pisz się na to
zgrzyt

OpenID.pl


LinkedIn
RSS
czwartek, 22 kwietnia 2010

tak naprawdę historia internetu składa się zaledwie z trzech wydarzeń. były to wydarzenia mało spektakularne i niedostrzegane (media więcej pisały o pierwszej ambasadzie w second life...), ale jestem pewien, że to one trafią do podręczników historii.

pierwsze z nich to stworzenie protokołu tcp/ip i umożliwienie komunikowania się w sieci rozmaitym urządzeniom i uruchamianym na tych urządzeniach aplikacjom. było to lata temu, historia arpanetu i jego późniejszej ewolucji, w tle której malowniczo wznosi się grzyb po wybuchu bomby atomowej, brzmi dla nas jak bajka o smoku wawelskim. tym niemniej ?amerykańscy naukowcy? wymyślili co wymyślili i to dzięki nim, a nie cisco czy telekomunikacji polskiej możemy sobie ściągać filmiki popijając piwko. wymyślili to za wojskową kasę i, co wcale nie wydawało się oczywiste, rozdali, żebyśmy mogli sobie używać i żeby cisco (czy telekomunikacja) miała z czego żyć. i tak powstała warstwa infrastruktury sieciowej, składająca się z serwerów, routerów i kabli. nic fascynującego, a jednak: nie było by nic w tym dziwne, gdyby wydarzenie to przesunęło się w czasie o 10 czy 20 lat.

drugie wydarzenie to wymyślenie WWW. prace nad rozmaitymi systemami hipertekstowymi były prowadzone już wcześniej, ale tim b-l pierwszy złożył wszystkie elementy do kupy, opracował pra-HTML i pra-HTTP, a następnie znowu, rozdał światu. świat skwapliwie skorzystał z tego rozwiązania, które zepchnęło inne sposoby komunikowania się przez internet na margines. powstał pudelek, twoja strona, strona twojej-starej i google. potem producenci przeglądarek zaczęli się kłócić, my na tym podobno zyskaliśmy (15 lat temu za przeglądarki trzeba było płacić, dziś microsoft swój darmowy produkt reklamuje na bilboardach), stron było więcej i więcej, zaczęły powstawać serwisy społecznościowe, a media obwieszczały rewolucję co kilka lat, dla uproszczenia nadając kolejnym rewolucjom numery: web 2.0, web 3.0... zasadniczo jednak nie zmieniało się nic. nawet gorący gadżet ostatnich tygodni, czyli ipad, jest reklamowany m.in. jako świetne urządzenie do przeglądania stron www. a nawet, gdy uruchamiamy na nim aplikację a nie przeglądarkę, to zapewne posługuje się ona protokołem http wymyślonym na potrzeby stron www. prawie 30 lat temu.

i tak sobie funkcjonowały dwie warstwy sieci. kupowaliśmy kompa, podłączaliśmy go do sieci (etap pierwszy), potem włączaliśmy przeglądarkę internetową (etap drugi) i mogliśmy uznać, że Podłączyliśmy Się Do Internetu.

to się zmieniło.

teraz Podłączenie Się Do Internetu, będzie wymagało trzech etapów. pierwsze dwa znamy, trzecim będzie zalogowanie się do facebooka.

na naszych oczach powstaje kolejna warstwa sieci, warstwa "społecznościowa".

nie będę tu opisywał całej historii, wymieniał prekursorów, bo zrobi się tego historia jak o radzieckich uczonych, którzy wszystko wymyślili wcześniej, tylko jakoś nikt o tym nie wiedział. pokrótce: zaczęło się od prostego "podpisz się" (np. w komentarzach na blogach). żeby nie trzeba było się podpisywać za każdym razem wprowadzono "zarejestruj się". strony masowo zaczęły prosić użytkowników o rejestrowanie się, dzięki czemu mogły przechowywać informacje dotyczące danego użytkownika. potem nastąpiły dwa procesy: po pierwsze powstawały serwisy społecznościowe, czyli strony, gdzie ze "znajomymi" robiło się różne rzeczy (dyskutowało, wymieniało zdjęcia itd), po drugie podjęto prace nad tym, żeby nie rejestrować się w każdej stronie oddzielnie, tylko, co wygodniejsze i wbrew pozorom bezpieczniejsze, mieć jeden login i jedno hasło do wszystkich stron, co rozwiązano za pomocą tzw. openid.

problem w tym, że procesy te rozeszły się w dwóch przeciwnych kierunkach. serwisy społecznościowe miały mnóstwo informacji o nas, ale ich nie udostępniały innym. z kolei openid pozwalało zalogować się na wiele serwisów jednym loginem i hasłem, ale to wszystko, nie szły za tym żadne dodatkowe informacje, np. informacje o naszych znajomych.

i tu bezceremonialnie wszedł facebook. najpierw uruchomił możliwość tworzenia stron i aplikacji działających wewnątrz serwisu (strony działają "wewnątrz", aplikacje na granicy obu światów). klikamy "lubię to" i voila, widzimy wszystkie osoby, które to lubią (w tym, specjalnie wyróżnionych, naszych znajomych). nie do końca jesteśmy zapewne świadomi, że przez kliknięcie "lubię to" przy "stronie facebookowej", udzielamy niepisanej zgody na takie działanie facebookowi ("jeśli w przyszłości, ktoś polubi tą stronę, pokaż mu, że ja też ją lubię). następny etap trzeciej rewolucji, to możliwość logowania się do serwisów (nie będących własnością facebooka) przez login/hasło facebooka. jakie to wygodne! i dla użytkownika (dwa kliknięcia i "jestem", "jest" też mój awatar, moje imię i nazwisko i moi znajomi...) i dla twórców serwisów (choć oni pewnie czasem drapią się po głowie myśląc, czy zatrudnienie w roli straży granicznej zewnętrznej firmy - bo do tego można porównać to działanie - jest długofalowo korzystne. wyobraź sobie: lądujesz na okęciu, a tam chiński pogranicznik sprawdza twój chiński paszport, który wydają ambasady chińskie na całym świecie - nasze władze uznały bowiem, że i tak chińczyków jest najwięcej na naszej planecie a poza tym taniej nie mieć własnych ambasad i wydawać własnych paszportów).

wczoraj nastąpił kolejny krok, pieczętujący już ostatecznie powstanie kolejnej warstwy w sieci: warstwy społecznej. facebook umożliwił podłączenie serwisu do facebooka tak, żeby stanowił on część facebooka, choć nią faktycznie nie jest. napisałem to zdanie i zrozumiałem, że można by je napisać odwrotnie i też by było prawdziwe. kończy się bowiem czas, gdy był internet, a w tym internecie jedna wielka strona: facebook. 500 mln użytkowników, prawdziwy gigant. facebook zaczął  rozpowszechniać się w inny sposób: rozmywają granicę i nasączając sobą internet. tak jak kiedyś, w latach 80-90, coraz więcej ruchu w sieci generowały strony WWW, tak teraz coraz więcej stron w ten czy w inny sposób jest z facebookiem połączona. choć formalnie częścią facebooka nie jest, staje się częścią "szeroko rozumianego facebooka". bez niego nie może funkcjonować albo funkcjonować może, ale w tak ograniczonym stopniu, że nie ma to finansowego sensu. ta tendencja po wczorajszych informacjach od facebooka zacznie lawinowo narastać. facebook rozleje się po całej sieci. będziemy wchodzić tam rzadziej, ale korzystać częściej. pod każdym kawałkiem informacji będzie "lubię to" i "dodaj komentarz", a komentarze będą rozsyłane do naszych znajomych. zrodzi to wiele fascynujących możliwości, ale i wiele zagrożeń.

nie mam dziś wyjątkowo ochoty straszyć, choć to, co się dzieje jest ewidentnie groźne. dwie poprzednie warstwy sieci były poddane międzynarodowej standaryzacji. nie ma realnej możliwości, by jedna firma zaczęła "grzebać" w protokole TCP/IP i wprowadzać tam swoje zmiany. wprawdzie korporacje próbowały "przejąć władzę" nad WWW (okres wojny przeglądarek), ale okazało się, że gra jest nie warta stawki i znowu o tym, w jakim kierunku rozwijać się będą strony internetowe, decyduje organizacja W3C, która jest ciałem kolegialnym. tymczasem budowa społecznej warstwy internetu toczy się pod dyktando facebooka. tak, jest nasza-klasa, jest linkedin i jest jeszcze wiele innych serwisów społecznościowych. tym niemniej inicjatywa jest po stronie facebooka i wszystko idzie w kierunku zmarginalizowania "dużych" konkurentów fb (tak jak np. rozmaite usługi sieciowe zostały zmarginalizowane lub wchłonięte przez WWW, nawet maile wiele osób wysyła "przez strony"). mniejsi, niszowi, oczywiście pozostaną. warto przy tym pamiętać, że o ile poprzednie rewolucje były w dużej mierze "techniczne" to ta jest głównie "społeczna" - dominacja jednej firmy jest dużo groźniejsza. tu nie chodzi o standard dotyczący kabelków, tylko relacji międzyludzkich. do tej pory, podłączając się do internetu nie musieliśmy dokonywać znaczących społecznie wyborów (jaki awatar wybrać, jak się przedstawić, jakich znajomych dodać). teraz musimy i to pod nadzorem facebooka, który mówi, że np. nagie piersi są złe na awatarze. nawet jeśli wychowaliśmy się w afrykańskim plemieniu, gdzie widok kobiecych piersi nie jest niczym dziwnym. nawet jeśli nie chcemy gorszyć pruderyjnych amerykanów, a tylko skorzystać z jakiegoś serwisu, który akurat wybrał, że o tym, kto "istnieje" decyduje facebook.

"istnienie" nie jest tu słowem na wyrost. facebook buduje sieć, gdzie węzłami są nasze tożsamości, nasze ja, nasze "istnienie", a łączami już nie "kable" czy "linki" tylko nasze relacje interpersonalne. tak, o twojej przyjaźni czy miłości świadczy teraz twój facebook. to jest twoja obrączka czy pierścionek zaręczynowy. to jest twoja popularność w szkole, świadectwo że jesteś lubiany w pracy.

facebook fragmenty tej sieci udostępnia innym serwisom. jest więc bankiem naszego sieciowego bycia (albo niebycia). banki - przynajmniej w polsce - poddane są szczególnemu nadzorowi i chyba w ostatnich kilku latach mogliśmy się przekonać, że nie jest to złe rozwiązanie. facebooka na dobrą sprawę nie kontroluje nikt.

kijem wisły nie zawrócimy. tryumfalnego marszu facebooka na świecie też nie powstrzyma pan gąbka. warto tylko zdawać sobie sprawę, w jakim miejscu jesteśmy i co nas czeka. właśnie powstała kolejna warstwa sieci. zdarza się to raz na 20-30 lat. dzieje się to właśnie teraz.

oczywiście można z facebooka (czy przesiąkniętej facebookiem społecznej sieci) nie korzystać. zapomniałem dodać, że www też nie jest w internecie obowiązkowe. btw: internet równiez obowiązkowy nie jest, można pociągnąć własny kabel i puszczać w nim pakiety (albo i nie-pakiety) dowolnym w tym własnym protokołem. nie przypuszczam, by ktoś te pakiety odbierał, ale cóż, świat nie jest idealnym światem, a nawet nie jestem pewien, czy najlepszym z możliwych.

żyjemy w ciekawych czasach. nie wiem, czy to przekleństwo, czy błogosławieństwo.

ps. a teraz idę "na fejsa" wrzucić link do tego wpisu, blox ciągle nie jest podłączony do współczesnego internetu.

18:22, reuptake
Link Komentarze (132) »