pisz się na to
zgrzyt

OpenID.pl


LinkedIn
RSS
środa, 12 listopada 2008
  • bootstrap. już w najbliższą sobotę, 12:00, chłodna 25. michał brański (o2) / tomasz kolinko (szuku). więcej na blogu bootstrapowym. do-zo. ja bym bardzo chętnie dowiedział się, co szef o2 myśli o tym krakaniu nicka dentona.
  • warszawski dzień użyteczności. już jutro! 18:30, prosta 51. ze strony webowej, wystąpi twórca autobusera (serwisu, który jest tyleż przydatny, co straszliwie nieużyteczny w sensie usability, musiałem to wypunktować w tym kontekście), ale równie interesujące będą pozostałe prezentacje. pełen program na stronce, oczywiście.
  • a jeszcze w następnym tygodniu democamp.
23:28, reuptake
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 10 listopada 2008
  • na początek mała notatka o akcji "nie bądź psem ogrodnika". jestem ogromnie zadowolony z jej powodzenia, ale chciałbym ją niniejszym zakończyć. myślę, że pokazaliśmy wspólnie, że można dzielić się pomysłami, a większość dyskusji pod wpisami stała na wysokim poziomie. nie ma jednak powodu, żeby ją przedłużać na tym blogu, możecie przecież publikować pomysły gdziekolwie, gdzie znajdą się zainteresowane nimi osoby. jak się okazuje: warto. serdeczne dzięki wszystkim, którzy wzięli udział!
  • mój własny pomysł. narodził się w niedzielę. założyłem tumbloga poświęconego gotowaniu, o enigmatycznej nazwie "można gościom". i już po 2 notkach wiedziałem, że muszę się z tumblera się wynieść. dlaczego?
  • zmusza mnie do tego sztywna reguła, że każda notka na tumblerze ma inny "typ treści" i są to raczej "typy proste": tekst, obrazek, cytat itd. szydło z worka wyszło, gdy chciałem zilustrować wpis dwoma zdjęciami (wiem, że można to zrobić, ale bardzo na około). tak naprawdę, to już samo "ilustrowanie" wpisu, to nadużycie tumblerowego mode d'emploi: tam dodaje się obrazki jako oddzielne "rzeczy", ewentualnie opatrując je opisami.
  • nie było żadnego sensownego rozwiązania mojego problemu. podzielenie wpisu na dwie części (dwa wpisy) to stawanie na głowie: na blogu opublikowałaby się najpierw część pierwsza, a potem część druga, a nikt nie lubi czytać od końca. mógłby też pisać od końca, ale to równie "intuicyjne".
    • żeby nie było, że się czepiam: tumblr to z pewnością świetne, poręczne narzędzie, ale po prostu mi nie odpowiada do moich zastosowań.
  • żeby było jasne: wordpress też mi nie odpowiada do końca, choć z braku laku... tam właśnie się przeniosłem. chciałbym coś pośredniego pod względem skomplikowania. i mam pomysł, jakby to miało wyglądać.
  • notkę tworzyłoby się z sekcji, które miały by "typ treści". to zasadnicza i właściwie jedyna różnica w porównaniu z tumblerem, która ma jednak swoje ciekawe skutki. jeśli notka miałaby jedną sekcję otrzymywalibyśmy tumblera. ale mogłaby mieć więcej. czyli tworząc wpis dodawalibyśmy sekcję obrazek (zdjęcie + podpis), sekcję tekst, sekcje cytat... w dowolnej kolejności. moglibyśmy, w przeciwieństwie do tumblera, dodawać też sekcję "tytuł" (tylko na początku), co dałoby tytuły notek, których niektórym zapewne tumblującym brakuje, a z drugiej strony: tytuły byłby nieobowiązkowe - co jest m.in. dla mnie mocno denerwujące w wordpressie, który narzuca ciasne reguły "jak powinien wyglądać wpis".
  • notka, składająca się z wielu sekcji mogła by być potem, jeśli autor uzna za stosowne, podzielona na dwie, wzdłuż granic sekcji. można by też łączyć dwie notki.
  • podobnie jak na tumblerze, do każdego "typu treści", przypisany byłby równie wygodny edytor. całe usability i user experience musiałoby być na tumblerowym poziomie.
  • jakie są implikacje tego typu podejścia do tworzenia blogów? ponieważ jeden z moich sąsiadów uznał za stosowne napierdalać młotkiem w niedzielny poranek, miałem sporo czasu by o tym pomyśleć.
  • pierwszy pomysł to szablony. jeśli ktoś bloguje w usystematyzowany sposób, mógłby stworzyć szablon notki, który domyślnie by się otwierał po wybraniu opcji "nowy wpis" (przykładowo, taki szablon mógłby składać się z tytułu, zdjęcia i tekstu). drugi pomysł to "sekcje podsumowujące", czyli takie, które nie mają własnej treści, a jedynie agregują treść z innych sekcji. przykład to automatycznie publikowana pod wpisem galeria wszystkich zdjęć z wpisu. brzmi trochę jak dublowanie treści, ale jeśli dodamy możliwość ukrywania sekcji, zaczyna być to ciekawa propozycja. część fotek wrzucałoby się do wpisu, ale w formie sekcji ukrytych, pokazywałyby sie tylko w "spisie treści". dalej: API. taki system blogowy mógłby tworzyć ciekawe obiektowe API, dające możliwość automatycznej publikacji. API dające dostęp nie tylko do wpisów, ale także do poszczególnych sekcji. kolejna rzecz: wykorzystanie sekcji w oderwaniu od notek, czyli możliwość tworzenia podsumowań (galerii zdjęć, zbioru linków, zbioru cytatów) z wielu notek. mam też różne luźne pomysły na temat "stylowania" wpisów i sekcji. wreszcie można by taki system spróbować "otworzyć" na zupełnie nowe sekcje, dodawane przez jego użytkowników. i one more thing: miniaplikacje jako sekcje. "oceń wpis", "sonda" itd: wiele pomysłów można zaczerpnąć z chyrpa, który wcale nie umarł, a wręcz przeciwnie, zbliża się do kolejnej wersji. niestety, o ile dobrze pamiętam, to w chyrpie, podobnie jak w tumblerze, jeden wpis może mieć użyty tylko jeden "feather" (chyrpowy odpowiednik "sekcji").
  • czy czegoś takiego nie ma już na świecie? o dziwo jedyne, co przychodzi mi do głowy, to blogi w serwisie mixer.pl, gdzie podobne rozwiązanie zastosowano. ani jednak kontekst nie jest tam sprzyjający, ani też wykonanie nie przypomina tumblerowego. 
  • można to podsumować jeszcze inaczej: blog to pewna historia (jako całość), składająca się z minihistorii (wpisów). ciekawy paradoks: o ile blog przyrasta u góry (nowe notki pojawiają się na górze strony), to każdy wpis przyrasta u dołu (w końcu piszemy od dołu do góry). czytamy antychronologicznie chronologiczne historie. to właśnie powoduje, że tumbler, który każdą minihistorię szatkuje na bardzo krótkie mikrohistoryjki, właściwie pojedyncze zdarzenia, nie do końca sobie radzi w wielu sytuacjach.
  • po kilkudziesięciu godzinach od zapalenia się żaróweczki w głowie nadal mi się ona pali, ale to jeszcze nic nie znaczy. jeśli macie jakieś uwagi, propozycje, a może chcecie coś takiego napisać: piszcie.
16:56, reuptake
Link Komentarze (11) »
piątek, 07 listopada 2008
  • nick carr pisze, że blogi umarły, umarły śmiercią naturalną i spodziewaną. konkretnie spodziewaną przez samego nicka carra, oczywiście. a właściwie, że umarła blogosfera, to rozróżnienie wbrew pozorom jest ważne. z carrem się można nie zgadzać, ale zawsze warto polemikę podjąć.
  • faktycznie, w tym co pisze, jest wiele racji. blogi rzeczywiście upodobniły się tak do typowych serwisów informacyjnych, że odróżniania się je chyba jedynie na podstawie "pochodzenia". serwisy, które zaczęły jako typowe blogi, dalej, siłą rozpędu nazywane są blogami. te, które zaczynały w redakcjach, nadal nie są traktowane jako blogi, choć niewiele się czasem różnią. carr pokazuje dobitnie, jak choćby w wyglądzie i strukturze blogów przejawia się to podobieństwo. ja dodam od siebie, że jeszcze kilka lat temu strony, która miałaby menu nawigacyjne u góry z podziałem na wiele tematów nikt nie nazwałby blogiem.
    • należy cały czas pamiętać, że dla carra blogosfera to blogosfera amerykańska, a tam w także dziennikarstwie sieciowym liczą się o wiele bardziej niż u nas umiejętności właśnie dziennikarskie, i nie chodzi mi tu o małpie wyćwiczenie copy/past + umiejętność wymyślania tytułów pułapek
      • przy okazji: dziś jeden z redaktorów gazety w okrutny sposób zamordował, dosłownie, tekst steca na temat andrzeja gołoty, tytułując link z głównej strony portalu, uwaga: "żałosny gołota".
    • ale warsztat: umiejętność pisania w sposób zgrabny, angażujący czytelnika i taki, który sprawia, że mamy wrażenie iż tekst napisał człowiek z krwi i kości, a nie jakaś dziwna mieszanka praktykanta z wordowym makrem.
  • u nas to zjawisko zlewania się blogów z serwisami informacyjnymi też następuje. nawet w "łebdwazerowej" okolicy, coraz więcej blogów wykazuje cechy klasycznych serwisów internetowych. nawet antyweb, który ma w podtytule "moje (inne) spojrzenie na internet" zatracił to indywidualne spojrzenie. jest pisany przez kilka osób, notabene w większości tworzących notki na poziomie szkolnej gazetki, za to regularnie, co też jest typowe dla serwisów informacyjnych i obowiązkowo z grafiką. wolałem literówki hazana niż te wypracowanka, które też roją się zresztą od błędów stylistycznych, a indywidualne przemyślenia mają na poziomie "nie podoba mi się, to co robi yahoo/microsoft/google".
  • blogi gubią tą cechę, za którą je ludzie pokochali: indywidualizm. możliwość spojrzenia na świat oczami kogoś innego. tracą odróżnialny smak. nie odróżniam notatek z vbeta od notatek z techkultury czy innych tego typu blogów.
  • do tego dochodzi kwestia tego, że blogi faktycznie stają się sposobem na zarobek. wspomniany wyżej antyweb ma na głównej stronie (tej części, która mieści mi się na monitorze) siedem graficznych reklam. nie czynię z tego zarzutu, tylko pokazuję zjawisko.
  • zjawisko ma to też inne przejawy. jedyna w tym roku konferencja poświęcona blogom była wyłącznie blogom w kontekście komercyjnym, czyli głównie reklamowym. oczywiście notka prasowa mówiła, że "poruszana będzie tematyka blogów". bullshit. poruszana była tematyka reklamy, tak samo jak na konferencjach o reklamie prasowej poruszana jest tematyka reklamy (a nie dziennikarstwa), a na konferencjach o outdoorze nie mówi się o tendencjach w architekturze krajobrazu. z domieszką PR i blogów firmowych. to kulminacja tej nieprawdopodobnej presji społecznej, jakiej poddano blogerów. "kiedy wreszcie w tym barbarzyńskim kraju da się wyżyć z bloga". być może się już daje i co? osiągnęliśmy nirvanę? te blogi, które z tego żyją są w jakimś stopniu lepsze? nie, po prostu wyparły serwisy informacyjne z niektórych nisz i tyle.
  • nick carr pokazuje analogię pomiędzy blogosferą a amatorskimi radiostacjami, które były bardzo popularne na początku ostatniego wieku w usa. pisze, że po kilkunastu latach rozkwitu, amatorskie radiostacje albo zcentralizowały się i stały się częścią korporacji, które kupiły najlepszych radiowców albo zostały zepchnięte na margines. czy ma rację?
  • wydaje się, że i tak i nie. 
  • blogi jako takie przetrwają. przetrwają różowe blogaski na onecie i w innych serwisach, przetrwają blogi młodych ludzi na blog.pl, przetrwają blogi na bloxie, na joggerze i 100 innych miejscach. śmiejecie się, a ja widzę w nich nadzieję. nawet, jeśli nazwa "blogi" się jakimś cudem od nich odklei, jeśli za blogera nie będzie mógł się uznawać nikt, kto na blogu nie zrelacjonuje każdego wydarzenia w swojej branży i nie umieści na nim kilku rekam, to wydaje mi się, że blogi i tak mają przed sobą przyszłość. właśnie te blogi. pozostałe staną się częścią mainstreamu, tak jak pisze carr: w jakimś stopniu go zmienią, ale blogami będą w takim samym stopniu, jak pizza w pizza hut jest tradycyjnym włoskim daniem. czyli w niewielkim.
  • jeśli chodzi o mnie: ja wysiadam.
  • gdy skończą się umowy reklamowe, które zawarłem, zlikwiduję reklamy z tego bloga. nie przeniosę go na wordpressa jak wielokrotnie mnie to kusiło, choć gotowy skrypt mam od miesięcy. nie też mogę wam obiecać, że będę na bieżąco, zresztą nigdy nie byłem. nie będę konkurował, pisał o wszystkim, o czym pisać trzeba. będę pisał o tym, o czym będę chciał i uwierzcie mi: będzie dobrze. blogosfera nie zginie, póki my piszemy. z akcentem na "my", nie na "piszemy". dopóki na podstawie notek będzie można poznawać świat oczami piszącego, blogi będą blogami. nawet jeśli reklamodawcy nie będą chcieli się ogłaszać, blogerzy nie będą dostawać propozycji pracy w redakcjach dzięki blogom, a sam temat blogów przestanie być "hot" w mass mediach. czego wam i sobie życzę: wyjdzie to nam na dobre. nick carr pisze, że dla lwiej części blogerów, wysiłek wkładany w blogowanie, nie jest wart "wynagrodzenia". ja jednak wierzę, że dla wielu ludzi sama możliwość napisania czegoś od siebie stanowi pewną wartość. przynajmniej w jakimś okresie ich życia.
  • natomiast blogosfera, jako wspólnota, faktycznie, rozleci się w ciągu kilku lat. i trudno. było minęło. kiedyś pisałem o tym, że blogosferę spinają blogrolle i komentarze. widzieliście komentarz arringtona na jakimś innym blogu? myślę, że to rzadkość. a jak wygląda blogroll na mashable? och, nie zmieścił się, nie ma (za to policzcie reklamy). blogosfera się dzieli na naszych oczach, na część "zawodową" i "amatorską". piszę blogi od 7 lat i wybieram amatorszczyznę. to właśnie amatorska blogosfera zbudowała markę "blog", która teraz powoduje ślinotok u marketerów i której pewnie już nie odzyska. ale jakie to ma właściwie znaczenie?
wtorek, 04 listopada 2008
  • ...jadąc ulicą sobieskiego (tzw. trakt królewski) zobaczyłem nowy billboard (bo czemu miałoby nie być billboardów, taka ładna ulica, niech przyczyni się do wzrostu popytu). a na nim reklamę serwisu o nazwie yeba.pl, tego samego, który niedawno reklamował się rozkosznym, acz mało oryginalnym hasłem "yebać mi się chce". na billboard trafiło jednak dużo bardziej eleganckie hasło: "nowy towar w mieście", uzupełnione na stronie o informację, iż rzeczony towar "daje wszystkim".
  • dodatkowo na stronie uwagę zwraca tag cloud (tłumy z google'a przybywajcie) "cycki   dupa   humor   laska   laski   lol   muzyka   parodia   piersi   sex   smieszne", "najszybsza wyszukiwarka produktów w internecie" oraz enigmatyczne box zatytułowany "yebak". jest również regulamin, który zabrania publikowania treści "naruszających powszechnie akceptowalne normy społeczno-obyczajowe" oraz używania wulgaryzmów.
  • serwis składa się głównie z filmików z youtube'a obudowanych ofertami rozmaitych sklepów internetowych oraz usług finansowych.
  • w tym miejscu chciałbym pogratulować brand managerom marek versace, canon, bosch, braun, citybank, emax (mbank), logitech, inteligo, multibank czy armani. rozszerzenie sieci handlowej o wychodki (nie ważne, że wirtualne) to z pewnością zabieg, który przyczyni się do wzmocnienia wizerunku marek, którymi się opiekujecie.
20:04, reuptake
Link Komentarze (5) »
niedziela, 02 listopada 2008
  • mam ochotę się z tego wytłumaczyć. a to również z tej przyczyny, że odwiedzam ostatnio dość często strony amerykańskich odpowiedników naszych portali, cnn i new york times i przez porównanie, widzę, co mnie boli i dlaczego.
    • zaraz zapewne usłyszę głosy, że cnn i nyt to nie portale i porównanie takie nie ma sensu. otóż sens ma, z dwóch przyczyn: po pierwsze portale u nas spełniają podobną rolę serwisów informacyjnych, po drugie nie będę tu zajmował się całością działalności tychże, a jedynie częścią informacyjną.
  • gdybym miał w skrócie napisać, dlaczego nie lubię portali, napisałbym, że nie lubię ich bo:
    • nie szanują czytelników i nie szanują siebie
  • wypadało by to uargumentować, wiec śpieszę.
  • zacznijmy od reklam. i ilościowo i jakościowo wygląda to tragicznie. takiego natężenia reklam jak u nas nie ma na porównywalnych serwisach za oceanem. ale nawet nie o to chodzi. amerykańskim stronom nie są znane toplayery bolanda style, co nie znaczy, że nie zasłaniają one czasem całej strony reklamą. dodają jednak bardzo wyraźny, umieszczony w tym samym miejscu odnośnik, służący do zamknięcia reklamy. u nas czytelnik zmuszany jest do zabawy w kotka i myszkę i szukania zamykacza reklamy. za to za pół roku będzie kolejna konferencja i kolejni prezesi będą opowiadać jak to są przygotowani do reklamy behawioralnej, cpa i w ogóle my już są amerykany. tymczasem prawda jest taka, że rynek reklamy internetowej to wzajemne robienie się w pana + robienie do tej gry dobrej miny i to przez wszystkich uczestników tego rynku, poza być może, końcowymi klientami, choć i oni są tak naiwni, że aż to podejrzane. chyba nikt nie wierzy w skuteczność reklamy, w którę masa osób klika tylko dlatego, że próbuje się od niej uwolnić.
  • kolejnym, wielokrotnie już opisywanym przykładem są tytuły-pułapki. nie ma co do tego wracać, wszyscy wiemy, o co chodzi. jak nie zwykłe oszukiwanie czytelników, to tabloidowe szukanie sensacji i naginanie semantyki godne kurskiego. jacka, nie jarosława, choć, gdyby ten drugi zstąpił kilka pięter niżej, poczułby się bardzo rodzinnie. moim odkryciem było to, jak amerykańskie serwisy dbają, by to, co jest cytatem, wyglądało jak cytat i było dosłowne. nawet jeśli to jest pojedyncze zdanie. przykłady tytułów: Obama Urges Ohioans to ‘Vote Now’ (NYT),  Obama to voters: 'Be my ambassadors' (CNN). nasze serwisy z wypowiedzi min. iksińskiego "jednym z rozwiązań jest podniesienie podatków" zrobią "iksiński podniesie podatki", bez mrugnięcia okiem.
  • dotyczy to nie tylko tytułów. ostatnio widziałem podtytuł, który brzmiał: "to było brutalne pobicie". w tekście, którego dotyczył, dwie linijki niżej: "to nie było brutalne pobicie". to była pomyłka? chyba freudowska.
  • choć oba serwisy, o których wspominam, są internetowymi przedsięwzięciami firm, których główny biznes to odpowiednio telewizja / prasa drukowana, używają one, uwaga, uwaga: hiperlinków. niesamowite, nie? niezwykłe zupełnie. ale o ile lepiej czyta się taki tekst niż pozbawione odnośników teksty w onetach i interiach, czy też nibyhipertekstowe informacja na gazecie, gdzie automat wstawia odnośniki, ale nie po to, żebyś ty czytelniku mógł dotrzeć do informacji, bo ty tu jesteś na ostatnim miejscu, za googlem i reklamodawcami.
  • kolejna kwestia to formatowanie tekstów, szanująca się redakcja portalu nie dopuściłaby do publikacji czegoś takiego (zobaczcie "obrazek" na dole i jego jakość). do tego dochodzi fatalna jakość fotoedycji, fotki są krzywe, brzydkie i widać, że nikt do nich nie przykłada uwagi. znalezienie na sport.pl fotki piłkarza, na której nie ma on obciętego przynajmniej kawałka głowy, to spory problem. i co? i nic, ciemny lud to kupuje. z braku lepszych alternatyw, głównie.
  • nie chcę wnikać już w jakość informacji i w to, ile z nich to ctrl-c/ctrl-v z różnych papów czy iarów, ile z nich dotyczy spraw ważnych a ile cycka cichopek czy dupy dody. na inne zjawisko chciałbym zwrócić uwagę, nie wiem, czy zauważyliście, ale ostatnio regułą jest, że w niedzielę, kiedy giełdy śpią a inne rynki drzemią, na gazeta.pl pojawiają się najbardziej dramatyczne "newsy" o gospodarce. dziś: "Kryzys może być głębszy niż w latach 1929-32" (oczywiście jest to zdanie wyrwane z kontekstu, indagowany w wywiadzie wcale nie tak nie uważa, tylko raczej tego nie wyklucza, ale czyż nie brzmi dramatycznie?). i tak jest co niedzielę. im spokojnie, tym dramatyczniej. 
  • żeby nie było wątpliwości, nie mam do nikogo pretensji i wiem, że to, co napisałem wyżej, to jak pretensje do handlarza kebabem z dworca stadion, że sprzedaje marny towar ze szczęk i nie podaje porcelanowych talerzy. mam wrażenie jednak, że czasem warto ponarzekać, żeby pokazac, że można stosować i inne standardy, a szanowanie siebie i czytelników nie jest czymś na świecie niespotykanym, wręcz przeciwnie, bywa normą.
  • może jestem przedwojenny. przed wojną reklamy mówiły: "żądajcie najwyższej jakości". ja żądam.
22:39, reuptake
Link Komentarze (60) »
środa, 29 października 2008
  • tym razem linkedin skorzystał z dobrodziejstw opensocial i wprowadził do serwisu możliwość dodawania aplikacji firm trzecich. jak pisze techcrunch aplikacje są poddane selekcji przez linkedin, ograniczona jest także liczba widżetów, które możemy zainstalować w naszym profilu; również sposoby monetyzacji poddano pewnym restrykcjom. nie zmienia to faktu, że od dnia, w którym uruchomiono platformę, mamy dostęp do całkiem sporej liczby przydatnych widżetów, takich jak box.net, slideshare czy sprytny agregator blogów bloglink, dzięki któremu możemy w prosty sposób czytać blogi osób, które dodaliśmy do znajomych na linkedin.
  • każda aplikacja jest dobrze opisana, a opis ten uzupełniony jest filmem prezentującym jej działanie. linkedin wyraźnie próbuje się tu odróżnić od facebooka czy myspace, starannie dobierając i prezentując ofertę rozszerzeń profilu.
  • spróbowałem użyć box.net i było to pozytywne doświadczenie... z jednym wyjątkiem, a dotyczył on zakładania konta. nie, żeby proces zakładania konta w box.net był jakiś szczególnie skomplikowany, wręcz przeciwnie, zrezygnowano nawet z rytualnego podwójnego podawania hasła, ale skoro jestem gdzieś zalogowany... to czemu mam tworzyć jeszcze jakieś inne konto?
  • i tu pojawia się openid, które ostatnio zyskało wsparcie microsoftu. problem w tym, że jest to kolejny provider tożsamości. wprawdzie lista serwisów, które wspierają logowanie openid również rośnie, ale jest to przyrost wolniejszy i odbywa się na ogół "od drugiej strony", od strony długiego ogona. najwięksi chcą zostawać dostawcami tożsamości, a mniejsi chcą z tego korzystać. tym niemniej poparcie microsoftu jest tu ważne. i może za jakiś czas nie będzie już trzeba tworzyć osobnych kont dla miniaplikacji. 
10:18, reuptake
Link Komentarze (1) »
piątek, 24 października 2008
  • wróciłem z berlina, gdzie uczestniczyłem w konferencji web 2.0 expo i na szybko krótkie podsumowanie: nie jest dobrze z web 2.0.
  • oczywiście business as usual, tim o'reilly dość przekonywująco pokazywał, że te wartości, które stara-nowa-łebdwazerowa fala wniosła do internetu są trwałe, yossi vardi (inwestor w icq i kilka innych biznesów) brylował i wzbudzał salwy śmiechu, gdy opowiadał iż najważniejsze, by enterpreneur miał żydowską matkę, a każda firma potrzebuje tylko jednego klienta: tego, który ją kupi, ale wigor, którego resztki jeszcze można było odczuwać na fowa rok temu, gdzieś się ulotnił. dalej vc byli adorowani
    • swoją drogą to fenomen kulturowy, ten kult vc, otoczonych romantyczną niemalże otoczką genialnych hazardzistów biznesu, którzy są w mitologii łebdwazera tym, czym byli bogowie w mitologii greckiej: potężnymi postaciami, które wpływają na losy innych, ale nadal jakoś bliskimi ludziom, ze swoimi wadami i słabościami; przedsiębiorcy byliby bohaterami w tej analogii, zależnymi od bogów, ale czasem wymykającymi się im spod kontroli. cóż, każda epoka potrzebuje swoich mitów.
  • dalej młodzi przedsiębiorcy prezentowali swoje startupy ze sporym entuzjazmem (i bardzo sprawnie, chciałoby się rzec: profesjonalnie). gorzej tylko, że za doskonałymi elevator pitchami nie szły w parze ciekawe pomysły.
  • o ile pewne zblazowanie łebdwazerowością dało się zauważyć już od jakiegoś czasu
    • sam mu od czasu do czasu ulegam
  • to zmęczenie jest objawem nowym. to już może nawet nie zmęczenie, ale i zniecierpliwienie. ile można słyszeć o "nowym serwisie pozwalającym użytkownikom przeglądać swoje zainteresowania przez bluetooth", skoro giełda gore. kryzys, to słowo klucz, które otwierało prawie każdą prezentację, czasem przylepiano je nieco na siłę, rytualnie, traktując jako minutę ciszy. jakby nie można było mówić o żywych, nie wspominając o zmarłych. starych, dobrych czasach.
  • i tak to się toczyło. wystąpienie za wystąpieniem, prezentacja za prezentacją (sporo było odwołanych, co imho też jest znaczące). ostatnim trendem, który jeszcze próbuje być żywy, jest sprzedawanie aplikacji łebwazerowych do przedsiębiorstw (ostatnio różnych twitteroidów). bo oni jeszcze płacą. ale to chyba łabędzi śpiew tej generacji serwisów.
  • "spotkamy się z państwem po przerwie".
23:24, reuptake
Link Komentarze (6) »
niedziela, 19 października 2008
  • korporacje.pl (Sławomir Domagała)
  • Polskie społeczeństwo staje się coraz bardziej podobne do tych społeczeństw z zachodniej Europy, tzn. interesują na losy pracowników korporacji, wspieramy akcje charytatywne.
  • Na portalu korporacje.pl byłyby umieszczane informacje o losach pracowników w konkretnych firmach, fabrykach, pensjach pracowników w tych korporacjach, pochodzeniu składników z których produkowane są towary, lecz ten informacje mogliby umieszczać tylko pracownicy korporacji. Administracja weryfikowałaby, czy ktoś jest pracownikiem konkretnej firmy na podstawie zdjęcia umowy o pracę. Każdy też miałby możliwość umieszczania informacji o tym jakie korporacja wspiera akcje charytatywne lub odnośniki do artykułów na temat tej korporacji.
  • niezależnie od sensowności całego pomysłu, który wydaje się trochę zbyt szeroki (nie bardzo rozumiem, o jakie korporacje tu chodzi, czy o losy pracowników iti czy agory, czy raczej pracowników sweatshopów gdzieś w azaji?), rozwiązanie polegające na weryfikowaniu umów o pracę wydaje mi się chybione. whistleblowers mają prawo do całkowitej anonimowości i nie będą skłonni wysyłać umów do weryfikacji.
  • miałem sam pomysł idący w podobnym kierunku, ale też różniący się zasadniczo. Według mojej koncepcji NIC nie byłoby by sprawdzane (poza ewidentnymi odpałami w stylu "ufo przejęło sieć komórkową plusa"), a serwis umieszczony byłby poza granicami polskiej jurysdykcji (pewnie z the pirate bay dałoby się bez problemu dogadać), a dostęp byłby zanonimizowany. i byłby to portal konsumencko/pracowniczy, z naciskiem na to pierwsze.
12:02, reuptake
Link Komentarze (10) »
środa, 15 października 2008
  • dwie refleksje po wizycie andy''ego budda i wysłuchaniu jego prezentacji.
  • pierwsza z nich dotyczy w gruncie rzeczy granic metafor, jakimi posługiwał się andy w swoich prezentacjach. najczęstszą z nich była metafora budynku. zwłaszcza w pierwszej prezentacji bootstrapowej, andy porównywał strony internetowe do obiektów architektury. muszę przyznać, że działało to na wyobraźnię, ale każda metafora ma swoje granice i ta również. po przemyśleniu, te granice zaczęły się wyłaniać bardzo wyraźnie.
  • pierwsza różnica - i tu nie będę specjalnie odkrywczy - to kwestia tego, że budynki budowane są by się nie zmieniać, zaś serwisy internetowe - wręcz przeciwnie. stąd projektując budynek staramy się by spełniał on wszystkie potrzeby użytkowników w tym stanie, w którym powstał, zaś projektując stronę internetową staramy się by w przyszłości można było ją rozbudować.
  • druga różnica to wynik bardziej lokalnego spojrzenia. stety, czy niestety, w naszym kraju dominuje coś, co nazywam "taktyką pola namiotowego". duzi gracze nie koncentrują się na stawianiu wypasionych budynków. zamiast tego rozbijają namioty, stawiają "szczęki", klecą dość bylejakie budki, chętnie posługując się prefebrykatami: zajmują teren. trudno odmówić temu sensu biznesowego, tak jak niewątpliwy sens biznesowy miały w latach 90 wszechobecne bazarowiska, wołające pod wzgledem estetyki o pomstę do nieba, a jednak działające i generujące przychody. jak więc zastosować wskazówki, o których mówił andy, skoro celem jest po prostu "zajęcie niszy" i "obecność"? robienie wykładu na temat marketingu zapachowego gościowi, który sprzedaje w upalny dzień cielęcinę z brudnego żuka jest chybione. różnicę pomiędzy światem, o którym mówił andy, a tym co mamy tutaj, dobrze obrazuje przykład firmy obvious, która stworzyła twittera i w obliczu jego sukcesu dość szybko pozbyła się swojego innego produktu. u nas zapewne zamiast czegokolwiek  się pozbywać, po roku aspirowałaby do miana portalu, tworząc fafanaście innych serwisów. wracając do budda i jego prezentacji: namioty buduje się trochę inaczej niż budynki. mając daną grupę docelową, która i tak nie opuści danego poletka (bo tam, za miedzą, mówią w obcych językach), dlaczego mamy się starać? niech serwis spełnia podstawowe potrzeby z piramidy maslowa a będzie dobrze. jak nie będzie dobrze, to... nie, oczywiście, że się go nie zamknie, ale postawi się kilka innych, podobnych namiocików, może tam się użytkownik poczuje swojsko. nie ma czasu na refleksję, na dbanie o szczegóły, bo jeśli "stracimy" na to czas, okaże się, że na upatrzonym poletku swój baraczek postawiła konkurencja.
  • druga refleksja dotyczy granic badań usability. z rozmów, które prowadziłem z andym przez weekend, można było odnieść wrażenie, że traktuje on usability bardzo praktycznie i jest świadom jego ograniczeń. to bardzo mnie ujęło, trudno się bowiem rozmawia z kimś, kto uważa, że whateverity jest panaceum na wszystko i gotową receptą na sukces w proszku, dodać wrzątek, wymieszać i gotowe. bodajże michał z nozbe zapytał o testy usability dotyczące pozyskiwania płatnych kont i czy można jakoś, dzięki badaniom, radykalnie poprawić sprzedaż. otrzymał odpowiedź, że owszem, można zbadać czy miejsce, w którym proces zakładania płatnego konta się rozpoczyna jest widoczne dla użytkownika, a następnie zbadać cały proces, ale tak naprawdę, testy usability to testy usability. a nie testy propozycji biznesowej, która może być nieatrakcyjna, nawet jeśli jest doskonale widoczna i świetnie dopracowana pod względem użyteczności. usability jest więc dobrym narzędziem, ale jednak działającym dość "atomowo", na pojedynczych procesach. jest jak "zawartość kaloryczna" dla potrawy. potrawa kaloryczna może być całkiem niesmaczna (pomijam tu fakt, że coraz wiecej osób je, żeby się odchudzać).
  • ale nie o tym chciałem pisać. wydaje mi się, że są też inne granice badań usability, chyba, że już wymyślono jak je przełamać. dotarliśmy do nich kiedyś pisząc blipa. owszem, można było przebadać proces zakładania konta. proces pisania wiadomości. proces aktywowania komunikatora i setki innych procesów. ale jak przebadać np. to, czy nie wysyłamy za dużo komunikatów? czy kokpity mają właściwą treść? blip i nie tylko blip, to aplikacje stricte społeczne. jesteśmy tam ze znajomymi. kiedy nie mamy znajomych, tracą cały sens.
    • załóżmy, że testujemy, ile komunikatów powinien otrzymywać użytkownik, tak by był zadowolony. być może średnio 20 komunikatów dziennie to za dużo. ale jeśli użytkownik ma w serwisie 5 naprawdę bardzo bliskich mu osób? 20 a nawet 40 dziennie może okazać się zupełnie akceptowalną liczbą. a jeśli są to osoby, które on ledwo zna, to i 5 może go drażnić. jak to przebadać? symulowanie znajomych? "wyobraź sobie, że ten użytkownik to kolega z pracy, a tamten to twój brat"? takie symulacje są bez sensu. można posadzić usera przed interfejsem i kazać mu komunikować się z maszyną, ale zasymulować jego sieć społeczną jest niezwykle trudno. przypomina to testowanie wnętrza dyskoteki na pojedynczych osobach. zapraszamy kogoś do pustej sali i pytamy, czy dobrze się czuje albo śledzimy jego zachowania. nie można dobrze się czuć będąc samemu na imprezie, #epic fail. ok, możemy poustawiać tam statystów. nadal #fail. nie chodzimy na imprezy poprzebywać wśród losowej próbki osób. stąd testując blipa próbowaliśmy zrobić coś w rodzaju "testowej imprezy" zapraszając kilkanaście osób, które mogły się znać i pozwalając im zaprosić jeszcze kilka, tak, żeby powstało środowisko testowe, przypominające to, co będzie działo się później w serwisie. to już jest całkiem niezłe przybliżenie.
    • nazywam to roboczo "crowdtestingiem". testowanie aplikacji społecznych, zwłaszcza tych, w których komunikacja następuje synchronicznie i w czasie rzeczywistym, to zupełnie nowa działka, która wydaje mi się bardzo ciekawa.
  • ps. scribefire, w najnowszej wersji, ssie strasznie (nie daję linka, bo nie zasłużyli). filiptepper i opi, który uratowali tą notkę, rządzą.
14:21, reuptake
Link Komentarze (16) »
niedziela, 12 października 2008
  • wisisz.mi (Artur R. Czechowski)
  • Wprowadzenie: często zdarza się, że egzystujemy w pewnych w miarę stałych grupach, w ramach których dokonujemy mikropożyczek. Na przykład idziemy z cow-orkerami coś przekąsić, pani w kasie nie ma drobnych, ja nie mam drobnych, za to Józek ma aż nadto. Biorę od niego 2.50PLN. Następnego dnia zamawiamy pizzę, Józek dla odmiany nie wziął portfela, ale za to Mietek zapłaci za niego te 30PLN. W piątek po szychcie idziemy na piwo, ale Mietek zapomniał karty do bankomatu. No to mu pożyczam te dwie dychy. To teraz dokonajmy bardzo skomplikowanych obliczeń :) i przekonamy się, że tak naprawdę ja nie muszę nic oddawać Józkowi, Józek jest winny Mietkowi
    27.50, za to Mietek mi 17.50. Przypuszczam, że na dłuższą metę bilans wyjdzie okołozerowy :)
  • Pomysł jest taki, aby to wszystko wrzucać w system, który będzie to wszystko bilansował i na życzenie przedstawiał aktualne wzajemne zobowiązania użytkownika i grupy.
  • Mam nawet zamiar coś takiego napisać, ale to raczej dla własnego użytku w ramach rozliczeń z kumplami z pracy. Odnoszę niejasne wrażenie, że zainteresowanie takim systemem mogłoby być większe, ale tu już przydałby się jakiś model biznesowy, którego nie posiadam. A płacić samemu za kolokację serwera tylko po to, żeby jacyś obcy ludzie mogli się bilansować w grupie to mi się nie chce ;)
  • mam wrażenie, że sam autor nie traktuje tego pomysłu jako wielkiej idei biznesowej. i dobrze. ale sama idea jest intrygująca. jaki to musiałby być system? dwa warunki: bardzo prosty w obsłudze (może nawet bez logowania?) i w pełni mobilny.
  • mój pomysł: może ktoś to zrobi w oparciu o blipa? zawsze można taką mikropożyczkę wysłać smsem lub nadać za pomocą mobilnego blipa, nie mówiąc już o tym, że gdy mamy do dyspozycji komputer, to wystaczy jabber czy gadu. mógłby to być po prostu bot. problemem może być definicja grup, ale i tę kwestię da się rozwiązać. zresztą jest już pewien twitterowy precedens...
21:51, reuptake
Link Komentarze (27) »
czwartek, 09 października 2008
  • planeo.pl (Przemek Bryndza)
  • zastanawiałem się nad nową stroną związana z handlem nieruchomościami, a raczej z ich prezentacją
  • w mojej wizji lepszego świata osobom wystawiającym mieszkanie/dom poprzez tą stronę dałoby się edytor pozwalający zarysować plan tego mieszkania/domu, dzieląc na pokoje, wyróżniając drzwi, okna, schody, może nawet umieszczać na planie meble itd., dodatkowo pinezki umieszczane na planie, do których można odnieść się w opisie obiektu, a także przypiąć w odpowiednich miejscach fotografie itd.
  • myślałem też, oprócz formy 2D, wprowadzić prezentację 3D wraz z odpowiednim edytorem, który umożliwił by lepiej sprezentować mieszkanie, a sam edytor w moim wyobrażeniu wyglądać by miał jak w Simsach, wraz z możliwością wytapetowania tego "modelu" i wymeblowania aby powstała ogólna wizja mieszkania/domu
  • kiedy świat ruszy do przodu myślałem też o wyposażeniu całości w katalog właśnie tych mebli itd., który uzupełniać mogli by producenci (IKEA, itd), a użytkownik umiejscowić je i za pomocą programu (wzbogaconego o Blendera jakoś) przemieszczać się po mieszkanku jak w FPSie (acz to już ambitne plany na rok 2015 :))
  • sam edytor myślałem o zrealizowaniu za pomocą JavaScriptu (którego kiedyś liznąłem), acz by to można tylko użyć na etapie 2D (przynajmniej dopóki obsługa XML-pochodnych technologi i/lub canvas nie będzie powszechna), więc sensownym rozwiązaniem wydało mi się ino Flash, którego od środka nigdy na oczka nie widziałem, gdyby ktoś się za to brał chętnie wziąłbym w tym udział, acz nie mam papierów na umiejętność korzystania z html, a cała moja wiedza to kilka książek i niezliczone godziny w internecie
  • nie mam pojęcia jak na tym zarobić, a samo udostępnianie takich planów domów/mieszkań spotkało by się pewnie z burzą, że złoczyńcy mogli by wykorzystywać to do czynienia zła.
  • teleaudio: dobrymi chęciami wybrukowane są a) wnioski kredytowe, b) biznesplany, c) piekło, d) pizza.
  • pomysł na lepszą przezentacje nieruchomości jest zapewne niezwykle słuszny. i pewnie wszyscy by chcieli, żeby w serwisach ogłoszeniowych dostępny był trójwymiarowy model mieszkania, tak dokładny, że można zajrzeć za szafę i pod dywan, a nawet popukać kursorem po glazurze, żeby się upewnić, czy kafelki nie odpadną. problem tylko w tym, że jakoś trudno znaleźć sponsora, który za do zapłaci.
  • chyba że koniunktura się zasadniczo odwróci. do tej pory mieszkania były towarem szybkozbywalnym, zanim wprowadziłbyś koordynaty stolika w dużym pokoju do blendera, zadzwoniłoby 5 agentów nieruchomości, a jeśli cena byłaby atrakcyjna, nie skończyłbys układać tekstury dywanu, bo musiałbyś wychodzić do notariusza. teraz to się zmienia, ale jeszcze nie do tego stopnia.
  • takie technologie na pewno wejdą, przy domach, przy mieszkaniach budowanych przez developerów (którzy mogą "maszynowo" przełożyć plany na modele 3d). na razie to jednak sporo kosztuje. a mieszkanie i tak trzeba obejrzeć, żaden model go nie zastąpli.
  • tu przychodzi mi do głowy śmieszna usługa, podobna do opisywanego tu wcześniej "zobamoto". wyobraźcie sobie, że wysyłacie kogoś, kto jest w okolicy z kamerką i sterujecie nim przez voip :) on sobie chodzi po mieszkaniu i zagląda tą kamerką w każdy kąt. oczywiście może być to też robot :)
09:24, reuptake
Link Komentarze (11) »
wtorek, 07 października 2008
  • odpowiednikr.pl (Paweł Nowak)
  • Mamy serwis w którym można dodawać używane przez nas programy (coś jak http://osx.iusethis.com).
  • Na zasadzie wiki, można rozszerzać opis, dodawać zdjęcia i szczegóły programów innych.
  • Idea programu to jednak szukanie odpowiedników. Czyli ja dodaję program z Win jak Total Commander. Ktoś wchodzi na stronę i zna odpowiednik na OS X czy Linuksa, więc dodaje tą informację.
  • Dzięki takiemu rozwiązaniu osoby przesiadające się z jednej platformy na drugą mogą szybciej znaleźć odpowiedniki używanych narzędzi.
  • Dodatkowo oczywiście użytkownicy mogą programy grupować/tagować oraz oceniać.
  • Dzięki temu jeśli odpowiedników będzie kilka, to dzięki ocenom będzie można wybrać dla siebie najlepszy (najpopularniejszy)
  • Strona może się także przydać osobom, które np. w pracy mają Win a w domu OS X i chciały by mieć analogiczny zestaw narzędzi tu i tu.
  • wydaje mi się to całkiem niezłym pomysłem, aczkolwiek test "jak to ludzie robią teraz?" wypada nie do końca przekonująco: można wejść na jakiś download.com, znaleźć nasz program w jakiejś tam kategorii, a potem przejść do innej kategorii już w docelowym systemie operacyjnym. ale pomysł choćby jako feature, interesujący. zwłaszcza interesujące jest czy np. userzy powiedzmy jednego programu do ftp przychodzą częściej na inny niż użytkownicy innego (trochę się zamotałem, ale wiecie o co chodzi).
  • drugi test ("czy nie dałoby się tego pomysłu rozszerzyć")... coś podobnego dla przeprowadzających się do innych miast? państw? :)
  • bo czasem mam tak, że przychodzi mi jakaś fajna nazwa do głowy i z głupia frant wpisuję ją do przeglądarki. wpisałem poka.to i... pokazało.
  • co to poka? poka.to serwis z fotkami, przygotowywany przez netguru dla gazety.pl (najprawdopodobniej). podobieństwa do fmix aż bolą (jeśli kogoś w ogóle takie rzeczy bolą). od funkcjonalności, do kolorystyki, porównajcie zresztą sami.
  • od zaokrąglonych literek w logo, przez siatkę kwadratowych zdjęć, po niebieskie tła, linki i wypunktowane zalety serwisu. żeby nie było, nie oceniam tego w żaden sposób, tym niemniej poza magic by netguru powinnien być dopisek inspired by fmix. a gdzieś tam daleko, daleko, hen hen, majaczy w tle flickr.
  • kiedyś, przy okazji dyskusji o naszej-klasie i jej nieuniknionym upadku, postawiłem tezę, że być może mamy błędne kryteria ocen serwisów, które traktujemy jak tradycyjne biznesy, mające się w nieskończoność rozwijać i dążyć do dominacji. zrobienie takiego serwisu jak poka.to jest po prostu kwestią pieniędzy i organizacji. są to serwisy jak filmy, które skazane są na przeciętność już w momencie gdy są tworzone. za 2-3 lata poka.to zastąpi kolejny serwis z fotkami, zrobiony juz nie flickropodobnie, a według innej mody. właściwie to nie ma powodów, by o nich pisać. ot, kontynuując analogię, kolejny film, w miarę dobrze zrobiony, ale bez rewelacji, zwrócił się producentom, ale bez kokosów, oskara nie zdobył, ale nikt mu takich celów nie stawiał. tylko tak czasem się zastanawiam, czy aktorom i reżyserom tworzącym tego typu produkcje nie jest jakoś czegoś żal?
18:54, reuptake
Link Komentarze (39) »
poniedziałek, 06 października 2008
  • coścast.pl (Paweł Kozłowski)
  • Chciałbym przedstawić pomysł na serwis, który już od jakiegoś czasu tli się w mojej głowie. Co prawda idea gdzieś tam nadal się pali, ale myślę że przy paru tęgich głowach i solidnym wyposażeniu możnaby zrobić z tego coś całkiem przyjemnopożytecznego. Ja sam na pewno tego nie zrealizuję - nie umiem kodzić. :P
  • Otóż interesowałem się niegdyś zagadnieniami radia internetowego - serwery, formaty, strumienie i takie tam (nawet zrobiłem tłumaczenie dokumentacji Icecasta - ale mniejsza z tym). Pomyślałem sobie, że gdyby odpowiednio przygotować maszynę nadawczą, możnaby zrobić serwis udostępniający muzykę na żądanie, ale nie za pośrednictwem przeglądarki (choć to też byłoby możliwe), ale raczej przy pomocy *normalnych* odtwarzaczy, takich jak Winamp czy Amarok. Przeglądarka byłaby jedynie miejscem do pobierania playlisty. Nawet jeśli na komputerze/urządzeniu nie ma programu który byłby w stanie parsować listę odtwarzania i/lub odtworzyć pliki muzyczne/dźwiękowe, to istnieją takie projekty jak jlGui [1] (na podstawie JOrbis [2]) czy Gnash (chociaż ten drugi na razie nie poraża funkcjonalnością czy popularnością) - tym niemniej, dla odpowiednio zorientowanych w temacie programistów czy administratorów nie byłoby problemem stworzenie obejścia takiego problemu (na odpowiednio spreparowanej stronie aplet odtwarzający strumień generowany w locie + przyciski sterujące, ew. obsługa playlisty za pomocą js).
  • Po stronie serwera Icecast albo inny serwer nadawczy, serwujący zawartość statyczną w postaci plików audio. Formatem nadawczym mógłby być któryś z mniej lub bardziej nowoczesnych formatów - MP3, Vorbis, HE-AAC... gdybym ja to robił, to zapewne byłby to Vorbis ~60 kbps. Każdy plik po wgraniu przez użytkownika na serwer byłby konwertowany do owego formatu (ew. z zachowaniem oryginalnego pliku) lub nawet serii zbiorów (np. ~24 kbps, ~40 kbps, ~64 kbps, ~96 kbps...). Ewentualnie jakaś wtyczka działająca po stronie klienta na zasadzie Dropboksa [3] (czy to w samym systemie czy to w odtwarzaczu)...
  • zalety:
     + wystarczy połączenie z internetem
     + i jakiś player
     + względnie przeglądarkę do pobrania playlisty i ewentualnego odsłuchu w razie *nagłej* potrzeby
     + ulubiona muzyka u znajomego, w kafejce, w hotelu w honolulu
  • wady:
     - trzeba mieć połączenie z internetem
     - i jakiś player
     - bo interfejs www nie działałby raczej najlepiej i nadawałby się głównie do pobrania playlisty bo o komfortowym słuchaniu już nie mówię
     - wgrrrrywanie tego wszystkiego... uch
  • Nie wiem czy to coś odkrywczego, może gdzieś tam na świecie czy nawet w Polsce coś takiego jest - rzucam pomysł, bo nie słyszałem o czymś takim. W porównaniu do takiej Wrzuty mój pomysł nie wymaga trzymania okna przeglądarki i każdorazowego klikania (chociaż w last.fm nie trzeba klikać po następny utwór), zamiast tego muza biłaby choćby z Media Playera. ;d Gdyby tylko odpowiednio to zrealizować to można byłoby nawet wdrożyć reklamy odpalające się co parę(naście) utworów. Układanie playlisty, udostępnianie muzyki innym i takie tam. Fajna sprawa, wymaga tylko głowy i rąk.
  • [1] http://www.javazoom.net/jlgui/jlgui.html
  • [2] http://www.jcraft.com/jorbis/
  • [3] http://www.getdropbox.com/
  • chyba nie rozumiem pomysłu. czym to się różni od serwera shoutcasta? + nie do końca wiem, jak się ma "interfejs www" (czy jakiś inny) do "komfortowego słuchania muzyki".
  • ale też nie mam zbyt wielkiego doświadczenia z serwisami muzycznymi, konto na last.fm założyłem tylko na chwilę, żeby zobaczyć z czym to się je. może bardziej osłuchani czytelnicy pomogą ocenić ten projekt (zacząłbym od 2-3 zdaniowego podsumowania, czy ma być i co dawać użytkownikowi)?
19:53, reuptake
Link Komentarze (14) »
  • na ostatnim reboocie było wiele doskonałych prezentacji, ale niektóre z nich były doskonalsze. pod wrażeniem jednej z nich napisałem:
    • doskonałą prezentację w małej sali (wypełnionej po brzegi) miał andy budd. nazwa "projektowanie krzywej user experience" nie brzmi zbyt obiecująco. tymczasem było to jedno z najlepszych wystąpień na reboocie. andy pokazał, używając przykładów z innych "branż" jak powinniśmy dbać o użytkownika w serwisie internetowym. porównanie z wysokiej klasy hotelem, w którym każdy moment pobytu "użytkownika" (gościa) jest zaprojektowany z najwyższą starannością i dbałością o każdy szczegół, pokazało, jak wiele można się nauczyć, jeśli poszukamy inspiracji w procesach, które kształtowały się przez dziesiątki lat. nie będę opowiadał prezentacji, bo jest to mało sensowne. postanowiłem sobie, że ściągnę andy'ego na bootstrap i zamierzam dotrzymać słowa.
  • słowo się rzekło... andy budd na bootstrapie!
  • ale to nie wszystko. podczas pobytu w polsce, który jest możliwy dzięki wsparciu firmy, w której pracuję, andy wygłosi dwie prezentacje.
  • pierwsza z nich, to właśnie ta, która tak spodobała mi się na reboocie. a więc wszystkich, którzy zajmują się projektowaniem serwisów internetowych, designerów, zainteresowanych usability, etc, etc, zapraszam w piątek 10.10 na godzinę 15:00, do małej auli politechniki warszawskiej (w gmachu głównym), gdzie andy budd przedstawi prezentację "Designing the User Experience Curve". 
  • druga to właśnie prezentacja na bootstrapie. następnego dnia (11.10), o 12:00 zaczyna się kolejny bootstrap na chłodnej 25 i tam zostanie zaprezentowany speech pt. "Guerilla Usability Testing with Silverback?. na bootstrapie wystąpi także marcin kaszyński, a jego prezentacja będzie miała prowokacyjny tytuł "Django - 3 lata prac i wszystko, co mamy, to marne 1.0". zresztą każdy z was może również wystąpić, gdyż planujemy pięciominutówki z serii "windą na bootstap" (nie trzeba wcześniej się zgłaszać).
  • jeszcze raz zapraszam na spotkania z andym buddem, mam nadzieję, że i was zaispiruje to, co ma do przekazania. a obecność będzie najlepszym sygnałem, że chcecie więcej. a jak mówi ewangelia: "proście, a będzie wam dane".
  • update: na obie prezentacje wstęp wolny, bez rejestracji.
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 44