blog, tym bardziej obniżany jest przelicznik na podstawie, którego obliczana jest premia. warto się starać?
    • po drugie, pisanie to nie sprzedawanie ubezpieczeń na życie. nawet pisanie dla high endowych brukowców. co sprawdza się w wynagradzaniu akwizytorów, niekoniecznie sprawdzi się na blogach
    • po trzecie, jest jeszcze kwestia atmosfery. wygląda na to, że denton ma po prostu pewną pulę kasy, która jest przeznaczona na każdego bloga. statystyki są dostępne. im lepszy tekst napiszesz, tym lepiej zarobisz. kosztem swojego kolegi, który miał słabszy dzień.
    • po czwarte, nie oszukujmy się. udział w zyskach, to przywilej udziałowców. nie pracowników.
  • ciekawe, jak to jest u nas. jeśli ktoś wie, niech pisze. autorzy gawkera piszą o tym publicznie, a wy, jeśli nie chcecie, możecie skrobnąć maila. u dentona przynajmniej można wyrobić nazwisko, a u nas? pisze sobie ktoś recenzję i co? jakiś mały "niczek" pod notką?
21:51, reuptake
Link Komentarze (8) »
piątek, 04 kwietnia 2008
  • najtrudniej podobno nagrać drugą płytę. poniżej możecie sobie przeczytać w jakim kierunku idą twórcy serwisu przeznaczeni.pl. dla tej samej grupy docelowej, stworzono inną usługę.
  • wydawałoby się, że idealnym partnerem dla przeznaczonych byłaby strona 28dni.pl. jeśli nie pamiętacie jest to serwis dla kobiet, które wybrały antykoncepcję metodami naturalnymi i na dodatek mają potrzebę dzielenia się swoimi przeżyciami w tym zakresie. wykonany w uroczym, bezpretensjonalnym stylu, pisałem o tym na zgrzycie. wprawdzie 28dni nie epatuje religijnymi podstawami wyboru takiej a nie innej metody antykoncepcji, ale trudno ukryć, że target przeznaczonych i 28dni jest taki sam.
  • jaką więc drugą płytę nagrał zespół 28dni? strona nazywa się hormonki i eksploruje temat, a nie grupę docelową. wprawdzie gdzieś tam napomyka:
    • "Wbrew wszelkim opiniom, obserwacje organizmu i traktowanie go w sposób naturalny daje lepsze rezultaty niż stosowanie antykoncepcji."
      • podoba mi się zwłaszcza: "wbrew wszelkim opiniom", to zabójczy argument
        • chciałem też zwrócić uwagę na ogólną bełkotliwość tekstów na stronie: "Wszelkie dostępne opcje, jakie w swojej funkcjonalnści posiada serwis hormonki.pl są przygotowane na podstawie potrzeb kobiet."
  • ale to jedyne takie miejsce, gdzie uwidaczniają się poglądy autorów. czym są więc hormonki? na pierwszy rzut oka jest to 28dni z dołożoną rubryką umożliwiającą zanotowanie tego, że wzięło się (lub, że się zapomniało) tabletki antykoncepcyjnej. zmianie uległa też terminologia. pojawił się, uwaga
    • seks
      • dodatkowo można w tym polu umieścić notatki, wreszcie jest gdzie zapisywać imię partnera
        • o ile się je oczywiście zna
  • poprzednio, na 28dni, to słowo kryło się pod łacińską nazwa "coitus". ogólnie serwis ma bardziej ludzkie oblicze
    • 28dni dobijało fizjologicznymi określeniami jak z podręcznika ginekologii i to nie moja opinia, ale kobiet, którym go pokazywałem

  • aczkolwiek, jak się przyjrzycie, to i hormonkach wesoło nie jest (ciekaw jestem, dlaczego na liście dolegliwości jest np. "cera jak u nastolatki" i co to właściwie oznacza, trądzik?)
  • o ile 28dni było skierowane do konkretnej grupy osób, połączonych wspólnym światopoglądem, to hormonki próbują przekonać użytkowniczki w inny sposób.
    • Nawiązuj nowe znajomości, poznaj osoby, które prowadzą podobne życie erotyczne. Zbuduj własną społeczność przyjaciółek.
  • pytanie, czy poznawanie osób, które prowadzą podobne życie erotyczne (i na czym to podobieństwo miałoby polegać, chyba nie na wspólnych partnerach?) jest rzeczywiście powodem, dla którego zarejestrowałybyście się w serwisie internetowym. i czy łykanie tabletek, śledzenie wagi, wyniki badań ginekologicznych to właściwa "platforma", na której w należy budować "społeczność przyjaciółek". nie bardzo wierzę więc w społecznościowe funkcje serwisu. nie mówiąc już o udostępnianiu informacji o swoim życiu intymnym szerszej publice, czym też kuszą twórcy hormonek.
  • warto zwrócić uwagę na jeszcze jedną różnice: hormonki to serwis bezpłatny. ciekaw jestem jak więc autorzy widzą model biznesowy hormonek. tam jest jedno oczywiste źródło kasy i to bardzo, bardzo obfite: producenci środków antykoncepcyjnych. ale czy twórcy hormonek schylą się po te pieniądze? skoro uważają, że "wbrew wszelkim opiniom..."
    • istnieje też taka możliwość, że hormonki, to po prostu wersja 28dni zrobiona w ramach dealu z o2.
11:57, reuptake
Link Komentarze (17) »
  • onet w charakterystycznym stylu
    • bez linka do serwisu www, o którym pisze
  • poinformował o starcie nowego serwisu społecznościowego (ziew) o nazwie nasza-barka.pl. wprawdzie strona "o nas" jest dość obszerna, ale dość trudno jest precyzyjnie określić grupę docelową. teoretycznie serwis skierowany jest do wszystkich, którzy "żyją wartościami chrześcijańskimi", ale za chwile pojawia się sformułowanie, że ma on stanowić świadectwo, iż "młody polski kościół jest żywy". "kościół" jest tam z małej litery, ale osoba papieża wspominana jest na tyle często, że raczej nie ma wątpliwości, o który kościół chodzi.

  • największym problemem każdego startującego serwisu jest uruchomienie wirusowego mechanizmu zapraszania. nasza-barka motywuje do zapraszania znajomych, odwołując się oczywiście do jana pawła 2. nie wiesz, czy faktycznie chcesz kogoś zaprosisz? lenisz się? zrób to nie dla siebie, ale dla papieża. w nagrodę otrzymasz "kurs na szczęście", czyli jednominutowe nauczanie papieskie.
  • mamy też "naszo-klasową" motywację (odnajdywanie znajomych po latach)
    • Nasza-barka.pl to jedyne miejsce w Internecie, w którym, już wkrótce, odnajdziesz swoich znajomych z pielgrzymiego szlaku. Bez względu na to ile dziś dzieli Was kilometrów i jak dawno spotkaliście się w czasie rekolekcji w drodze. Nasza-barka.pl stwarza niepowtarzalną okazję aby odnowić znajomości i pomóc się spotkać.
  • poza "barkami" serwis oferuje całkiem sporo funkcji, takich jak ogłoszenia, informacje o wydarzeniach czy galerie.
  • nasza-barka to drugi serwis firmy, która założyła już serwis matrymonialny przeznaczeni.pl. miałem okazję wysłuchać prezentacji szefa tej firmy i sprawił na mnie wrażenie kompetentnego menedżera, który znalazł swoją niszę i teraz będzie ją eksploatował na tyle, na ile się da. a jp 2.0 to dobry brand, w dodatku przez nikogo nie zastrzeżony.
10:14, reuptake
Link Komentarze (7) »
  • jakiś czas temu pisałem, że jedną z bolączek polskiej blogosfery jest brak linków w blogowych wpisach. to właśnie linki są tym, co decyduje o istnieniu blogosfery jako pewnej całości. wpadłem na pomysł zrobienia jakiejś akcji, dogadałem się z kubą filipowskim, wciągnęliśmy w to bartka raciborskiego
    • który niedawno zresztą o jednym z aspektów linkowania, jakim jest powoływanie się na źródła, pisał na swoim blogu
  • napisałem manifest, netguru zrobiło stronę + przycisk i ruszamy.
  • LINKUJMY! - akcja hipertextowa
  • bardzo bym chciał, żeby w akcję zostały wciągnięte:
    • serwisy blogowe
    • agregatory
    • i wszystkie blogi, także (zwłaszcza) te nie zajmujące się technologią
  • linkujmy się, to nie boli. a jest pożyteczne.
czwartek, 03 kwietnia 2008
  • rekrutujemy do blipa. rubystów o szerokich horyzontach.
11:25, reuptake
Link
wtorek, 01 kwietnia 2008
  • szczerze mówiąc, myślałem, że primaaprilisowy dowcip z techcrunch.pl był szyty tak grubymi nićmi, że nie będę musiał nic wyjaśniać. ponieważ jednak (ku mojej szczerzej i niezłośliwej radości) kilka(-naście/-dziesiąt) osób dało się nabrać, wyjaśniam, że na szczęście netto nie zmieni się w techcrunch! mam nadzieję, że ten żart nie pozostawił rozczarowania
    • mam tu na myśli osoby, które zgłosiły się do pomocy przy pisaniu bloga
  • że google mnie nie zbanuje, jak mnie tu straszono, że choć tam, gdzie miało być san francisco nadal będzie wypunktowane rżysko, będziemy spotykać się na blogu netto nadal. będę nadal pisał w tych okropnych punktach i będę starał się nie być takim nadętym bucem jak w tych niewypunktowanych wpisach, które popełniłem
  • dziękuję za wspólną zabawę, szczególne podziękowania należą się mcguru za użyczenie domeny.
    • ps. z tego, co mi wiadomo, nasza klasa nie łączy się fotką. natomiast przyznam się, że i mnie rafał agnieszczak początkowo wkręcił z planami giełdowymi fotki :-) a zresztą, kto go tam wie...
  • jeśli nie masz jaj lub twoje kompleksy są za mało rozwinięte, by z nich czerpać inspirację do prowadzenia bloga osobistego, pomyśl o tym, by brak cojones zrekompensować symulacją posiadania przerośniętego mózgu i załóż bloga profesjonalnego aka eksperckiego. bloga profesjonalnego prowadzi się naprawdę łatwo. dużo łatwiej jest też udawać wiedzę niż tupet.
  • wydaje ci się, że się na niczym nie znasz? to się poznasz. nie jesteś ekspertem w żadnej dziedzinie? to nim zostań.
  • spróbujmy najpierw zdefiniować pojęcie eksperta tak, by było ono, powiedzmy, wygodniejsze w obsłudze.
    • uważano, że ekspert to osoba, która zna się na tym, co robi. ale to przeszłość. należy implikację odwrócić. skoro coś robisz, więc widocznie jesteś właśnie w tym ekspertem. zrozum: 95% czytelników twojego bloga nie pracuje w mcdonaldsie na zmywaku, nie jest niższej rangi popychaczem biurowym w koncernie produkującym śrubki, nie zbiera psich kup na terenie zamkniętego osiedla, nie programuje w visual basicu itd itd. dla nich twój świat jest światem obcym, ciekawym i niedostępnym, a ty jesteś ekspertem w swojej dziedzinie.
    • spójrz na to od drugiej strony. kiedyś uważano, że ekspert, to ktoś kto jest mądry i w związku z tym udziela porad. i znowu, odwracamy: skoro ktoś udziela porad, to zapewne jest mądry ergo jest ekspertem. świat trochę stanął na głowie i lepiej się dostosować. nie trzeba być ekspertem by udzielać porad! ale trzeba udzielać porad, by być ekspertem.
  • musisz więc wybrać sobie dziedzinę, którą będziesz opisywał. może być ona związana z twoją pracą zawodową. oczywiście nie musisz nigdzie pracować, nawet lepiej jeśli nie pracujesz. pisanie bloga profesjonalnego to idealne zajęcie dla bezrobotnego! musisz tylko uważać, bo szybko zaczniesz dostawać oferty pracy. eksperci są w cenie.
  • jeśli nic ci nie przychodzi do głowy, zawsze jest kilka dziedzin, na których znamy się wszyscy. przebić się w nich dość trudno, właśnie z tego powodu. są to: sport, polityka, muzyka, film, reklamy telewizyjne i seks. będziesz miał konkurencję i to nie tylko wśród blogerów: na te tematy piszą również gazety. lepiej więc wybrać coś bardziej niszowego.
  • masz zupełną pustkę w miejscu, w którym powinien znajdować się mózg? pisz bloga o blogowaniu. tradycyjne media mało o tym wspominają, a skoro piszesz bloga, to znasz się na pisaniu blogów. a jeśli się nie znasz, to zacznij pisać bloga. jeśli piszesz bloga o blogowaniu, to znasz się niejako do kwadratu. i tak dalej. ideałem byłby blog na temat pisania bloga o blogowaniu i kolejne iteracje tego pomysłu.
    • jest jeszcze jedna kategoria. są tak zwane blogi motywacyjne. o ile typowy blog profesjonalny jest jednak blogiem o czymś
      • nawet jeśli tym czymś jest blogowanie
    • to blogi motywacyjne są blogami o czymkolwiek. mają za zadanie zmobilizowanie cię do dowolnej czynności. z oczywistych względów i ta tematyka cieszy się ogromnym zainteresowaniem blogujących. bloga motywacyjnego również może pisać przecież każda osoba, która cokolwiek robi, chyba, że robi zbyt wiele, żeby mieć czas pisać bloga. jeśli więc kompletnie nie masz pojęcia, co w życiu robić, blog motywacyjny jest zajęciem dla ciebie. dzięki niemu zyskasz liczne kontakty biznesowe wśród pracowników sektora marketingu bezpośredniego. co rana na twojej wycieraczce pojawią się świeże oferty, a twoja poczta głosowa będzie prawdziwym sezamem, pełnym okazji, promocji i przecen.
  • na początku masz wrażenie, że jednak nie jesteś specjalnie mądry. jak sprawić wrażenie mądrego? to proste. uświadom sobie, że mądrość nie jest mierzona bezwzględną miarą. wystarczy, byś był mądrzejszy od swoich czytelników. jak tego dokonać? to proste: potraktuj ich jak idiotów.
    • na kilka sposobów
      • pisz banały.
      • powtarzaj się.
        • notka powinna składać z trzech części: wstępu (piszesz, o czym chcesz napisać), rozwinięcia (piszesz, to co chcesz napisać) i zakończenia (piszesz, co napisałeś).
      • pisz w formie list ("5 kroków po trawniku, gwarantujących, że w nic nie wdepniesz"), żeby się debile nie pogubiły.
      • powołuj się na mądre, do których tylko ty masz dostęp. źródła. na przykład na wikipedię.
  • samą tylko treścią trudno jest wywołać wśród czytelników wrażenie, że właśnie piją duszkiem z krynicy mądrości. liczy się też wygląd i to dużo bardziej niż na blogach osobistych:
    • blog profesjonalny musi zawierać twoje zdjęcie. koniecznie powinieneś się na nim szczerzyć od ucha do ucha (istnieje wiele tutoriali dotyczących wybielania zębów w photoshopie, skorzystaj z nich). zdjęcie musi być kolorowe, tło powinno być typowym abstrakcyjnym tłem fotograficznym. załóż krawat, koszulę, okulary lub garsonkę itd. bądź profi. możesz też trochę złamać konwencję i pokazać się z rodziną. równie wyszczerzoną i wpatrzoną w obiektyw. oznacza to, że a) jesteś też człowiekiem i w tym jednym miejscu to ujawniasz, b) jesteś tak profi, że utrzymujesz całą rodzinę ze swojego ekspertowania, a nawet fundujesz im wybielającą pastę do zębów.
      • ale pamiętaj, masz się tak szczerzyć, jakbyś brał udział castingu do roli żarłacza w nowej części "szczęk". albo bardziej.
    • musisz podpisać się imieniem i nazwiskiem. dobrze wstawić sobie dodatkowy inicjał lub dwa. nie ujawniaj daty urodzenia. nie pisz gdzie pracujesz. raczej podaj skąd cię wyrzucili, tam już nikt nie sprawdzi na jakim faktycznie byłeś stanowisku. w ogóle nie pisz za dużo o sobie. na blogu profesjonalnym liczy się, że ty-ekspert piszesz o sprawach, które nie dotyczą bezpośrednio ciebie. większość ludzi zna się na tym, co robi. ale ty jesteś ekspertem. znasz się na tym, co robią inni!
    • jeśli jesteś bezrobotnym, napisz, że zajmujesz się konsultingiem. albo "w wolnych chwilach doradza, jak najpełniej wykorzystać potencjał..."
    • białe tło, czarny tekst. dopuszczalny kolor dodatkowy to granatowy. chyba, że piszesz o reklamie, wtedy może być czerwony lub o muzyce, wtedy tło nie może być białe. jeśli blog jest o sporcie, postaraj się, żeby był wyjątkowo brzydki. niech wygląda jak "oprawa meczu". design powinien być standardowy, korzystaj z gotowych szablonów.
    • powinieneś mieć blogroll. linkuj do światowych ekspertów w twojej dziedzinie. zalinkuj też do google'a i do onetu. to są liderzy, ty też jesteś liderem i używasz narzędzi, jakich używają liderzy.
    • rób zestawienia i podsumowania. napisałeś trzy wpisy? super. napisz czwarty z podsumowaniem. podsumuj każdy tydzień. każdy miesiąc. zrób podsumowanie podsumowań.
    • używaj wszystkich możliwych wklejek i gadżetów. zwłaszcza istotne są ikonki do wykopu, digga itd, postaraj się, aby było ich jak najwięcej.
    • koniecznie ozdabiaj wpisy zdjęciami, które nie muszą przedstawiać niczego konkretnego ani być związane z tematem. najlepiej zresztą, jak nie przedstawiają. zadbaj, by zdjęcia wyglądały na upozowane i nienaturalne. dwóch gości w garniakach przybijących piątki na tle biurowca ze szkła i aluminium to idealna fotka na każdą okazję. zdjęcia tego typu kradnie się ze stocków. jeśli są zabezpieczone tzw. "watermarkiem", zostawiaj go. współpracujesz z profesjonalistami, niech będzie to widać po fotkach.
    • tagi, kategorie... wszystko to tylko czeka, byś sobie poużywał jak prawdziwy profi
  • lansuj się, gdzie możesz. wklejaj linki, spamuj, wykopuj się na wykopie, komentuj na dowolny temat na innych blogach. jeśli ktoś jest od ciebie lepszy, poproś go liżąc mu tylnią część ciała o linka na blogrollu. pozostałym udzielaj łaskawego pozwolenia na zalinkowanie do ciebie.
  • jak pisać?
  • wyobraź sobie, że jesteś tym gościem z reklam proszków czy odkamieniacza do pralek, który wręcza zadowolonej pani domu nowy produkt i objaśnia z uśmiechem na ustach jego naukowo udowodnione zalety. dobry chrześcijanin zadaje sobie pytanie: co jezus zrobiłby na moim miejscu. ty spytaj się sam siebie: jakiego bloga pisałby mr proper?
  • pisz ciepło i pozytywnie. w każdym zdaniu podkreślaj, że to co piszesz, jest ważne i przełomowe (wytłuszczaj dużo!). jeśli to co piszesz to wiadomości trzeciej ważności, tym bardziej podkreślaj ich istotność, którą tylko ty, jako prawdziwy ekspert jesteś w stanie docenić.
  • nie dyskutuj z innymi ekspertami z twojej branży. raczej przytaczaj ich i cytuj. możesz najwyżej czasem trochę poszydzić z niedouczonych pismaków, ale raczej z tych z drugiej ligi. tych z pierwszej mogą twoi znać czytelnicy lubić (dokładnie z tego samego irracjonalnego powodu, z którego lubią ciebie: bo ich znają).
  • nie powołuj się na źródła. to nudne i nikogo to nie interesuje. niech czytelnicy pomyślą, że informacje dotarły do ciebie jako do pierwszej osoby w branży
    • słowo "branża" jest bardzo ważne. branża jest ważna. branża to przynależność. nie dookreślaj, jaka to branża. branża to branża, trzeba być w branży, żeby wiedzieć czym jest branża.
  • gdy jest to oczywiste, możesz przytoczyć źródło informacji. ale musi być to źródło o kilka poziomów wyżej od ciebie. daj sygnał, że się zakolegowaliście. "frank z financial times napisał dziś...". możesz też wspomnieć o źródłach dobrze poinformowanych, twoich tajnych kontaktach i informatorach. nawet jeśli news był w głównym wydaniu wiadomości, daj czytelnikom do zrozumienia, że ty dostałeś go z pierwszej ręki.
  • pisz regularnie i często. wiele osób będzie pisać o tej samej dziedzinie, którą wybrałeś. wykończ konkurencję regularnością. przypominaj się czytelnikom, kiedy tylko możesz. nie masz co napisać? napisze podsumowanie tego co napisałeś.
  • po pewnym czasie twoi czytelnicy mogą dojść do wniosku, że skoro masz tyle czasu na pisanie. to dziwne jest, że znajdujesz jeszcze go jeszcze na karierę zawodową. musisz więc sugerować, że piszesz w rzadkich wolnych chwilach, które dosłownie wyszarpujesz ze swojego napiętego kalendarza. kończ notki frazami w stylu "a teraz muszę kończyć, czeka mnie spotkanie z ważnym menedżerem, którego nazwiska nie mogę zdradzić.", wstawiaj wstawki w rodzaju "piszę o tym, mimo iż jestem nieco zmęczony po wypełnionym spotkaniami dniu", często używaj sformułowań: "mój kalendarz spotkań" (napięty), "plan dnia" (zapięty), "notes" (wypełniony)
    • jeśli jesteś zmuszony zrobić przerwę, poinformuj koniecznie o tym czytelników w oddzielnym wpisie. albo nawet we dwóch. bardzo ich przepraszaj, w tonie: "wasz guru jedzie na zasłużony urlop, jak wy to wytrzymacie? nie mam pojęcia. wykorzystajcie ten czas na nauczenie się na pamięć moich wpisów z archiwum". niech tęsknią. kiedy wrócisz, to samo: napisz wpis, że wróciłeś. w kolejnych kilku wpisach nie zapominaj o wzmiankach o urlopie. niech myślą, że byłeś bóg wie gdzie. może nawet w jastarni.
  • dużo oceniaj. rób rankingi. wybierz siebie do jury. jury jest z definicji kompetentne! przyznawaj nagrody, zwłaszcza lepszym od siebie: to ich sprowadzi do roli przyjmujących od ciebie wyróżnienie. a wiadomo, że wyróżniający musi być bardziej kompetentny od wyróżnionych.
  • możesz również publikować raporty. czym są raporty? raport to taka dłuższa (dużo dłuższa) notka, zapisana w pdf. musi być w pdf, inaczej nikt nie pozna, że to raport. w przeciwieństwie do wpisu blogowego, raport może być kompletnie bez sensu. po pierwsze mało kto go ściągnie, po drugie mało kto go otworzy, po trzecie mało kto go przeczyta, po czwarte i tak go nikt nie skomentuje.
  • odpowiadaj tylko na wybrane komentarze. komentarze, w których lukru pod twoim adresem jest najwięcej, cytuj w notkach. "napisała do mnie joanna z pcimia [tu cytat]. dziękuję ci joanno za miłe słowa..." itd. zauważyłeś jak zwracać się do swoich czytelników? po imieniu, zawsze po imieniu, chyba, że cię krytykują.
    • jeśli jesteś w podeszłym wieku, np. masz więcej niż 21 lat, możesz też pisać per "pan/pani" uzupełniając o imię ("pani joanno, dziękówa...")
      • jeśli jesteś strasznie stary i bardzo mądry (skończyłeś studia) wybierz formę "pan/pani" + zdrobnienie imienia ("pani joasio, dziękuję...")
  • krytykę przymilczaj. szkoda na krytykujących czasu. na pewno szybko zbierzesz grono klakierów, które odeprze ataki na ciebie metodami, którymi sam sobie nie pobrudzisz rąk. jeśli jednak chcesz uczestniczyć osobiście w dyskusji, do krytykujących zwracaj się per "pan/pani" (broń boże bez imion, może być po nazwisku) lub całkiem bezosobowo. niech nie pomyślą sobie, że są u siebie w domu! możesz też wycinać ich komentarze. nie zapomnij jednak, by poużalać się na tym, że ty, ekspert, zostałeś (ach) zmuszony (och) do tej (ech) przykrej czynności, którą wykonujesz z ciężkim sercem. twoi klakierzy nie tylko cię poprą: będą ci jeszcze współczuć.
  • co pewien czas wyjaśniaj, dlaczego właściwie prowadzisz bloga. owszem, trochę się poświęcasz dla czytelników, ale tylko trochę. nie rób z siebie matki teresy z kalkuty. ot, masz taki kaprys zrobić coś po to, by świat był lepszym miejscem dla wszystkich zainteresowanych tematyką deratyzacji, z którą (los tak chciał, a twój talent pozwolił) masz zawodową styczność. w miarę swoich możliwości (skromnych) i swojej wiedzy (rozległej) dzielisz się informacjami z motłochem. i tak trzymaj. bądź jak pan proper. zawsze o klasę lepszy od tych idiotek.
18:49, reuptake
Link Komentarze (22) »
 
1 , 2