pisz się na to
zgrzyt

OpenID.pl


LinkedIn
RSS
sobota, 12 lipca 2008
  • strona z cv nadsyłanymi do pekao została już zdjęta. ale ja chciałem jeszcze o tej sprawie napisać i przestrzec. bo jest jeszcze jedno cv, które wprawdzie na tej stronie się nie znajdowało, ale niedługo będzie krążyć po sieci i nie tylko.
  • otóż afera ta doczekała się (alleluja!) reakcji ze strony banku. teraz tricky-part: cytuję za polityką. polityka to poważne pismo, ale i tam nie powstrzymano się przed podaniem linku do cv (nie wiem, czy działał on jeszcze, czy też już nie). więc nie wiem, czy im wierzyć. polityka cytuje dyrektora biura prasowego banku pekao sa. który najpierw:
  • niemądrze (bardzo) się tłumaczy:
  • To pomysłowość internautów - trzeba było przecież specjalnie wstukać określony adres. Można było oczywiście wymyślić bardziej skomplikowany. Ale musi być jakieś miejsce na serwerze, gdzie fizycznie przechowywane są takie dane.
  • potem mówi, że mu przykro, bo to syf dla banku (a nie dla tych, którzy wysłali cv)
  • Jest nam bardzo przykro, szczególnie że bank to instytucja zaufania publicznego
  • następnie mówi, że "co złego to nie my, i to nie my będziemy płacili odszkodowania"
  • a na koniec i tu dopiero zaczyna się hardcore: straszy. cytuję:
  • Arkadiusz Mierzwa zapowiada, że kiedy zostaną ustalone numery IP tych internautów, którzy wykorzystali błąd informatyków i bezprawnie ściągali na swoje komputery prywatne dane z serwera banku PEKAO SA, osoby te zostaną pociągnięte do odpowiedzialności karnej
  • nie chcę wdawać się w szczegóły, jak choćby takie, iż "numery IP" nie są numerami internautów, a urządzeń. totalną głupotą w takim momencie jest straszenie. tu nie trzeba wielkiej wiedzy z zakresu pr, żeby wyczuć, że w takiej sytuacji ("daliśmy dupy") nie robi się takich rzeczy ("... więc wyłupimy oczy, wszystkim którzy patrzyli"). nie ma chyba lepszej metody na sprowokowanie agresji i wywołanie negatywnych emocji. "my jesteśmy w sumie w porządku, firma, która nam to robiła była trochę roztargniona, za wy pójdziecie siedzieć".
  • tak, już wiecie, o czyje CV mi chodzi w pierwszym akapicie notki.
14:12, reuptake
Link Komentarze (16) »
  • współudział, wspaniała rzecz i taka web 2.0.
  • gorzej, gdy dotyczy przestępstwa.
  • rzecz, o której piszę, jest już pewnie wszystkim znana. bank pekao uruchomił stronę, na którą można było wysyłać cv, ale nie zabezpieczył tych cv, wskutek czego "haker" "włamał" się na stronę i... no właśnie. zgodnie z duchem web 2.0 udostępnił je wszystkim zainteresowanym. koniec z przebrzmiałymi dwudziestowiecznymi zasadami, w myśl których należałoby raczej skontaktować się z administratorami serwisu, który się złamało lub też ewentualnie pokazać część danych, tak, by udowodnić swoje osiągnięcia, ale w taki sposób, by nie zaszkodzić ludziom, którzy wysyłali informacje o sobie. i którzy nie są winni tego, że ktoś w banku pekao dał ciała.
  • trudno, mleko się rozlało. jak bardzo? bardzo. zadbają o to dziennikarskie hieny. serwis "dziennikarstwa obywatelskiego" alert24 ma newsa.
  • sezon ogórkowy, takie wydarzenie jest na wagę złota. tylko dlaczego w tym newsie MUSI być koniecznie link do informacji, które bez wiedzy zainteresowanych zostały udostępnione/wykradzione (niewłaściwe skreślić) przez/z banku?
  • mnie to osobiście szokuje. czy naprawdę media powinny eskalować ewidentne naruszenie prawa? używam tu pojęcia prawo w sensie "prawo osób, które wysyłały informacje do ich ochrony"? dla mnie to już nie jest dziennikarstwo obywatelskie, nie jest to web 2.0. to owszem, współudział, ale w łamaniu prawa.
  • nie mówię tu o zamiataniu sprawy pod dywan. ale czy link do dokumentów był faktycznie niezbędny? czy tekst nie byłby bez niego wiarygodny? można mówić, że skoro coś "jest" w internecie, to będzie już krążyć i to, czy gazeta coś opublikuje, jest drugorzędne. dla mnie nie jest. okazuje się, że nie tylko "hackerów" zaczęła obowiązywać etyka 2.0. 
  • ps. na szczęście nie jestem osamotniony w tym poglądzie: 1, 2, 3...
12:32, reuptake
Link Komentarze (18) »
piątek, 11 lipca 2008
  • wikimapa czyli konkurencja dla zumi od o2. serwis startuje bardzo dobrze: świetna domeny, która tłumaczy czym strona jest ("wiki" - "redagujemy razem" + "mapa" - wiadomo, co redagujemy) i niezwykle prosty zestaw funkcji. właściwie funkcje są dwie: dodawanie punktów na mapę (czyli współtworzenie jej treści) i, gorzej nazwane, przysyłanie notek. to drugie polega na możliwości dodania tekstu do dowolnego punktu mapy, następnie otrzymuje się kod, który można wkleić na stronę.
  • sprawdźmy:
  • o2 sięga po user generated content, wabiąc użytkowników przekazywaniem pieniędzy na cele charytatywne. to kolejny niezły pomysł, w którym brakuje tylko możliwości pochwalenia się tym, ile środków dzięki wkładowi w wikimapę, przekazało się na zbożny cel. ale za to jest głosowanie, na jaki cel te pieniądze przeznaczyć (chociaż wszystkie dotyczą dzieci), a możliwość współdecydowania zawsze przyciąga.
  • punkty dodaje się dość "swobodnie", w łebdwazerowym duchu, tagując je, a nie wybierając kategorie. jest to wygodne, ale może za jakiś czas sprawić problemy: szukając baru nie znajdziemy pubu, a szukając hotelu pominiemy motele. podejrzewam, że nie będzie to jedyny sposób, w jaki o2 będzie chciało wzbogacić mapę od dane. zapewne jeśli ktoś ma ciekawe, "hurtowe", zasoby tego typu informacji, będzie mógł podać inny numer konta niż konto fundacji pomocy dzieciom.
  • wydawałoby się, że dwie funkcje to mało, a zumi zgniata wikimapę bogactwem informacji. problem w tym, że nie zawsze potrzebujemy tylu informacji. otwierając zumi napotykam coś w rodzaju przewodnika turystycznego. "atrakcje turystyczne gdańska". świetnie. ale otwierając wikimapę widzę... mapę. jeszcze lepiej.
  • oczywiście gdzieś za plecami czai się google i jego mapy. google dodawanie punktów do map ćwiczy od dawna, a funkcjonalności, jakie oferuje, są niezwykle bogate. od jakiegoś czasu wyświetla mapki także w wynikach wyszukiwania.
  • jak widać każdy ma swoją strategię. google lokalizuje produkty, które startowały w stanach, przenosząc coraz więcej funkcji do polski i korzystając z tego, że jest najpopularniejszą wyszukiwarką. onet od razu startuje z pozycji "największego", wydając mnóstwo środków zarówno na treść jak i na reklamę. a o2? skromniutko i tanio (nie wiem, ile kosztowało pozyskanie samej mapy) buduje swój serwis, który jak sądzę, będzie coraz częściej widoczny na rozmaitych stronach www. jeśli miałbym na szybko wysłać komuś punkt na mapie mailem lub wkleić mapkę na stronę, skorzystałbym raczej z wikimapy niż z zumi.
    • czasem nawet wygląda to zbyt tanio: nie trzeba chyba photoshopa, żeby dodać antyaliasing pod przyciski.
  • mapy to teraz bardzo gorący temat. jeśli dodamy coraz powszechniejsze użycie gps i innych technologii lokalizacyjnych, otrzymujemy produkt, który może być tak "wybuchowy", jak niegdyś były sieci społeczne. kolejny kawałek naszej rzeczywistości (tym razem relacje przestrzenne, a nie interpersonalne) przeniesiony do internetu.
  • ps. odrębną kwestią jest jakość samej mapy i jej dokładność. tutaj nie jestem w stanie sformułować żadnej oceny. na pierwszy rzut oka jest ok.
15:57, reuptake
Link Komentarze (6) »
niedziela, 06 lipca 2008
  • na blogu bokardo, który bardzo polecam (polecam też książkę joshua'y portmana "designing for the social web", ma ukazać się jej polska edycja) pojawiła się notka o koewolucji ludzi i narzędzi. portman pisze tam między innymi o aplikacjach, które zdobyły sobie rynek, mimo iż były na nim mocno spóźnione. wymienia kilka przykładów (wordpress, skitch, laterlooop, time machine), ja mogę też dorzucić choćby flickr, który przecież nie był pierwszym programem do publikacji i współdzielenia się zdjęciami, czy skype, który też nie był pierwszą aplikacją voip.
  • jeśli szukać wspólnych cech tych serwisów czy programów, to na pierwszy plan wybija się prostota użytkowania. można powiedzieć, że projektanci pierwszej fali skupiają się na wymyśleniu funkcjonalności ("zrobimy program, dzięki któremu będzie można rozmawiać przez sieć"). potem przychodzi druga fala i to często ona zdobywa trwale rynek, skupiając się na dobrym designie ("zrobimy lepszy program, dzięki któremu będzie można rozmawiać przez sieć naprawdę łatwo"). rozstrzygać, kto tu jest bardziej kreatywny nie ma żadnego sensu. oba rodzaje innowacji mają swoje miejsce w cyklu ewolucyjnym produktów.
  • piszę to jako trochę przydługi wstęp do prezentacji "jeszcze jednego systemu (mini)blogingowego" o nazwie posterous. patrząc na blogi tworzone w tym systemie, jak choćby ten, nie zauważamy niczego innowacyjnego: przychodzi na myśl tumbler. innowacja jest jednak gdzie indziej: w sposobie tworzenia notek.
  • posterous kładzie nacisk na pisanie bloga za pomocą maili. proszę jeszcze nie ziewać. wiem, że prawie każdy system blogowy na to pozwala. różnica jest w wykonaniu. na czym polega? sprawdźcie. po prostu napiszcie w mailu notkę blogową (tytuł w tytule maila, treść w treści) i wyślijcie ją na post@posterous.com. to wszystko. blog zostanie założony, wpis opublikowany. nie ma żadnych wcześniejszych, nie ma żadnych dalszych kroków, aczkolwiek można zmienić po fakcie nazwę bloga, jego wygląd, czy też włączyć możliwość publikowania także za pomocą interfejsu www.
  • jakie zalety ma publikowanie notek mailem? przede wszystkim prawie każde urządzenie przenośne komunikujące się w jakiś sposób z siecią ma możliwość wysyłania maili.
  • można też wskazać wiele wad. programy pocztowe to nie edytory notek. jednak posterous stara się tak obrobić maile, byśmy mogli wysyłać nie tylko tekst, ale także obrazki (tworzy z nich prostą, wygodną galerię pod notką), muzykę (wkleja wówczas player) a także, podobnie jak blip, przekształca rozmaite "znane" urle w playery. wystarczy, że wkleisz w mailu odnośnik do youtube'a: na blogu pojawi się player z danym wideo. widać, że twórcy serwisu, w który zainwestował zresztą ycombinator, co już jest swoistą rekomendacją, postarali się. i naprawdę zrobili coś, co jest nową jakością w porównaniu wordpressem, które niby pozwalają na to samo. ale tylko niby: zobaczcie, jakie to skomplikowane.
  • prawdziwe problemy są gdzie indziej: takiego bloga, w którym publikuje się notki wysyłając je mailem można łatwo przejąć. czytelnikom techcruncha nie zajęło to wiele czasu. posterous nie poprzestaje na prostym sprawdzaniu pola "from:" w mailu, to byłoby zbyt naiwne, ale w dążeniu do prostoty (wszystkie notki wysyła się na ten sam adres maila, nie ma żadnych "tajnych adresów mailowych" przydzielanych per user) jest tak konsekwentny, że wpada w innego rodzaju problemy. z którymi pewnie będzie musiał się jakoś uporać, inaczej nie widzę dla niego przyszłości. zastanawiam się też, jak sobie poradzi z lawiną spamu. przecież spamerzy już dopisują do automatów wysyłających reklamy viagry i przedłużacze penisa adres post@posterous.com
  • być może analogia do serwisów wymienianych na początku tego wpisu jest o tyle niepełna, że choć posterous jest innowacyjny pod względem designu, to świata jednak nie podbije. to możliwe. ale - przynajmniej dla mnie - jest to niezwykle inspirujący serwis, pokazujący, w jakim kierunku można myśleć.
  • nie byłbym sobą, gdybym nie zwrócił uwagi na to, jak różne jest podejście w polsce. pojawia się coś fajnego (tumbler), ktoś w usa myśli "tumbler jest świetny, ale ja zrobię podobny serwis, tylko jeszcze lepszy i może zdobędę popularność w drugiej fali". a w polsce: "tumbler jest fajny, trzeba zrobić coś podobnego, ale zrobmy to byle jak, gorzej od pierwowzoru: ciemny lud to kupi, bo nie zna angielskiego". wynikiem pierwszego sposobu myślenia jest posterous, drugi prowadzi do powstania tak wspaniałych serwisów jak bublo.pl. nie jest to czyjaś osobista "wina", tak to już u nas się kręci od lat, ale to temat na inną notkę.
12:06, reuptake
Link Komentarze (16) »
środa, 02 lipca 2008
  • to trzecia i ostatnia część relacji z rebootu.
  • drugi dzień zaczął się dla mnie dość późno i niestety, nie udało mi się dotrzeć na miejsce akcji wystarczająco wcześnie, by posłuchać jerry'ego michalskiego. zamierzam nadrobić to, gdy udostępnione zostaną nagrania wideo.
  • zdążyłem na dyskusję w małej salce (szatni, sądząc po zapachu, a raczej braku tegoż: damskiej), na temat "związków 2.0". brało w niej udział kilkanaście osób, poszedłem tam głównie po to, by zobaczyć, jak wyglądają tego typu sesje. dyskusja, była naprawdę ciekawa, a moja osobista refleksja jest taka, że stan narzędzi sieciowych służących do podtrzymywania relacji interpersonalnych w internecie jest daleko niezadowalający. wielokrotnie spotykałem się, nie tylko na tym spotkaniu, ze stwierdzeniem, że dana osoba używa dwóch różnych sieci społecznych tylko po to, by w każdej z nich kultywować inny rodzaj znajomości. "na jaiku mam osoby, które znam dobrze, a na twitterze, takie, które znam głównie z sieci i właściwie tylko dlatego używam dwóch serwisów zamiast jednego". teoretycznie facebook pozwala na określenie, na czym dana relacja polega, w praktyce niewiele z tego wynika.
  • ps. jak możecie się domyślić, na spotkanie o związkach przyszło sporo kobiet. w różnym wieku, 1.0, 2.0, 3.0. i tu przestroga.

  • (cc) illustir
  • potem przeniosłem się do głównej sali na prezentację davida recordona, poświeconą technologiom, które budują otwartą sieć. od rss przez openid, oauth aż do opensocial. dla mnie nie było w niej nic odkrywczego, ale publiczność dobrze go przyjęła.
  • kolejną prezentacja była poświęcona "krzywej kreatywności". pewnie wrócę do niej na wideo, bo w sali było tak duszno, że niewiele z niej zapamiętałem. niezrażony tym, po lunchu udałem się znowu do sali "box", zawieszonej nad głównym pomieszczeniem budynku, by posłuchać o pięknie w web designie. niestety i z tej prezentacji niewiele wyniosłem: zbyt poświęcona była ona zjawisku piękna w teorii, za mało zaś skupiała się na tym, czym jest piękno w kontekście webu, nie mówiąc już o braku konkretnych przykładów.

  • następnie wystąpili... piraci z zatoki piratów. jak wyglądają piraci? ok, może nie spodziewałem się opaski na oku, drewnianej protezy i haka zamiast dłoni, ale magnus eriksson z partii piratów i peter sunde z the pirate bay byli tak zwyczajni, że było to dla mnie pewnym szokiem. niezbyt sprawni jako prezenterzy poruszyli jednak ciekawy problem ustawodawstwa "acta". acta to dość tajemniczy traktat miedzynarodowy, mający na celu zwalczanie naruszania praw związanych z własnością intelektualną. ma on działać ponad granicami państw i narzucać pewne regulacje wszystkim jego sygnatariuszom, takie jak np. obowiązkowa penalizacja pewnych naruszeń praw intelektualnych (ściganie ich z urzędu jako przestępstw kryminalnych). nad przestrzeganiem traktatu ma czuwać specjalna organizacja, powołana tylko do tego celu i nie będąca pod kontrolą rządów czy onz. są to tylko jedynie niepokojące domniemania, gdyż negocjacje na temat acta są tajne, mamy do dyspozycji jedynie przecieki.

  • (cc) HenrikAhlen
  • niezwykle ciekawe, choć trudne w odbiorze było kolejne wystąpienie, które wygłosił jyri engeström, (współ)twórca jaiku, pracujący teraz dla google'a. jyri również nie jest porywającym mówcą, ale jego przemyślenia są godne uwagi. zaczął od krytyki dotychczasowego patrzenia na sieci społeczne i analizowania ich jako połączeń pomiędzy uczestnikami. stąd koncepcja "obiektów społecznych". osoby w sieci społecznej łączą się nie bezpośrednio, ale właśnie poprzez te obiekty. dużo uwagi poświęcił jyri urządzeniom mobilnym, które są w stanie tworzyć nowe obiekty społeczne. iphone (z sdk) porównał do mikroskopu, który otworzył przed naukowcami cały nowy, niedostępny wcześniej świat. dalej jego prezentacja przeniosła się w nieco futurystyczne regiony wykrywania "punktów węzłowych", czyli automatycznego wyszukiwania w sieci, tego, co nas powinno interesować. nie w sieci www: w sieci społecznej, która nas otacza i której jesteśmy częścią. zamiast friendfeeda czy flakera, które są przeniesieniem "tail -f /home/users/joe/logs/activity_log/" do www, dostawalibyśmy informacje przefiltrowane z uwzględnieniem tego, gdzie się znajdujemy, w jakim jesteśmy nastroju i jakie mamy aktualnie potrzeby społeczne. google nad tym już pracuje... to tylko mały fragment z tego, o czym mówił jyri, slajdy już są dostępne, ale mimo wszystko zaczekałbym na video.

  • w tej samej sali, chwilę później, miały miejsce mikroprezentacje w stylu pecha kucha. nie wszystkie widziałem, ale te, które udało mi się zobaczyć, były w znakomitej większości świetne. zwięzłe, dowcipne i żywe. wiele można się nauczyć jeśli chodzi o sam sposób prezentowania od uczestników rebootu.

  • (cc) illustir
  • na zakończenie, w głównej sali wystąpił chris messina aka factory joe. chris jest jedną z osób, które tworzą bardzo mi bliski projekt diso. jego prezentacja obejmowała bardzo wiele tematów. interesujące były wątki poświęcone historii pierwszych barcampów, które chris organizował (pierwszych, w sensie "naprawdę pierwszych": przy okazji okazało się, że polskie spotkania pod tą nazwą łamią podstawową zasadę tego typu spotkań: każdy uczestnik musi coś przygotować). opowiadał także o tym, jak powstały pierwsze wspólnoty coworkingowe w kaliforni oraz oczywiście o technologiach składających się na projekt diso.
  • na tym reboot, a przynajmniej jego część "oficjalna" (o ile można tu mówić o jakiejkolwiek oficjalności) się skończył. pozostało uczucie niedosytu. rozmawiałem o tym z organizatorami. "tyle prezentacji, które musiałem opuścić. ciągła konieczność wybierania, poczucie straty". "tak ma być. przyjedź za rok." - odpowiedziano mi. i faktycznie, coś w tym jest. ma się wrażenie, że koniecznie trzeba przyjechać jeszcze raz i posłuchać tych, których nie zdążyło się wysłuchać w tym roku. ja na pewno się wybiorę.
  • po zakończeniu wystąpień uczestnicy rozjechali się po całej kopenhadze na kolacje. kolejny przykład "lekkości" organizacyjnej rebootu: w połowie dnia wywieszono po prostu mapę z zaznaczonymi lokalami i kilka pustych kartek z nazwami restauracji, w których już wcześniej zarezerwowano miejsca. uczestnicy wpisywali swoje nazwiska na tych kartkach, tworząc grupki, które następnie wspólnie udawały się na posiłek.
  • to nie koniec. po kolacji zgromadziliśmy się w jednym z lokali na afterparty. była to jedna z najdziwniejszych i najbardziej niezwykłych imprez, w jakich miałem możliwość uczestniczyć. zaczęło się dość zwyczajnie: ludzie schodzili się, kupowali drinki i piwo, rozmawiali. robiło się coraz tłoczniej i coraz goręcej. w dodatku w środku nie wolno było palić. zaczęto więc wychodzić na zewnątrz, by tam porozmawiać w chłodniejszych warunkach. szybko okazało się, że piwo w sklepach jest (znacznie) tańsze niż w środku, więc wycieczki do seven eleven kursowały w tą i z powrotem.
  • to jednak nie spodobało się ochronie lokalu, która zabroniła wynoszenia drinków na zewnątrz. nadal spora grupka palaczy stała przed budynkiem, ale ogólna atmosfera siadła: w środku duszno, na zewnątrz nie można wyjść z piwem...
  • i nagle, na drugiej stronie ulicy pojawił się młody człowiek z wózkiem...

  • ... wypełnionym piwem i samochodowymi akumulatorami. w wózku miał jeszcze ipoda, z którego puszczał muzykę, przez przytwierdzone do pojazdu głośniki. 10 koron to okazyjna cena piwa jak na kopenhagę (ok. 5 zł), po drugiej stronie jezdni ochrona mogła nam naskoczyć, więc szybko zużyliśmy całe zapasy magazynowe, na szczęście szybko udało się zorganizować kolejne dostawy, co przyciągnęło następnych uczestników. dość powiedzieć, że po niedługim czasie na kopenhaskiej ulicy bawiło się przy dźwiękach muzyki około 100 osób (a lokal świecił pustkami).
  • mieliśmy nawet live act w postaci pokazu tańca przy akompaniamencie sekwencera.
  • potem, jak można wywnioskować z youtube'a i flickra (bo ja zdążyłem się zmyć), we wszystko wmieszała się policja (najpierw jeden policjant w cywilu, zobaczcie film, a potem dość imponująca liczba funkcjonariuszy z tamtejszego zomo), aczkolwiek nie wiem, do czego się przyczepili: sądzę, że do blokowania ścieżki rowerowej, co w kopenhadze musi być strasznym przestępstwem. picie piwa na ulicy przestępstwem nie jest, jest wręcz, jak mi tłumaczono, "encouraged". thomas twierdzi, że policję wezwali menedżerowie z baru, w którym organizowano afterparty, gdy zauważyli, że goście wolą bawić się z nami i pić nasze, może nie darmowe, ale z pewnością tańsze, piwo :) impreza zakończyła się więc stylowo.
  • na koniec, last but not least: ogromne podziękowania dla trzech osób, bez których nie pojechałbym na reboot. nikolaj nyholm z polarrose powiedział mi o spotkaniu, a jego firma pokryła koszty wpisowego. peter madsen-mygdal (brat głównego organizatora) gościł mnie u siebie w domu (co wiązało się czasem z otwieraniem mi furtki o 3 nad ranem), poproszony o to przez arka hajduka. dzięki!
  • i w stylu jobsa: one more thing. jest szansa na podobną imprezę w polsce. stay tuned. ale jeszcze nie dzwońcie na policję.
  • ps: jeśli wam mało, to jest jeszcze relacja na blipcascie + google waszym evil przyjacielem. rozumiem, że za rok jedziemy w większej grupie?
19:50, reuptake
Link Komentarze (4) »
wtorek, 01 lipca 2008
  • zanim przejdę do opisania tego, co na reboocie się działo, a raczej tej części, którą w jakimś stopniu zarejestrowałem, jeszcze jeden odnośnik do relacji z imprezy i cytat, który powinien pojawić się przy poprzedniej notce:
  • What's striking about Reboot is that every year the conference, its date schedule, location, speaker programme, ticketing, web site and many other aspects get determined only at the very last minute. [...] Even more remarkable was that none of the people I spoke with seemed to be bothered by this uncertainty at all, to the contrary: "it works out every year, just go with the flow", was the consensus.
  • to, czy i do jakiego stopnia nasz mózg działa wielowątkowo, jest ciągle przedmiotem debaty. nie ulega jednak wątpliwości, że nasze ciało w danym momencie może znajdować się tylko w jednym miejscu w przestrzeni. stąd opisanie debaty, która toczyła się na reboocie w kilku równoległych wątkach, jest właściwie niemożliwe. opowiem tylko o kilku sesjach w których mogłem uczestniczyć. w tym wpisie zajmę się pierwszym dniem konferencji.


  • (cc) tonz
  • reboot10 przebiegał pod hasłem "free". wolność to bardzo szerokie pojęcie i każdy definiował je na swój sposób. ton konferencji nadał jednak tor norretranders. w swoim wystąpieniu opowiedział o dwóch rodzajach wolności. jedna z nich polega na zapewnieniu sobie niezależności poprzez gromadzenie dóbr i zasobów oraz wyraźne odgradzanie się od świata. drugi rodzaj to wolność polegająca tym, że zamiast gromadzić zasoby, przetwarza się je. zamiast odgradzać się od świata, staje się częścią ekosystemu. tak działa przyroda. "have your meal / share your shit". druga część hasła stała się nieoficjalnym mottem konferencji, wielu prezentujących rozpoczynało od "i want to share my shit with you".
  • po tym wystąpieniu odczytano trochę różnych, czasem, ale niestety rzadko, zaskakujących definicji słowa wolność zaczerpniętych z google'a, a potem zaproszono ekscentrycznego howarda rheingolda (któremu także reboot się bardzo podobał), który dzielił się swoimi spostrzeżeniami na temat "globalnej reakcji", jaka jest możliwa dzięki nowym technologiom, umożliwiającym kooperację. od projektu seti do google'a, który też oparty jest na (hiper)łączach.
  • doskonałą prezentację w małej sali (wypełnionej po brzegi) miał andy budd. nazwa "projektowanie krzywej user experience" nie brzmi zbyt obiecująco. tymczasem było to jedno z najlepszych wystąpień na reboocie. andy pokazał, używając przykładów z innych "branż" jak powinniśmy dbać o użytkownika w serwisie internetowym. porównanie z wysokiej klasy hotelem, w którym każdy moment pobytu "użytkownika" (gościa) jest zaprojektowany z najwyższą starannością i dbałością o każdy szczegół, pokazało, jak wiele można się nauczyć, jeśli poszukamy inspiracji w procesach, które kształtowały się przez dziesiątki lat. nie będę opowiadał prezentacji, bo jest to mało sensowne. postanowiłem sobie, że ściągnę andy'ego na bootstrap i zamierzam dotrzymać słowa.

  • (cc) JulianBleecker
  • stowe boyd, autor jednego z moich ulubionych blogów, snuł dość ponurą wizję świata, który właśnie przechodzi z ery industrialnej, masowej, do nowej ery, którą stowe nazwał epoką "post-everything". stowe twierdzi, że dwudziestowiecznie pojmowany rozwój gospodarczy, czy liberalne zachodnie społeczeństwo "masowego indywidualizmu" są u kresu możliwości. z drugiej strony powrót do jeszcze odleglejszej przeszłości nie jest możliwy. alienacja, oderwanie od korzeni: to już nastąpiło. nadzieję stowe widzi w kulturze sieci, w tworzeniu minispołeczności powiązanych także przy pomocy nowoczesnych technologii. można wręcz powiedzieć: w nowej plemienności, która zanikła w masowym, zindustrializowanym świecie. technologie dadzą nam możliwość uczestnictwa i przynależności. przynależność stanie się źródłem sensu. więcej pisał nie będę, odsyłam do samej prezentacji.
  • zupełnie zaskakujący show dał jeremy keith. jego prezentacja dotyczyła kwestii praw autorskich i copyrightu. opowiedział on o historii muzyki irlandzkiej, której jest wielkim fanem (niezależnie od muzycznych fascynacji ma w dorobku dwie książki o css i ajaxie), a która to muzyka zupełnie wymyka się współczesnej doktrynie prawnej. "dzieła" przekazywane najpierw przez wędrownych grajków, przewiezione następnie za ocean, następnie spisane w formie zapisu nutowego, potem nagrywane, nie mają autorów, są przetwarzane i modyfikowane. w trakcie prezentacji jeremy demonstrował różnice pomiędzy poszczególnymi podgatunkami irlandzkiej muzyki, grając na mandolinie.
  • kolejna zaskakująca sesja miała miejsce w sali zwanej "the box". prowadzący zaczął od tego, że każdy z nas miał z pewnością wiele pomysłów, których nie zrealizował z braku czasu lub z innych powodów i których zapewne już nie zrealizuje. dlaczego więc nie podzielić się nimi z publicznością? każdy chętny dostał swoją minutę na przedstawienie pomysłu (+ 3 minuty na dyskusję z publicznością). bardzo ciekawe przeżycie.
  • traci fenton opowiadała o demokratycznych organizacjach. słuchałem jak bajki, ale z zapartym tchem. podobno, gdzieś tam, istnieją firmy, w których każdy sam wyznacza sobie zadania i w których wszystkie decyzje podejmowane są demokratycznie. i działają i przynoszą zyski (problem w tym, na jaką skalę mogą takie firmy działać, tzn. ile ich może być i czy nie zatrudniają przypadkiem po prostu wybranych osób, które świetnie funkcjonują w takim ekosystemie).
  • dzień pierwszy zakończony został niezbyt wystawną, ale smaczną kolacją (to zdjęcie przedstawia przygotowania)...
  • ... w trakcie której podawano również strawę o charakterze intelektualno-rozrywkowym. najpierw pokazano, co można zrobić z dziwnym kawałkiem materiału (kliknijcie "the sleeve design"), który otrzymał każdy uczestnik rebootu. potem z błyskotliwą prezentacją wystąpił david weinberger. w brawurowy sposób rozprawił się on z mitem, że "wszystko jest informacją". na koniec linda kostowski i sashe pohlepp przedstawili projekt "export to world" polegający na półautomatycznym reeksportcie przedmiotów z second life do rzeczywistości. brzmi to nieco dziwnie i jest dziwne. ale takimi rzeczami też się ludzie bawią.
  • (dalszy ciąg: wkrótce)
19:49, reuptake
Link Komentarze (2) »